UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później

„Śledzi” spotkanie po latach

Elbląg, „Śledzi” spotkanie po latach
(fot. AD)

Wspominaliśmy już, że w tym roku mija już 65 lat od pierwszej lekcji w powojennym liceum Kazimierza Jagiellończyka w Elblągu. W 1945 roku, mimo trudnych czasów i powojennych zniszczeń, postanowiono jak najszybciej zadbać o edukację młodzieży, brutalnie przerwaną przez Historię. I choć pierwszy dzwonek obwieszczający powrót do ławek rozbrzmiał na jesieni, to już teraz, w czerwcu przy okazji świętowania wyjątkowego jubileuszu, spotkali się absolwenci „dwójki”. Po oficjalnej gali w elbląskim teatrze przyszedł czas na kameralne spotkanie w szkolnych murach. Zobacz fotoreportaż.

Korzystając z okazji, nie mogliśmy nie spotkać się z najstarszymi uczniami „Jagiellończyka”. Żywa historia cenniejsza jest niż niejeden podręcznik. I jakże przyjemnie choć na chwilę móc zanurzyć się we wspomnieniach maturzystów sprzed pół wieku. Bo mimo upływu lat, mimo innego otoczenia, historycznych i politycznych uwarunkowań, młodzież aż tak bardzo się nie zmieniła. Tak jak dziś, tak i wtedy są skorzy do żartów, jednych profesorów uwielbiają, z lekcji innych najchętniej by uciekli. Przeżywają pierwsze miłości i nawiązują przyjaźnie na całe życie.
      
       Spotkanie 11 b
      
Taka stara gwardia szkolnych przyjaciół zebrała się właśnie w jednej z klas Zespołu Szkół Ogólnokształcących Nr 2 przy ul. Królewieckiej. Przy jednym ze stolików zasiedli Eleonora, Ryszard, Maria, Janina, Teodozja – uczniowie 11 b, rok matury – 1953. Gdy jeden przez drugiego zaczynają opowiadać coraz ciekawsze historie sprzed ponad pół wieku, trudno oprzeć się wrażeniu, że to nie poważni seniorzy, a Lusia, Tola, Hania, Marysia, Rysiek, którzy kilka dni temu zdali maturę. Z każdą opowiastką, obowiązkowo rozpoczynaną sakramentalnym „a pamiętacie?”, uczniom 11 b coraz bardziej iskrzą oczy, i cały stolik zalewa fala serdecznego śmiechu. Ileż na nowo odkopanych wspomnień! Ileż razem przeżytych chwil! Jak powiedziała podczas rozmowy Eleonora – my też kiedyś byliśmy młodzi.
       Na tę chwilę więc dla nas będą tymi uczniakami stojącymi dopiero przed wyzwaniami dorosłego życia. Nie widzimy siwych włosów oraz czasu i doświadczeń odbitych w zmarszczkach. Dla nas są młodzi. I jak młodzi, szybko nawiązują nowe znajomości, obficie przy tym dzieląc się szkolnymi przygodami. A wspomnień mają bez liku.
      
       Stalin nie chce dopuścić do matury Toli i Lusi
      
Tola, klasowa gospodyni przez to zwana „Mamusią”, przypomina przedmaturalną historię, jak obie z Lusią miały być niedopuszczone do matury. A wszystko to przez obrazę samego towarzysza Stalina.
       – Gdy nam ogłaszano tę „przykrą” wiadomość o śmierci Stalina, cała klasa musiała stanąć na baczność podczas chwili ciszy, oddając hołd zmarłemu. Pożądana była powaga i skupienie nad tak przykrą okolicznością. Nie wiem jednak, co mi strzeliło do głowy, że szepnęłam Lusi, która stała przede mną, jakąś śmiesznostkę. A ta – klasowa śmieszka – wybuchła oczywiście perlistym śmiechem. To nie było w ogóle związane ze śmiercią Stalina. Tak jednak zostało odebrane przez grono pedagogiczne i partyjny aktyw. O, najadłyśmy się strachu wówczas. Na szczęście w końcu pozwolono nam zdawać maturę – teraz, po latach ze śmiechem opowiada to zdarzenie.
      
       Solski podbił serca młodych uczniów „Jagiellończyka”
      
Przy takich spotkaniach nie brakuje wspomnień o profesorach uczących w II LO. Dawni uczniowie wspominają swych pedagogów jakby wczoraj się z nimi rozstali. U swojej wychowawczyni, polonistki zbierali się w domu, by porozmawiać o literaturze, kulturze czy w ogóle o życiu, planach na przyszłość. Profesor Truszkowski – nauczyciel wychowania fizycznego – zaszczepił im miłość do sportu. Lusia, Hania to „sztafeciarki”, Tola rzucała dyskiem. Zaś „fakty i konkrety” to ulubione powiedzonko profesora Dymczaka, historyka, które do tej pory pamiętają jego uczniowie. W sercach młodzieży zapisał się również dyrektor Józef Lisak. Zgodnie stwierdzili, że za czasów jego rządów dbano, by uczniowie byli wszechstronnie wykształceni, obyci ze światem, sztuką. Do dziś pamiętają, jak chodzili ze szkołą na każdą premierę do teatru mieszczącego się przy ul. Obrońców Pokoju: – Widzieliśmy samego Solskiego! – zachwycają się jeszcze dziś. Ukochany dyrektor został usunięty ze stanowiska na podstawie niesłusznych oskarżeń członków ZMP. Przyszło im żyć w takich dziwnych czasach…
      
