Miał być odlot, jest zatrucie

Rozmarynowy ogród, Niebieski ogień to nazwy produktów sprzedawanych w sklepach z tzw. dopalaczami, czyli substancjami zastępującymi narkotyki. Produkty są sprytnie opatrzone etykietą „nie do spożycia”, ale młodzież spróbować chce, próbuje, a kończy się to pobytem w szpitalu. Wczoraj (16 stycznia) policja oraz pracownicy sanepidu już drugi raz w tym roku skontrolowali elbląski sklep, w którym młodzi ludzie mają zaopatrywać się w szkodliwe specyfiki.
W poniedziałek (14 stycznia) rano do szpitala z objawami zatrucia chemicznego trafiła dwójka nastolatków.
- 19-latka była otumaniona, ale powiedziała, że jej o rok młodszy kolega nabył specyfik o nazwie Niebieski ogień, który razem zażyli – mówi Jakub Sawicki z zespołu prasowego KMP w Elblągu. – Oboje trafili do szpitala spod szkoły, bo dziewczyna straciła przytomność, a chłopak miał mdłości. Na szczęście, ich życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.
Niemal każdego dnia do elbląskich szpitali trafiają młodzi ludzie, którzy zażyli tzw. produkty kolekcjonerskie.
- Monitorujemy każdą sytuację, ale przybywa ich jak grzybów po deszczu – przyznaje Jakub Sawicki. – Młodzi ludzie chcą spróbować, bo usłyszeli od kogoś, że po zażyciu takich substancji będą mieli narkotykowy odlot. Nic bardziej mylnego. Te produkty nie mają nic wspólnego ze środkami odurzającymi, które są zakazane w ustawie o narkomanii – przekonuje Sawicki. - Bardziej swoim składem przypominają płyn do mycia naczyń lub mydło. Równie dobrze można zacząć palić proszek do prania, nabić fajkę zmieloną kostką do toalety lub po prostu napić się benzyny. Efekt będzie ten sam - osoba wyląduje w szpitalu.
Walkę z tzw. dopalaczami prowadzi także elbląski sanepid. W ubiegłym roku wielokrotnie kontrolował sklep, który oferuje do sprzedaży „kolekcjonerskie” specyfiki. Pobierane były próbki towarów, po spożyciu których młodzi ludzie trafiali do szpitala. Punkt nawet został zamknięty, ale nie na długo.
- Na przełomie października i listopada 2012 r. zamknęliśmy sklep, który prowadziła spółka. Niestety, niedługo później zaczęła w tym miejscu działać inna – mówi Marek Jarosz, szef Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Elblągu. – Pobraliśmy jednak 16 próbek różnych produktów i przekazaliśmy je do analizy laboratoryjnej. Ta wykazała substancję szkodliwą. Dlatego właśnie spółka zostanie obciążona kosztami badań, ale i wydana zostanie decyzja zakazująca sprzedaży tamtego preparatu oraz właściciel będzie musiał zapłacić dotkliwą grzywnę.
Od początku 2013 r. do szpitala trafiło kilkoro kolejnych młodych ludzi, którzy zatruli się tzw. dopalaczami. Sanepid ponownie skontrolował wskazany punkt – 8 i 16 stycznia.
- Zajęliśmy podejrzany towar, pobraliśmy próbki i zamknęliśmy sklep – mówi Marek Jarosz. – Jeszcze dziś pobrany materiał wyślemy do specjalistycznego laboratorium. Niektórzy mogą być zdegustowani naszym, wydawałoby się, mało skutecznym działaniem, ale robimy wszystko tak szybko, jak na to pozwala prawo – zaznacza szef elbląskiego sanepidu. - Druga strona też nie śpi i nazwy produktów zmieniają się. Niby skład ten sam, ale produkt już inny. Chcielibyśmy zmienić prawo, by nasze działania były szybsze i bardziej skuteczne, ale to też nie nastąpi natychmiast. Póki co, dotkliwą karą może być grzywna, która nie może być niższa niż 25 tys. zł, a jej górna granica sięga miliona złotych.
Marek Jarosz skarży się na współpracę z rodzicami poszkodowanych nastolatków.
- Często ich postawa jest zadziwiająca – przyznaje. – Odmawiają współpracy, a przecież chodzi o interes ich własnego dziecka, o jego zdrowie i życie. Dzieci często nie chcą mówić o tym, co wzięły i skąd to miały, ale wtedy to rodzice powinni być czujni i wykazać się stanowczością. My możemy podejmować działania tylko na wniosek – dodaje szef sanepidu. – Musimy wiedzieć, skąd młody człowiek miał szkodliwą substancję i jak ona się nazywała. Na tym polu bardzo dobrze rozwija się współpraca z lekarzami i policją. Sytuacja może jednak okazać się jeszcze bardziej dramatyczna – ostrzega Marek Jarosz. - Na rynku pojawiają się coraz to nowe substancje i może zdarzyć się tak, że ich zażycie skończy się tragicznie. Musimy więc stworzyć wspólny front.
A dlaczego w ogóle młodzi ludzie sięgają po środki zastępcze?
