Nie taki znowu cud?

Podczas prac związanych z budową mostów i nabrzeża natrafiono na barkę, która od dziesięcioleci spoczywała na dnie rzeki Elbląg. Dla wykonawcy inwestycji znalezisko było przeszkodą, którą należało usunąć. Dla wielu jednak to skarb z przeszłości, który pobudza wyobraźnię. – To ciekawe znalezisko, ale nic nadzwyczajnego – twierdzi Tomasz Gliniecki z Muzeum Archeologiczno-Historycznego w Elblągu.
Wody rzeki Elbląg skrywają niejedną tajemnicę. Przekonali się o tym pracownicy firmy, która zajmuje się inwestycją związaną z budową mostów oraz nabrzeża.
- Wykonawca natrafił w wodzie na starą, zwaloną konstrukcję mostu – opowiadał w sierpniu 2012 r. inżynier kontraktu Tadeusz Brzeziński. - Kolejnym problemem było usunięcie starych filarów mostu opartych na palach. Pokonanie tych trudności wymagało podjęcia dodatkowych robót, których również z braku archiwalnej dokumentacji nie dało się przewidzieć.
Pod lustrem wody skrywała się również… barka rzeczna, którą w tym tygodniu udało się podjąć i odholować do brzegu. Skąd się tam wzięła, kto ją „zgubił” i kiedy? Czy uda się to wyjaśnić?
- Z jednej strony ta barka jest ciekawym znaleziskiem, ale z drugiej – to nic nadzwyczajnego – zauważa Tomasz Gliniecki z Muzeum Archeologiczno-Historycznego w Elblągu. - Przecież rzeka Elbląg przez lata całe, ba, wieki była trasą żeglowną. Pozostaje tylko pytanie czy jesteśmy w stanie powiedzieć w jakich okolicznościach, dlaczego barka znalazła się na dnie.
- W czasie II wojny światowej, właściwie do momentu walk o Elbląg i zdobycia miasta na przełomie stycznia i lutego 1945 r., raczej ta barka nie mogła być zatopiona, bo była to trasa żeglowna – tłumaczy Tomasz Gliniecki, który jest pasjonatem elbląskiej historii, szczególnie okresu wojennego. - Ale w czasie walk mogła być taka sytuacja. 24 stycznia, dzień po rajdzie Diaczenki, zgromadzonych na nabrzeżu cywilów, którzy chcieli się ewakuować, ostrzelały słynne sowieckie katiusze. W tym czasie mogło się zdarzyć tak, że jedna z barek nie popłynęła, aczkolwiek widzimy, że ta barka była załadowana żelastwem więc i taka teoria musiałaby odpaść. Gdybyśmy szli jeszcze dalej – kontynuuje - czyli weszli w czasy powojenne to mamy dwie możliwości. Pierwsza jest taka, że ktoś chciał transportować rzeką rzeczy, które wymontowano z zakładów przemysłowych działających na terenie Elbląga. Wiele wywożono wówczas do Rosji. I kolejna możliwość - kiedy mamy już stocznię nr 16 czy zakłady mechaniczne im. Karola Świerczewskiego, płynie transport i z jakiegoś powodu barka zatapia się. Jest tak ciężka, że nikomu nie chce się jej podnosić, a czasy są takie, że się o tym głośno nie mówi. Bo kto będzie opowiadał, że na przykład na początku lat 50., w czasach stalinowskich, barka zatonęła. Żadne gazety wtedy o tym nie pisały. Ale teraz może znajdzie się ktoś, kto sobie przypomni, że taka sytuacja była – zastanawia się Gliniecki. – To mogła być bardzo prozaiczna sprawa – dodaje. – Może barka była przeładowana, nastąpił przechył na jedną burtę i całość poszła na dno? Tu jednak fachowcy od spraw morskich mogliby powiedzieć, jaka sytuacja mogła się wydarzyć. Ta barka jest w miarę cała więc najprostsze wyjaśnienie może okazać się najbardziej trafne.
- Wykonawca natrafił w wodzie na starą, zwaloną konstrukcję mostu – opowiadał w sierpniu 2012 r. inżynier kontraktu Tadeusz Brzeziński. - Kolejnym problemem było usunięcie starych filarów mostu opartych na palach. Pokonanie tych trudności wymagało podjęcia dodatkowych robót, których również z braku archiwalnej dokumentacji nie dało się przewidzieć.
Pod lustrem wody skrywała się również… barka rzeczna, którą w tym tygodniu udało się podjąć i odholować do brzegu. Skąd się tam wzięła, kto ją „zgubił” i kiedy? Czy uda się to wyjaśnić?
- Z jednej strony ta barka jest ciekawym znaleziskiem, ale z drugiej – to nic nadzwyczajnego – zauważa Tomasz Gliniecki z Muzeum Archeologiczno-Historycznego w Elblągu. - Przecież rzeka Elbląg przez lata całe, ba, wieki była trasą żeglowną. Pozostaje tylko pytanie czy jesteśmy w stanie powiedzieć w jakich okolicznościach, dlaczego barka znalazła się na dnie.
- W czasie II wojny światowej, właściwie do momentu walk o Elbląg i zdobycia miasta na przełomie stycznia i lutego 1945 r., raczej ta barka nie mogła być zatopiona, bo była to trasa żeglowna – tłumaczy Tomasz Gliniecki, który jest pasjonatem elbląskiej historii, szczególnie okresu wojennego. - Ale w czasie walk mogła być taka sytuacja. 24 stycznia, dzień po rajdzie Diaczenki, zgromadzonych na nabrzeżu cywilów, którzy chcieli się ewakuować, ostrzelały słynne sowieckie katiusze. W tym czasie mogło się zdarzyć tak, że jedna z barek nie popłynęła, aczkolwiek widzimy, że ta barka była załadowana żelastwem więc i taka teoria musiałaby odpaść. Gdybyśmy szli jeszcze dalej – kontynuuje - czyli weszli w czasy powojenne to mamy dwie możliwości. Pierwsza jest taka, że ktoś chciał transportować rzeką rzeczy, które wymontowano z zakładów przemysłowych działających na terenie Elbląga. Wiele wywożono wówczas do Rosji. I kolejna możliwość - kiedy mamy już stocznię nr 16 czy zakłady mechaniczne im. Karola Świerczewskiego, płynie transport i z jakiegoś powodu barka zatapia się. Jest tak ciężka, że nikomu nie chce się jej podnosić, a czasy są takie, że się o tym głośno nie mówi. Bo kto będzie opowiadał, że na przykład na początku lat 50., w czasach stalinowskich, barka zatonęła. Żadne gazety wtedy o tym nie pisały. Ale teraz może znajdzie się ktoś, kto sobie przypomni, że taka sytuacja była – zastanawia się Gliniecki. – To mogła być bardzo prozaiczna sprawa – dodaje. – Może barka była przeładowana, nastąpił przechył na jedną burtę i całość poszła na dno? Tu jednak fachowcy od spraw morskich mogliby powiedzieć, jaka sytuacja mogła się wydarzyć. Ta barka jest w miarę cała więc najprostsze wyjaśnienie może okazać się najbardziej trafne.
A