       Dolinka – miejsce wagarów „Śledzi” z „dwójki”
      
Dawnym uczniom II liceum nie brakowało fantazji i nieraz sprawiali psikusa swoim profesorom: – Mieliśmy w klasie olbrzymią szafę, na całą długość ściany. Kiedyś weszliśmy do niej całą klasą przed rozpoczęciem lekcji. Nauczycielka, która przyszła poprowadzić zajęcia, zobaczyła tylko puste ławki. Gdy wyszła zgłosić nieobecność klasy na lekcji, my szybko zajęliśmy miejsca przy stolikach. Po powrocie do klasy była osłupiała ze zdziwienia! Albo to mało razy uciekaliśmy przez okno na wagary na Dolinkę? – śmieje się Ryszard. Bo maturzyści rocznik ’53 uczęszczali jeszcze do liceum zlokalizowanego w obecnym Zespole Szkół Gospodarczych przy Królewieckiej 128: – O, a jak się przezywaliśmy wówczas! Ci z gastronomika mówili na nas „śledzie”, a my na nich „garkotłuki”! – wspominają absolwenci Jagiellończyka.
      

 


       Porządna polska młodzież nie słucha muzyki zgniłego kapitalizmu
      
Czasy, w jakich żyli, odcisnęły piętno na ich wspomnieniach – dziś przywoływanych już raczej bez goryczy, za to z lekkim rozbawieniem: – Język francuski mieliśmy tylko przez jeden semestr, gdyż uznano, że jest to język kapitalistycznego, gorszego świata i nie jest nam potrzebna jego znajomość. A tańce na potańcówkach w szkole? Nie można było tańczyć na przykład tanga, uznanego za taniec zepsutego zachodu – przypomina Marysia. No i wykopki! Jak zaznaczają uczniowie, nie były przymusowe, ale w dobrym tonie było uczestniczyć w pomocy rolnikom. Cała szkoła jeździła więc do podelbląskich miejscowości, pomagając przy zbiorze warzyw.
       A matura, studniówka? To kompletnie co innego niż teraz! Każdy z uczniów jedenastej klasy podkreśla przed wszystkim różnice w stroju:
       – Jak patrzę na zdjęcia kreacji studniówkowych na balu mojej wnuczki, to aż śmiać mi się chce na wspomnienie naszych strojów. Teraz gołe plecy, a kiedyś – plisowana grantowa spódniczka i biała bluzeczka – wspomina Marysia. – Bal był w szkole i wszystko sami robiliśmy – i dekoracje, i jedzenie. Na maturze natomiast oprócz profesora i dyrektora szkoły obecne były „czynniki społeczne”. Poza tym my zdawaliśmy małą i dużą maturę. Duża była finiszem edukacji w liceum, mała odbywała się na koniec gimnazjum – wspominają nasi rozmówcy. Ale nie tylko system egzaminów był inny. Z zamyśleniem nasi rozmówcy pochylają się nad minionymi czasami i zauważają, że mimo, iż na pewno uczniowie nie mieli takich wygód, jak obecnie, to oni mieli siłę i wsparcie w sobie:
       – Jak chodziliśmy do szkoły, nie do pomyślenia było, by nie pomóc słabszym. Ci lepsi „za uszy” wyciągali uczniów z problemami. By się nauczyli, by zdali, by przeszli do następnej klasy. Nieraz i mi zdarzyło się pomagać nieukom strasznym. Ale poprawiali wyniki i nie repetowali, potem zostając niejednokrotnie lekarzami czy prawnikami. Była w nas jakaś solidarność. Dyscyplina i posłuszeństwo nie pozwalały zostawić słabszych bez pomocy. Mam wrażenie, że teraz to się zmieniło, każdy stawia tylko na siebie – zauważa Lusia.
      
       Opuszczając rozbawione towarzystwo klasy 11 b, słyszymy jeszcze, jak Lusia z przekorą w głosie wypomina Rysiowi: – Ty się kochałeś w tej pięknej Malwie! A we mnie nie!
       – No jakże? Przecież w Tobie też się kochałem! W każdej koleżance się kochałem – skromnie odpowiada klasowy łamacz serc. Zaznacza jednak, że ta wspomniana dziewczyna miała cudowny warkocz, co to dwiema dłońmi ciężko był objąć. Jak więc nie kochać takiej piękności? Rysio nie miał wyboru, kochał i on.
      
      

Angelika Kosielska
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
A moim zdaniem...
Reklama