Dźgnęłam go nożem, ale nie chciałam

W sylwestrową noc 37-letnia Dorota D. zadała swojemu konkubentowi śmiertelny cios nożem kuchennym. Twierdzi jednak, że nie chciała zrobić mu krzywdy, a tylko się broniła, bo pijany mężczyzna wszczął awanturę i groził jej. W tej sprawie jest wiele niejasności. Kobieta nie potrafi m.in. wyjaśnić, dlaczego jej partner miał przebitą nożem nogę oraz obrażenia głowy. Proces Doroty D. ruszył dziś (14 listopada) przed elbląskim Sądem Okręgowym.
37-letnia Dorota D. żyła w konkubinacie z Piotrem S. od 2000 r. Kobieta była rozwiedziona i miała dwoje dzieci z poprzedniego związku. Z Piotrem doczekali się syna. W mieszkaniu często dochodziło do awantur. Mężczyzn, gdy był pijany, ale i na trzeźwo wyzywał swoją partnerkę, używał wobec niej przemocy fizycznej. W 2004 r. – jak zeznaje Dorota D. – wywlókł ją na podwórko, kopał, bił, a na koniec próbował utopić. Kobieta wspomina, że zdarzało jej się uciekać wraz z małoletnim synem do rodziców. Piotr obiecywał poprawę więc wracała. Aż doszło do tragedii. W sylwestrową noc Dorota D. ugodziła swojego partnera nożem kuchennym w górną część klatki piersiowej. Roztrzęsiona wezwała pogotowie ratunkowe. Lekarz stwierdził zgon mężczyzny. Kobieta tłumaczyła, że zrobiła to w obronie własnej.
Prokuratura postawiła jej zarzut pobicia ze skutkiem śmiertelnym, za co grozi kara do 12 lat więzienia. Dziś (14 listopada) przed elbląskim Sądem Okręgowym ruszył proces Doroty D. Sprawie przewodniczy sędzia Marek Nawrocki.
Sędzia zwrócił uwagę oskarżonej, że w czasie procesu może zostać zmieniona kwalifikacja czynu na zbrodnię zabójstwa. Pouczył ją, że może ona złożyć wniosek o przerwanie przewodu sądowego, by mogła przygotować linię obrony. Dorota D. odmówiła więc czynności kontynuowano.
Z zeznań, które kobieta złożyła podczas śledztwa, a także później przed prokuratorem wynika, że 31 grudnia 2011 r. oboje z Piotrem S. spożywali alkohol już od południa. Była to wódka, szampan, mężczyzna pił również wino. Awanturował się. Kobieta postanowiła położyć się do spać. Jak twierdzi, gdy było już ciemno, ze snu wyrwał ją pijany partner, ściągając z łóżka na dywan. Szarpał ją i ciągnął po dywanie. Kobieta twierdzi, że nie wie, kiedy Piotr chwycił za leżący na ławie w pokoju 30-centymetrowy nóż. Miał jej go przyłożyć tępą stroną do gardła. Wywiązała się szamotanina.
- Złapałam go za rękę, w której trzymał nóż i skierowałam ją w jego klatkę piersiową – mówiła Dorota D. - Nawet nie wiedziałam, że go dźgnęłam. Popchnęłam go na fotel. Usiadł. Wyglądał, jakby patrzył w telewizor. Wyszłam do łazienki, a gdy wróciłam do pokoju Piotr leżał na dywanie. Pochyliłam się nad nim i mówiłam, żeby przestał się wygłupiać. Czasem robił sobie takie żarty. Nie odpowiadał więc sprawdziłam, czy oddycha. Nie oddychał więc zaczęłam go reanimować. Byłam w szoku. Zaczęłam szukać telefonu komórkowego, by wezwać pomoc. Nie mogłam go znaleźć więc pobiegłam do sąsiadów. Nie otworzyli mi drzwi. Wróciłam i dalej szukałam telefonu. W końcu zaczęłam dzwonić na pogotowie, a gdy tam nikt nie odbierał, także na policję i straż pożarną. W końcu dodzwoniłam się na pogotowie, które bardzo szybko przyjechało. W oczekiwaniu na karetkę zaniosłam szklanki i nóż do kuchni, ale nie zmywałam naczyń. Wypiłam też łyk szampana i może kilka kieliszków wódki. Lekarz, który przyjechał stwierdził, że Piotr nie żyje.
W kolejnych zeznaniach Doroty D. jest wiele sprzeczności i niejasności. Kobieta nie potrafi określić, o której godzinie doszło do tragicznego w skutkach zdarzenia, dlaczego na plecach jej koszuli nocnej była krew ofiary, kiedy i kto zdjął mężczyźnie koszulkę, dlaczego na tej koszulce była krew, a rana została oczyszczona. Mężczyzna miał też obrażenia głowy oraz przebitą na wylot nogę czego Dorota D. – jak twierdzi – nie zauważyła.
