UWAGA!

----

„Schody” w nauczaniu języków obcych

 Elbląg, Rynek pracy jest wymagający. Znajomość jednego języka obcego często już nie wystarcza
Rynek pracy jest wymagający. Znajomość jednego języka obcego często już nie wystarcza (fot. ew)

Rynek pracy jest wymagający. Wskazana jest znajomość nawet nie jednego, a dwóch lub trzech języków obcych. Nauka jest więc bardzo ważna. Wiedzą to również zarządzający naszą oświatą. Jednak tylko teoretycznie. Na zwiększanie umiejętności językowych nie wpływa bowiem praca w 25-osobowych grupach w polskich szkołach ani ograniczenie nauki drugiego języka obcego do minimum.

Kończąc szkołę średnią czy studia zderzamy się ze smutną rzeczywistością. Ofert pracy brakuje, a jeśli są, to wymogi na dane stanowisko są bardzo wygórowane. Jednym z najczęstszych wymogów to znajomość nierzadko dwóch, trzech języków obcych. W szkołach dobrze staramy się nauczyć tylko jednego języka, a nawet to wydaje się wątpliwe. Ograniczenie drugiego języka obcego w myśl nowej podstawy programowej do jednej godziny w tygodniu woła o pomstę do nieba i nasuwa pytanie, kto decyduje o edukacji młodego pokolenia? Nie da się bowiem nauczyć języka obcego przy jednej godzinie w tygodniu! To strata czasu i pieniędzy. Nasuwa się wniosek: należy albo zacząć porządnie nauczać drugiego języka obcego, albo zupełnie usunąć go z listy przedmiotów szkolnych. Czy jednak to drugie wyjście wydaje się słuszne, skoro język angielski to teraz na rynku pracy absolutne minimum, a wymagania z roku na rok stale rosną?
       Drugą istotną sprawą to jakość nauczania języków obcych w szkołach. Powszechnie znanym jest wymóg dzielenia na grupy językowe. Wiadomo, że nie powinny być one liczne. Głównym założeniem jest nacisk na komunikację, której osiągnięcie nie jest możliwe w przypadku pracy w grupach większych niż piętnastoosobowe. Jak ma się to jednak do przepisu, w myśl którego, nie można dzielić klasy na grupy, w przypadku gdy liczą one 25 osób. Jak osiągnąć dobre wyniki, jak przygotować klasę do matury, jak nauczyć komunikacji, pracując w uczniami w grupach 25-osobowych? Oto pytania, które powinny być skierowane do zarządzających naszą oświatą.
       - Nauczanie języka nowożytnego w grupach tak licznych, jakie mamy, nie może zakończyć się sukcesem ani ucznia ani nauczyciela – mówi nauczycielka elbląskiej szkoły ponadgimnazjalnej. - 25 osób w jednej grupie, zróżnicowanie pod względem umiejętności językowych i jedna godzina zajęć w tygodniu - to ma być nauka na miarę XXI wieku? Na takich lekcjach nie tylko chodzi zresztą o edukację, ale i o przetrwanie nauczyciela w grupie nieujarzmionych uczniów, którzy mają teraz same prawa, a nie obowiązki – mówi. - A nowa podstawa? To kolejna fikcja. Uczniowie mają kontynuować naukę języka, a już po pierwszych dniach widać, że wpisy na świadectwach gimnazjalnych to jedno, a rzeczywistość to drugie. Uczeń kontynuujący naukę, a nie zna podstaw. Tylko czemu to ja mam odpowiadać i tłumaczyć się z niskich wyników egzaminu maturalnego, bo wcześniej ktoś zawalił? – żali się nauczycielka. - W ministerstwie pracują widać ludzie, którzy nigdy nie stali przy tablicy, a oczekują od nauczycieli, że w takich warunkach, jakie mamy w polskich szkołach, ten zamieni się w magika i wyczaruje coś z niczego. Szkoda mi i uczniów i nauczycieli, a wszystko rozbija się o pieniądze. Mało liczne grupy i wyposażenie gabinetu w środki audiowizualne to moje marzenia. A na razie musi mi wystarczyć własny sprzęt i hałas kilkunastu młodych ludzi w klasie, którzy mają się uczyć języka obcego w szkole średniej, a o ojczystym nie mają często pojęcia.
       Podobne doświadczenia w pracy w dużych grupach ma nauczycielka języka angielskiego elbląskiej szkoły podstawowej:
       - Nauka języka obcego w dużych, ponad dwudziestoosobowych grupach to strata czasu! Jak przeprowadzić speaking w takiej grupie? Jak dopilnować poprawnej wymowy u dzieci, gdy mówi na raz 25 osób? Nowa podstawa programowa teoretycznie kładzie nacisk na umiejętności komunikacyjne, na to, by dzieci mogły się "dogadać" w języku obcym i zrozumieć osoby posługujące się nim. W tak dużej grupie ćwiczącej mówienie na lekcji powstaje wielki rozgardiasz i hałas. Nikt nikogo nie słyszy – dodaje. - Nie ma czasu, by poświęcić choć parę minut więcej dziecku, które potrzebuje pomocy. Statystycznie wypada wtedy niecałe 2 minuty na dziecko (to oczywiście przenośnia, ale czasami tak to odczuwam). Nie jest to tym, na co liczyli językowy, gdy przy okazji szkoleń do nowej podstawy programowej mówili o indywidualizacji podejścia do ucznia i małych grupach językowych. Szkoda! Mam wrażenie, że cieszą się z tego jedynie prywatne szkoły językowe. One oferują dzieciom dokładnie to, czego my nie możemy - indywidualizację, nacisk na komunikację i małe grupy. Tylko robią to za duże pieniądze. A moglibyśmy to oferować dzieciom w szkole, w ramach bezpłatnej edukacji, dostępnej dla każdego - czyż nie takie jest założenie konstytucji o dostępie do oświaty? – pyta nauczycielka.
       Z wypowiedzi moich rozmówczyń wynika, że to zarządzający oświatą ponoszą w dużej mierze odpowiedzialność za niemiarodajne wyniki nauczania języków obcych.
       - Im większa grupa tym mniejsza efektywność nauczania i uczenia się - to działa w dwie strony – mówi nauczycielka języka angielskiego szkoły gimnazjalnej. - Nie nauczyciele wymyślają te przepisy i tak naprawdę, choć nas to bezpośrednio dotyczy, nie mamy wpływu na urzędnicze i ministerialne ustalenia. Ci, którzy ustalają takie rozwiązania zachowują się, jakby nie mieli nigdy do czynienia z uczniami, ze szkołą. W dobie XXI wieku nie tylko grupy powinny być małe, lecz klasy powinny liczyć maksymalnie 20 osób dla dobra uczniów i nauczyciela. Oczywiście przy takim stanie klasy nadal powinien być zachowany podział na grupy, w tym wypadku dziesięcioosobowe – dodaje.
       Nauczyciele mogą dziś tylko marzyć o pracy w mało licznych grupach, o dostosowanych do potrzeb nauczania języków salach językowych, o zwiększonej liczbie godzin języka obcego, które to czynniki wpłynęłyby na efektywność nauczania i na lepsze przygotowanie uczniów do trudnej walki o dobrą pracę.
      
