Hołowczyc o afrykańskich rajdach i polskich drogach
Goszczącego w poniedziałek Elblągu znanego kierowcę rajdowego i od niedawna posła do Parlamentu Europejskiego - Krzysztofa Hołowczyca, udało się nam namówić na rozmowę o europosłowaniu i o rajdach.
Janusz Salmonowicz: Decyzja o zostaniu europosłem rodziła się w bólach. Sztab prawników sprawdzał, czy nie zachodzi w Pana przypadku kolizja między byciem posłem Europejskiego Parlamentu i ściganiem sie w rajdach samochodowych.
Krzysztof Hołowczyc: Tak, to jest ten element, który musiał być sprawdzony. Nie mogłem sobie pozwolić na to, żeby pozrywać kontrakty, które były nie tylko na ten rok, ale i wieloletnie. I to było główne pytanie. Oczywiście, były jeszcze ważniejsze pytania, a przede wszystkim, czy moja żona się na to zgodzi. Oczekujemy trzeciej córeczki, nie muszę
przekonywać, jak ważny jest to w małżeństwie moment. Ale żona powiedziała: „...jestem już przyzwyczajona do Twojej nieobecności w domu...”. Rzeczywiście, przez lata mojej kariery były takie sezony, kiedy jechałem kilkanaście rajdów w roku, każdy po kilkanaście dni. Jak dobrze policzyć, to częściej byłem w świecie niż w domu.
I mimo takich doświadczeń żona zgodziła się, że będzie Pan w domu jeszcze rzadszym gościem?
Tak, tak. Pomyśleliśmy podobnie - może jest czas, żeby spróbować to, co robię jako społecznik - myślę tu o walce o bezpieczeństwo na drogach - spróbować robić z innych pozycji, z pozycji dających zdecydowanie więcej możliwości. I żebym mógł głośno i oficjalnie powiedzieć: opamiętajmy się, pięć i pół tysiąca ludzi, którzy każdego roku giną na polskich drogach, to jest statystyka, z którą nikt nie powinien się zgodzić. A więc co tydzień ginie 100-120 osób. To tak, jakby spadł duży samolot pasażerski. Co tydzień. Moglibyśmy żyć w stanie permanentnej żałoby narodowej. I ja się na to nie zgadzam. Wyobrażam sobie, że Parlament Europejski da mi lepsze narzędzia do walki z przyczynami takiego stanu rzeczy, tj. do wpływania na zmianę mentalności polskich kierowców oraz poprawę starych i powstawanie nowych dróg i rozwiązań komunikacyjnych.
Podejmuje się Pan zaiste karkołomnego zadania. O ile jest Pan niepodważalnym autorytetem jako kierowca i wierzę, że odniesie Pan sukcesy w walce o zmianę mentalności kierowców, to ciężko będzie o sukcesy w sprawie dróg. Niejeden polityk połamał sobie zęby i karierę, próbując poprawiać polskie drogi. A temat autostrad to w naszym kraju istny horror.
Ale ja jednak widzę pewne możliwości, wzorce, np. w Skandynawii potrafili zrobić coś takiego, co zmieniło mentalność kierowców. Absolutna większość Szwedów, Finów czy Norwegów, jadąc samochodem, ma świadomość, że nie są sami na drodze, że są odpowiedzialni także za innych. I to spowodowało, że ich statystyki są w kompletnie innym miejscu. Oczywiście, ktoś zaraz powie, że u nich są lepsze drogi, lepsze rozwiązania komunikacyjne. To prawda, ale to co możemy zmienić już i teraz w naszym kraju, to nasze wewnętrzne poczucie odpowiedzialności za innych. Myślę, że poprzez odpowiednie programy, poprzez nasze akcje społeczne, a także dzięki pieniądzom, które płyną z Unii Europejskiej, jest to możliwe. A jeśli chodzi o fundusze unijne, to my musimy je brać i dobrze spożytkować, bo w przeciwnym wypadku ta szansa, którą mamy teraz, będąc w Unii Europejskiej, przepadnie. I wierzę, że jako człowiek, który się na tym zna, na konkretnie jednej dziedzinie, mogę zrobić coś dobrego. Nie będę politykiem, który dziś mówi o wielkiej polityce, jutro poucza rodaków, jak mają żyć, mówi o wszystkim, ale tak naprawdę o niczym nie ma pojęcia. Ja pragnę być w swojej wąskiej dziedzinie specjalistą, który będzie wiedział, co ma do zrobienia.
Ambitne plany i, mimo że tyczą - jak Pan mówi - wąskiego zakresu, to przecież sfera Pana zainteresowań jest bardzo rozległa. Tym trudniejsze zadanie przed Panem. A co jeśli coś pójdzie nie tak, jeśli się nie uda?