Sędzia chciał także wiedzieć, do kogo najpierw dzwoniła oskarżona. Z jej telefonu wykonano bowiem kilka połączeń, w tym do jej matki, siostry i koleżanki, a także wybierano numer pogotowia ratunkowego. Dorota D. twierdzi, że na pogotowie dzwoniła dwa razy – raz nie udało jej się skontaktować z dyspozytorką. Z materiałów dowodowych wynika jednak, że z pogotowiem ratunkowym łączyła się czterokrotnie po godzinie 4 rano. Dwukrotnie rozmawiała z dyspozytorką – raz mówiła o zdarzeniu, za drugim razem ponaglała przyjazd karetki. Kobieta dziś twierdzi, że tego nie pamięta. Nie pamięta również, że po godzinie 20, a później po godz. 23 rozmawiała z siostrą i koleżanką. Jej wyjaśnienia były też nieco sprzeczne z tym, co zarejestrowano podczas wizji lokalnej.
Kolejny termin rozprawy wyznaczono na 21 listopada.
Prokuratura postawiła jej zarzut pobicia ze skutkiem śmiertelnym, za co grozi kara do 12 lat więzienia. Dziś (14 listopada) przed elbląskim Sądem Okręgowym ruszył proces Doroty D. Sprawie przewodniczy sędzia Marek Nawrocki.
Sędzia zwrócił uwagę oskarżonej, że w czasie procesu może zostać zmieniona kwalifikacja czynu na zbrodnię zabójstwa. Pouczył ją, że może ona złożyć wniosek o przerwanie przewodu sądowego, by mogła przygotować linię obrony. Dorota D. odmówiła więc czynności kontynuowano.
Z zeznań, które kobieta złożyła podczas śledztwa, a także później przed prokuratorem wynika, że 31 grudnia 2011 r. oboje z Piotrem S. spożywali alkohol już od południa. Była to wódka, szampan, mężczyzna pił również wino. Awanturował się. Kobieta postanowiła położyć się do spać. Jak twierdzi, gdy było już ciemno, ze snu wyrwał ją pijany partner, ściągając z łóżka na dywan. Szarpał ją i ciągnął po dywanie. Kobieta twierdzi, że nie wie, kiedy Piotr chwycił za leżący na ławie w pokoju 30-centymetrowy nóż. Miał jej go przyłożyć tępą stroną do gardła. Wywiązała się szamotanina.
- Złapałam go za rękę, w której trzymał nóż i skierowałam ją w jego klatkę piersiową – mówiła Dorota D. - Nawet nie wiedziałam, że go dźgnęłam. Popchnęłam go na fotel. Usiadł. Wyglądał, jakby patrzył w telewizor. Wyszłam do łazienki, a gdy wróciłam do pokoju Piotr leżał na dywanie. Pochyliłam się nad nim i mówiłam, żeby przestał się wygłupiać. Czasem robił sobie takie żarty. Nie odpowiadał więc sprawdziłam, czy oddycha. Nie oddychał więc zaczęłam go reanimować. Byłam w szoku. Zaczęłam szukać telefonu komórkowego, by wezwać pomoc. Nie mogłam go znaleźć więc pobiegłam do sąsiadów. Nie otworzyli mi drzwi. Wróciłam i dalej szukałam telefonu. W końcu zaczęłam dzwonić na pogotowie, a gdy tam nikt nie odbierał, także na policję i straż pożarną. W końcu dodzwoniłam się na pogotowie, które bardzo szybko przyjechało. W oczekiwaniu na karetkę zaniosłam szklanki i nóż do kuchni, ale nie zmywałam naczyń. Wypiłam też łyk szampana i może kilka kieliszków wódki. Lekarz, który przyjechał stwierdził, że Piotr nie żyje.
W kolejnych zeznaniach Doroty D. jest wiele sprzeczności i niejasności. Kobieta nie potrafi określić, o której godzinie doszło do tragicznego w skutkach zdarzenia, dlaczego na plecach jej koszuli nocnej była krew ofiary, kiedy i kto zdjął mężczyźnie koszulkę, dlaczego na tej koszulce była krew, a rana została oczyszczona. Mężczyzna miał też obrażenia głowy oraz przebitą na wylot nogę czego Dorota D. – jak twierdzi – nie zauważyła.
Sędzia chciał także wiedzieć, do kogo najpierw dzwoniła oskarżona. Z jej telefonu wykonano bowiem kilka połączeń, w tym do jej matki, siostry i koleżanki, a także wybierano numer pogotowia ratunkowego. Dorota D. twierdzi, że na pogotowie dzwoniła dwa razy – raz nie udało jej się skontaktować z dyspozytorką. Z materiałów dowodowych wynika jednak, że z pogotowiem ratunkowym łączyła się czterokrotnie po godzinie 4 rano. Dwukrotnie rozmawiała z dyspozytorką – raz mówiła o zdarzeniu, za drugim razem ponaglała przyjazd karetki. Kobieta dziś twierdzi, że tego nie pamięta. Nie pamięta również, że po godzinie 20, a później po godz. 23 rozmawiała z siostrą i koleżanką. Jej wyjaśnienia były też nieco sprzeczne z tym, co zarejestrowano podczas wizji lokalnej.
Kolejny termin rozprawy wyznaczono na 21 listopada.
A