Teraz ja - Po pożarze na Matejki

W piątkową noc mieszkańcy jednego z bloków przy ulicy Matejki przeżywali prawdziwy dramat. Uwięzieni w swoich domach czekali na pomoc strażaków, którzy walczyli z ogniem. Co o wypadku mówią jego ofiary oraz strażacy?
Według poszkodowanych, akcja ratunkowa była słabo przeprowadzona. Udało mi się skontaktować z szesnastolatkiem, najmłodszą ofiarą wypadku, który ze swoją matką przez –uwaga - około czterdzieści minut nie mógł wydostać się z płonącego domu!
Pożar! Pali się!
- Mama wpadła do mojego pokoju i zaczęła krzyczeć, że czuje jakiś dym - mówi najmłodszy poszkodowany. - Spałem, a poza tym miałem zamknięte drzwi i niczego nie wyczułem. Kobieta, chcąc upewnić się, czy istnieje niebezpieczeństwo, otworzyła drzwi wyjściowe na klatkę schodową. Gorące powietrze było tak silne, że zamknięcie ich sprawiało trudności. Początkowo rodzina panowała nad sytuacją, młodzieniec szybko wezwał straż pożarną, a następnie szukał wraz z mamą dokumentów i cieplejszych ubrań. Jako że z każdą minutą było im coraz trudniej oddychać, zrobili tzw.„maski”, czyli zwykłe ścierki kuchenne namoczone wodą. Po kilku minutach przyjechała straż, pogotowie i policja. Dojazd wozu strażackiego od strony podwórka uniemożliwiały słupki wbite w ziemię.
Zgromadzeni sąsiedzi przyglądali się ratownikom a także uwięzionym w budynku, którzy prosili o pomoc. Najbardziej zdumiewającym faktem dla mnie i moich rozmówców było przerwanie akcji z użyciem podnośnika strażackiego. Lokatorzy z innych pięter zostali wyciągnięci z mieszkań za pomocą takich podnośników.
- Sąsiadka, która mieszka na tym piętrze, co ja razem z mamą, została uwolniona dzięki takiemu podnośnikowi - mówi szesnastolatek. - Po wydostaniu jej z domu nami się już nie zajęto! Po prostu zjechano na dół, a my czekaliśmy i krzyczeliśmy o pomoc!
Kilkanaście minut przed godziną pierwszą w nocy jeden ze strażaków wywarzył drzwi do ostatniego mieszkania. Zaczadzonym, wycieńczonym i przestraszonym pomógł w wydostaniu się z mieszkania.
- Widziałem też, jak w jednym z lokali wybito wszystkie okna i drzwi, by móc sprawdzić, czy ktoś tam jest. Widok moich sąsiadów był okropny - stwierdza młody elblążanin.
Czekali, by bezpiecznie wyjść…
Aby skonfrontować słowa świadka, udałem się na rozmowę z przedstawicielem straży pożarnej.
- Pożar został zgłoszony siedem minut po północy, a sześć minut później strażacy byli już na miejscu - mówi Przemysław Siagło z Komendy Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej w Elblągu. – Zawsze, gdy mamy do czynienia z osobami znajdującymi się w budynku, akcja ratunkowa jest trudna. Na co dzień nie mamy do czynienia z takimi jak ta na ul. Matejki.
Dowiedziałem się też, że trzydzieści minut po północy ogień został ugaszony, jednak zaparkowane pod blokiem pojazdy oraz słupki uniemożliwiły szybką pomoc.
- Nie możemy przecież wszystkich zabrać równocześnie. Poszkodowani musieli, niestety, czekać ze względu na bezpieczeństwo - przyznaje Przemysław Siagło. - Warto było czekać na ściągnięcie podnośnikiem niż ewakuować mieszkańców klatką schodową.
Jak dojechać z pomocą?
W szpitalu po przeprowadzeniu niezbędnych badań okazało się, że w organizmie matki i jej syna zawartość czadu wynosiła aż 9,1 proc .Początkowo poinformowano ich, że zostaną zawiezieni do komory hiperbarycznej w Gdyni. Jednak, aby się tam znaleźć, zawartość czadu musi wynosić ponad 10 proc.
Gdy się wchodzi do feralnej klatki, czuć zapach, który na pewno szybko nie minie. Konieczna będzie częściowa renowacja klatki a także odmalowanie mieszkań. Ci, którzy najdłużej czekali na pomoc, zastanawiają się, dlaczego tak długo musieli czekać. Wiadomo, że po upływie około trzydziestu minut ogień został ugaszony. Jednakże zanieczyszczone powietrze o mało nie doprowadziło do omdlenia uwięzionych w mieszkaniu.
Prawdopodobnie brak odpowiednio przystosowanej drogi, którą mógłby przejechać wóz strażacki, był główną przyczyną wolnej akcji ratunkowej.