Stanąłem świadomie do boju razem z Platformą Obywatelską, głęboko wierząc, że można te pomysły, te plany zrealizować. Ale mimo, że jestem sympatykiem Platformy, będę także twardym cenzorem i jeśli będzie taka potrzeba, to powiem: nie, nie zrobiliśmy tego, musimy oddać się w ręce opinii publicznej i niech ludzie powiedzą, czy zmieniło się coś, czy nie. A co do polskich dróg - ja bardzo dużo podróżuję i, jeżdżąc przez wiele lat do Hiszpanii i Portugalii, obserwowałem, jak te kraje fantastycznie skorzystały z pomocy unijnej, jakie fantastyczne drogi zbudowały, i wierzę, że i nam się to uda. I jeszcze trzeba tylko prawo
naprawić, bo zbudowaliśmy sobie trudne, złe prawo, które powoduje, że każda inwestycja drogowa to przede wszystkim droga przez papierkową, biurokratyczną mękę, droga trwająca wiele miesięcy, droga zniechęcająca inwestorów. To trzeba koniecznie zmienić.
Zostawmy wielką politykę, przejdźmy do wielkiego sportu. Ostatni Rajd Paryż-Dakar został odwołany w wyniku zagrożenia terrorystycznego. Czyż to nie jest wielka porażka sportu, czy to nie jest zielone światło dla terrorystów wszelkiej maści?
Na to zdarzenie należy spojrzeć w dużo szerszym kontekście. Nie tylko w kwestii, że zebrali sie sportowcy, chcieli pojechać do Afryki, tam ścigać się, dojechać do Senegalu czy Dakaru i wrócić do domu. Wbrew pozorom, ten rajd to już nie jest wydarzenie tylko sportowe. Jest to przede wszystkim wielkie wydarzenie promujące pomoc Afryce. Rajdowi towarzyszy bardzo wiele akcji humanitarnych, bardzo dużo różnych przedsięwzięć o charakterze pomocowym, wspomagających miejscową ludność. Miliony dolarów, które zostają wydane na organizację rajdu, w pewnym stopniu wpływają do Afryki. I dla Afryki to, że nie ma tego rajdu, że my tam nie pojechaliśmy, to jest wielka porażka. Ja myślę, że to jest także porażka kultury europejskiej, że uginamy się pod presją islamskich terrorystów, że prasa, głównie francuska, pisze o zwycięstwie Al-kaidy w rajdzie Dakar. To boli, ale myślę, że mimo to zwyciężyliśmy w inny sposób - nikt nie zginął.
No to co dalej z jednym z największych i najbardziej znanych rajdów na świecie?
Tu mogę uchylić rąbka tajemnicy, ale wiadomość jest jeszcze nie opublikowana, a więc nieoficjalna. Zostały już podpisane porozumienia z rządami Chile i Argentyny i przez najbliższe dwa lata rajd przemierzać będzie drogi i bezdroża Ameryki Południowej. Będzie zapewne bardzo ciekawie, ale Afryki żal.
Dziękuję za rozmowę.
Dziękuję i pozdrawiam czytelników „Portelu”.
Krzysztof Hołowczyc: Tak, to jest ten element, który musiał być sprawdzony. Nie mogłem sobie pozwolić na to, żeby pozrywać kontrakty, które były nie tylko na ten rok, ale i wieloletnie. I to było główne pytanie. Oczywiście, były jeszcze ważniejsze pytania, a przede wszystkim, czy moja żona się na to zgodzi. Oczekujemy trzeciej córeczki, nie muszę
przekonywać, jak ważny jest to w małżeństwie moment. Ale żona powiedziała: „...jestem już przyzwyczajona do Twojej nieobecności w domu...”. Rzeczywiście, przez lata mojej kariery były takie sezony, kiedy jechałem kilkanaście rajdów w roku, każdy po kilkanaście dni. Jak dobrze policzyć, to częściej byłem w świecie niż w domu.
I mimo takich doświadczeń żona zgodziła się, że będzie Pan w domu jeszcze rzadszym gościem?
Tak, tak. Pomyśleliśmy podobnie - może jest czas, żeby spróbować to, co robię jako społecznik - myślę tu o walce o bezpieczeństwo na drogach - spróbować robić z innych pozycji, z pozycji dających zdecydowanie więcej możliwości. I żebym mógł głośno i oficjalnie powiedzieć: opamiętajmy się, pięć i pół tysiąca ludzi, którzy każdego roku giną na polskich drogach, to jest statystyka, z którą nikt nie powinien się zgodzić. A więc co tydzień ginie 100-120 osób. To tak, jakby spadł duży samolot pasażerski. Co tydzień. Moglibyśmy żyć w stanie permanentnej żałoby narodowej. I ja się na to nie zgadzam. Wyobrażam sobie, że Parlament Europejski da mi lepsze narzędzia do walki z przyczynami takiego stanu rzeczy, tj. do wpływania na zmianę mentalności polskich kierowców oraz poprawę starych i powstawanie nowych dróg i rozwiązań komunikacyjnych.
Podejmuje się Pan zaiste karkołomnego zadania. O ile jest Pan niepodważalnym autorytetem jako kierowca i wierzę, że odniesie Pan sukcesy w walce o zmianę mentalności kierowców, to ciężko będzie o sukcesy w sprawie dróg. Niejeden polityk połamał sobie zęby i karierę, próbując poprawiać polskie drogi. A temat autostrad to w naszym kraju istny horror.