- Chęć eksperymentu, chęć zaimponowania grupie rówieśniczej, traktują to też często jako przejaw wolności – wymienia Marek Jarosz. - A informacje rozchodzą się różnymi drogami, jest Internet, a i młodzież między sobą rozmawia, że ktoś, coś, gdzieś kupił i zażył. A ktoś inny w tym samym czasie czerpie z tego konkretne zyski…
- 19-latka była otumaniona, ale powiedziała, że jej o rok młodszy kolega nabył specyfik o nazwie Niebieski ogień, który razem zażyli – mówi Jakub Sawicki z zespołu prasowego KMP w Elblągu. – Oboje trafili do szpitala spod szkoły, bo dziewczyna straciła przytomność, a chłopak miał mdłości. Na szczęście, ich życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.
Niemal każdego dnia do elbląskich szpitali trafiają młodzi ludzie, którzy zażyli tzw. produkty kolekcjonerskie.
- Monitorujemy każdą sytuację, ale przybywa ich jak grzybów po deszczu – przyznaje Jakub Sawicki. – Młodzi ludzie chcą spróbować, bo usłyszeli od kogoś, że po zażyciu takich substancji będą mieli narkotykowy odlot. Nic bardziej mylnego. Te produkty nie mają nic wspólnego ze środkami odurzającymi, które są zakazane w ustawie o narkomanii – przekonuje Sawicki. - Bardziej swoim składem przypominają płyn do mycia naczyń lub mydło. Równie dobrze można zacząć palić proszek do prania, nabić fajkę zmieloną kostką do toalety lub po prostu napić się benzyny. Efekt będzie ten sam - osoba wyląduje w szpitalu.
Walkę z tzw. dopalaczami prowadzi także elbląski sanepid. W ubiegłym roku wielokrotnie kontrolował sklep, który oferuje do sprzedaży „kolekcjonerskie” specyfiki. Pobierane były próbki towarów, po spożyciu których młodzi ludzie trafiali do szpitala. Punkt nawet został zamknięty, ale nie na długo.
- Na przełomie października i listopada 2012 r. zamknęliśmy sklep, który prowadziła spółka. Niestety, niedługo później zaczęła w tym miejscu działać inna – mówi Marek Jarosz, szef Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Elblągu. – Pobraliśmy jednak 16 próbek różnych produktów i przekazaliśmy je do analizy laboratoryjnej. Ta wykazała substancję szkodliwą. Dlatego właśnie spółka zostanie obciążona kosztami badań, ale i wydana zostanie decyzja zakazująca sprzedaży tamtego preparatu oraz właściciel będzie musiał zapłacić dotkliwą grzywnę.
Od początku 2013 r. do szpitala trafiło kilkoro kolejnych młodych ludzi, którzy zatruli się tzw. dopalaczami. Sanepid ponownie skontrolował wskazany punkt – 8 i 16 stycznia.
- Zajęliśmy podejrzany towar, pobraliśmy próbki i zamknęliśmy sklep – mówi Marek Jarosz. – Jeszcze dziś pobrany materiał wyślemy do specjalistycznego laboratorium. Niektórzy mogą być zdegustowani naszym, wydawałoby się, mało skutecznym działaniem, ale robimy wszystko tak szybko, jak na to pozwala prawo – zaznacza szef elbląskiego sanepidu. - Druga strona też nie śpi i nazwy produktów zmieniają się. Niby skład ten sam, ale produkt już inny. Chcielibyśmy zmienić prawo, by nasze działania były szybsze i bardziej skuteczne, ale to też nie nastąpi natychmiast. Póki co, dotkliwą karą może być grzywna, która nie może być niższa niż 25 tys. zł, a jej górna granica sięga miliona złotych.
Marek Jarosz skarży się na współpracę z rodzicami poszkodowanych nastolatków.
- Często ich postawa jest zadziwiająca – przyznaje. – Odmawiają współpracy, a przecież chodzi o interes ich własnego dziecka, o jego zdrowie i życie. Dzieci często nie chcą mówić o tym, co wzięły i skąd to miały, ale wtedy to rodzice powinni być czujni i wykazać się stanowczością. My możemy podejmować działania tylko na wniosek – dodaje szef sanepidu. – Musimy wiedzieć, skąd młody człowiek miał szkodliwą substancję i jak ona się nazywała. Na tym polu bardzo dobrze rozwija się współpraca z lekarzami i policją. Sytuacja może jednak okazać się jeszcze bardziej dramatyczna – ostrzega Marek Jarosz. - Na rynku pojawiają się coraz to nowe substancje i może zdarzyć się tak, że ich zażycie skończy się tragicznie. Musimy więc stworzyć wspólny front.
A dlaczego w ogóle młodzi ludzie sięgają po środki zastępcze?
- Chęć eksperymentu, chęć zaimponowania grupie rówieśniczej, traktują to też często jako przejaw wolności – wymienia Marek Jarosz. - A informacje rozchodzą się różnymi drogami, jest Internet, a i młodzież między sobą rozmawia, że ktoś, coś, gdzieś kupił i zażył. A ktoś inny w tym samym czasie czerpie z tego konkretne zyski…
A