Mistrz przyjechał z Pabianic

Na wiosenne, sobotnie przedpołudnie elblążanie zaplanowali różne zajęcia. Jedni zachęceni słońcem ochoczo zabrali się do mycia okien, inni tłumnie odwiedzali sklepy i targi w poszukiwaniu nowalijek. Zaś prawie trzydzieści osób w ten ciepły ranek postawiło na gimnastykę umysłu, przybywając do SDK Zakrzewo, gdzie starali się zdobyć tytuł Mistrza Ortografii.
Pierwsze miejsce zdobył Jan Chwalewski z Pabianic, na co dzień specjalista do spraw technicznych, który bezbłędnie napisał tegoroczne dyktando. Zwycięzca jest zaprawionym uczestnikiem takich konkursów. To już czwarta wygrana pana Jana. Wcześniej tytuł Mistrza Ortografii przywiózł z Mławy, Jastrzębia i Świnoujścia. Poza tym od prawie dziesięciu lat bierze udział w słynnym ogólnopolskim dyktandzie w Katowicach, gdzie udało się mu zająć nawet piąte miejsce! Oprócz samodoskonalenia się w języku polskim, Jan Chwalewski poszerza swoją znajomość języków angielskiego i włoskiego. Zapytaliśmy IX Mistrza Ortografii w Elblągu, czy i jak przygotowuje się do konkursów:
- Oczywiście, że się przygotowuję! Moja nauka to przede wszystkim czytanie, nie tylko słowników. Nie da się jednak ukryć, że język polski jest żywy, podlega zmianom i trzeba na bieżąco śledzić wszelkie zmiany i niuanse.
W tym miejscu elbląski Mistrz Ortografii ze śmiechem wspomniał anegdotkę ze swoich pierwszych potyczek z ortografią: - Gdy po raz pierwszy jechałem do Katowic na Ogólnopolskie Dyktando, wyobrażałem sobie, że mam już na tyle dużą wiedzę, że nie muszę się doszkalać. Po prostu wejdę z marszu i tytuł bez wysiłku trafi w moje ręce. Niestety, nie wszystko poszło zgodnie z moim planem.
Jan Chwalewski przyznał, że mierzi go brak znajomości ojczystego języka, niechlujna mowa, w szczególności u osób popularnych. I rzeczywiście trudno nie dostać bólu uszu, gdy znane osobistości mówią na przykład: „som”, „poszłem”, „miesiąc czasu” czy „włanczać”.
Drugie miejsce zajał Michał Mirowski z elbląskiego seminarium, który, jak twierdził, nie przygotowywał się do konkursu. Dotychczas zdobytej wiedzy, jak widać z dobrym skutkiem, zaufał również zdobywca trzeciego miejsca Bogdan Siwoń, emerytowany anglista, najstarszy uczestnik tegorocznego dyktanda. Poza tym głównymi nagrodami zostało przyznane jeszcze osiem wyróżnień, a ich zdobywcy zrobili najwyżej trzy błędy ortograficzne.
Dla organizatorów i uczestników najważniejsze w całym konkursie były jednak nie nagrody, lecz świetna zabawa, o czym może świadczyć fakt, że sporo tegorocznych konkursowiczów na pożegnanie mówiło: do zobaczenia za rok! Jak widać, nie wystraszyły ich żadne zawiłości i fortele zastosowane przez autorkę dyktanda. Wszystkim, którzy zamierzają poprawić swój wynik w przyszłym, jubileuszowym spotkaniu z ortografią, radę dał Jan Chwalewski: - Jeśli nie wiemy, jak napisać jakiś nieznany, pierwszy raz słyszany wyraz, warto zaufać swojej intuicji. Często zdarza się, że w pierwszym odruchu piszemy dobrze, potem jednak, niepewni swojego wyboru, analizując podobne przykłady, „poprawiamy” i piszemy słowo z błędem.
A to tekst, z jakim zmierzyli się konkursowicze w Zakrzewie:
„Żołnierskie śledztwo
Wzburzony podchorąży, z wyglądu pół-Meksykanin, żwawym krokiem przemierzał korytarz, by jak najszybciej znaleźć się przed obliczem przełożonego. Nie był w nastroju do żartów, toteż wszyscy, nawet zaprzyjaźniony stróż Korzonek, mistrz nicnierobienia, usuwali mu się z drogi. Tylko chimeryczny Murzyn ubrany w ciemnobeżowy kożuch nie dowierzał pogłoskom i zatarasował przejście świeżo malowanym stołem z mahoniu. Wszyscy zamarli z przerażenia. Nie wiadomo było, co się wydarzy. Wbrew przewidywaniom i złowróżbnym szeptom, nie doszło do brzemiennego w skutki zdarzenia. Ambroży, słynący z zamiłowania do porządku, chyżo przesunął swoje narzędzie pracy i poczekał pod ścianą, aż przejdzie rozdrażniony przywódca. Cóż tak rozsierdziło podchorążego Wawrzyńca? Jaka była przyczyna tej irytacji? Różne były przypuszczenia na ten temat. Jedni mówili, że chodziło o kradzież ulubionej łyżki, która najczęściej leżała w przetaku, inni, że ktoś wyżarł przywódcy jego przysmak - rzadki żur warzony na grzybach i wieprzowych nóżkach. Podejrzenie padło na ryżego żebraka, który wyróżniał się ohydnym medalionem na szyi, z głową żmii. Trzeba było niezwłocznie znaleźć sabotażystę. Na czele drużyny stanął charyzmatyczny urzędnik Grzegorz. Ów zagorzały przeciwnik przestępczości wziął się rzetelnie do pracy. Pierwsze obciążające dowody znalazł niezadługo w merzyku. Były to drobne żelazne przedmioty. Na grządce orchidei, tuż obok tui, leżała wykrzywiona łyżka podchorążego. Winowajcę znaleziono w pobliskiej spiżarni, okazał się nim chart, słynący w okolicy z obżarstwa oraz zamiłowania do dziko rosnących jeżyn i szczeżui.”