Ale ja jednak widzę pewne możliwości, wzorce, np. w Skandynawii potrafili zrobić coś takiego, co zmieniło mentalność kierowców. Absolutna większość Szwedów, Finów czy Norwegów, jadąc samochodem, ma świadomość, że nie są sami na drodze, że są odpowiedzialni także za innych. I to spowodowało, że ich statystyki są w kompletnie innym miejscu. Oczywiście, ktoś zaraz powie, że u nich są lepsze drogi, lepsze rozwiązania komunikacyjne. To prawda, ale to co możemy zmienić już i teraz w naszym kraju, to nasze wewnętrzne poczucie odpowiedzialności za innych. Myślę, że poprzez odpowiednie programy, poprzez nasze akcje społeczne, a także dzięki pieniądzom, które płyną z Unii Europejskiej, jest to możliwe. A jeśli chodzi o fundusze unijne, to my musimy je brać i dobrze spożytkować, bo w przeciwnym wypadku ta szansa, którą mamy teraz, będąc w Unii Europejskiej, przepadnie. I wierzę, że jako człowiek, który się na tym zna, na konkretnie jednej dziedzinie, mogę zrobić coś dobrego. Nie będę politykiem, który dziś mówi o wielkiej polityce, jutro poucza rodaków, jak mają żyć, mówi o wszystkim, ale tak naprawdę o niczym nie ma pojęcia. Ja pragnę być w swojej wąskiej dziedzinie specjalistą, który będzie wiedział, co ma do zrobienia.
Ambitne plany i, mimo że tyczą - jak Pan mówi - wąskiego zakresu, to przecież sfera Pana zainteresowań jest bardzo rozległa. Tym trudniejsze zadanie przed Panem. A co jeśli coś pójdzie nie tak, jeśli się nie uda?
Stanąłem świadomie do boju razem z Platformą Obywatelską, głęboko wierząc, że można te pomysły, te plany zrealizować. Ale mimo, że jestem sympatykiem Platformy, będę także twardym cenzorem i jeśli będzie taka potrzeba, to powiem: nie, nie zrobiliśmy tego, musimy oddać się w ręce opinii publicznej i niech ludzie powiedzą, czy zmieniło się coś, czy nie. A co do polskich dróg - ja bardzo dużo podróżuję i, jeżdżąc przez wiele lat do Hiszpanii i Portugalii, obserwowałem, jak te kraje fantastycznie skorzystały z pomocy unijnej, jakie fantastyczne drogi zbudowały, i wierzę, że i nam się to uda. I jeszcze trzeba tylko prawo
naprawić, bo zbudowaliśmy sobie trudne, złe prawo, które powoduje, że każda inwestycja drogowa to przede wszystkim droga przez papierkową, biurokratyczną mękę, droga trwająca wiele miesięcy, droga zniechęcająca inwestorów. To trzeba koniecznie zmienić.
Zostawmy wielką politykę, przejdźmy do wielkiego sportu. Ostatni Rajd Paryż-Dakar został odwołany w wyniku zagrożenia terrorystycznego. Czyż to nie jest wielka porażka sportu, czy to nie jest zielone światło dla terrorystów wszelkiej maści?
Na to zdarzenie należy spojrzeć w dużo szerszym kontekście. Nie tylko w kwestii, że zebrali sie sportowcy, chcieli pojechać do Afryki, tam ścigać się, dojechać do Senegalu czy Dakaru i wrócić do domu. Wbrew pozorom, ten rajd to już nie jest wydarzenie tylko sportowe. Jest to przede wszystkim wielkie wydarzenie promujące pomoc Afryce. Rajdowi towarzyszy bardzo wiele akcji humanitarnych, bardzo dużo różnych przedsięwzięć o charakterze pomocowym, wspomagających miejscową ludność. Miliony dolarów, które zostają wydane na organizację rajdu, w pewnym stopniu wpływają do Afryki. I dla Afryki to, że nie ma tego rajdu, że my tam nie pojechaliśmy, to jest wielka porażka. Ja myślę, że to jest także porażka kultury europejskiej, że uginamy się pod presją islamskich terrorystów, że prasa, głównie francuska, pisze o zwycięstwie Al-kaidy w rajdzie Dakar. To boli, ale myślę, że mimo to zwyciężyliśmy w inny sposób - nikt nie zginął.
No to co dalej z jednym z największych i najbardziej znanych rajdów na świecie?
Tu mogę uchylić rąbka tajemnicy, ale wiadomość jest jeszcze nie opublikowana, a więc nieoficjalna. Zostały już podpisane porozumienia z rządami Chile i Argentyny i przez najbliższe dwa lata rajd przemierzać będzie drogi i bezdroża Ameryki Południowej. Będzie zapewne bardzo ciekawie, ale Afryki żal.
Dziękuję za rozmowę.
Dziękuję i pozdrawiam czytelników „Portelu”.
Rozmawiał Janusz Salmonowicz