ew

Najnowsze artykuły w dziale Wiadomości

Artykuły powiązane tematycznie

Zamieszczenie następnej opinii do tego artykułu wymaga zalogowania

W formularzu stwierdzono błędy!

Ok
Dodawanie opinii
Aby zamieścić swoje zdjęcie lub avatar przy opiniach proszę dokonać wpisu do galerii Czytelników.
Dołącz zdjęcie:

Podpis:

Jeśli chcesz mieć unikalny i zastrzeżony podpis
zarejestruj się.
E-mail:(opcjonalnie)
A moim zdaniem...
  • Kto był za granicą wie że wyuczony język w szkole, ma niewiele wspólnego z językiem na ulicy UK, nie mówiąc już o USA, gdzie nawet Anglików nie potrafią zrozumieć :D
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0
    0
    Ticzer(2012-09-08)
  • Rzecz w tym, iż w szkole uczymy się gramatyki i pamięciówki różnych zasad. Nauka języka to nauka mówienia (tak jak uczą się dzieci). W dalszej kolejności można myśleć o nauce pisania/czytania. Robienie tego w drugą stronę, powoduje iż większość uczących się i tak dogaduje sie na migi :)
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0
    0
    Andrzej12345(2012-09-08)
  • W calym zyciu uczylem sie dwoch jezykow. Panstwo Polskie mi to zapewnialo. Znienawidzony rosyjski w szkole podstawowej i jednoczesnie angielski i niemiecki w szkole sredniej. system nauczania wszystkich trzech byl taki sam gramatyka z jenoczesnym czytaniem i pisaniem ale z naciskiem na gramatyke. Efekt jest taki ze nie potrafie zadnego z tych jezykow. Dziekuje ci POLSKO.
  • Najpierw powinni nas uczyć rozumieć, potem mówić a na końcu pisać.
  • I matematyki też Cię nie nauczyli bidulo. Całe życie uczyłeś się dwóch języków? Wymieniłeś trzy, a w czwartym to wszystko napisałeś. "Efekt jest taki ze nie potrafie zadnego z tych jezykow"- i tu pełna zgoda. :P
Reklama