UWAGA!

----

"Zamech przegrywał w konkurencji rynkowej"

 Elbląg, W głębi pozamechowski teren przy Al. Grunwaldzkiej. W roku 1990 nie zyskał zainteresowania ABB. Dziś miasteczko handlowo-usługowe. Kontynuujemy rozmowę z Danielem Lewandowskim
W głębi pozamechowski teren przy Al. Grunwaldzkiej. W roku 1990 nie zyskał zainteresowania ABB. Dziś miasteczko handlowo-usługowe. Kontynuujemy rozmowę z Danielem Lewandowskim (fot. Anna Dembińska)

- Świat nam zaczął odjeżdżać, szczególnie w latach 80. Na świecie produkowane były turbiny o wyższej sprawności, bardziej efektywne kosztowo. Zamech w tej rozgrywkach grał w niższej lidze. Nie było pieniędzy na to, żeby dotrzymać kroku firmom z Europy Zachodniej. Zatrudnienie spadało. W Polsce elbląskie przedsiębiorstwo wciąż miało jednak duże znaczenie. Na świecie już coraz mniejsze – mówi Daniel Lewandowski, elbląski popularyzator historii Zakładów Mechanicznych im. gen. Karola Świerczewskiego. W drugiej części naszej rozmowy poruszamy m.in. temat prywatyzacji Zamechu i jego wpływu na Elbląg.

W pierwszej części naszej rozmowy z Danielem Lewandowskim poruszaliśmy się na terenie Zakładów Mechanicznych. Przypomnieliśmy, co działo się za bramą, dziś pora wyjść na miasto i zobaczyć, że ślady Zamechu można było zobaczyć w każdej części miasta. Zaczynamy od najmłodszych Elblążanek i Elblążan.

 

- Ważnym aspektem stosunków zamechowsko-miejskich była funkcja opiekuńcza. Zamech wyręczał miasto prowadząc żłobki, przedszkola...

- Żłobek na początku był w „Pałacyku”, potem przeniesiony kilkadziesiąt metrów dalej, do „Krasnala”. Taka lokalizacja nie była przypadkowa, tuż obok znajdowało się główne wejście do zakładu. W związku z tym rodzice mogli rano oddać dziecko i na fajrant odebrać. Przez jakiś czas funkcjonował jeszcze żłobek tygodniowy: oddawałeś dziecko w poniedziałek rano i odbierałeś w sobotę, jak skończyłeś pracę. Zapewniał wszystko: jedzenie, ubranie, opiekę, podstawowe standardy higieny. Normą było, że dzieci przyprowadzane były w podartych, zacerowanych ciuchach, czasami nawet zabrudzonych. Opiekunki przebierały je w czyste żłobkowe ubranka. Takie same dla wszystkich. Nie da się jednak ukryć, że było to na modłę radziecką: państwo przejmuje odpowiedzialność za młodego człowieka, a w zasadzie za nieświadome dziecko. Podejście zmieniło się w latach 60. - po to by podkreślić indywidualizm dzieci, to rodzice mieli już zapewniać im schludne ubranie całodzienne. I wywołało to na tyle duże protesty rodziców, że pisał o nich „Głos Zamechu”.

 

- Na ile firmowy żłobek i przedszkola były potrzebne, żeby rodzice zawsze mogli przyjść do pracy albo zostać po godzinach?

- W tych placówkach zawsze było dużo szczerej troski o dzieci. Nie da się jednak ukryć, że największą motywacją do wprowadzenia takiego rozwiązania jak „żłobki tygodniowe” była właśnie dyspozycyjność pracownika. Żeby mógł pracować na trzy zmiany, zostać po godzinach, brać udział w czynach społecznych. Miał się angażować i być pełen entuzjazmu. Weźmy jednak pod uwagę fakt, że Elblążanie w pierwszym pokoleniu nie mieli tutaj dziadków. W razie czego, nie miał kto się zająć dziećmi. Przez cały okres PRL-u miejsc w żłobkach i przedszkolach było za mało. Szacuje się, że w „Krasnalu” brakowało ok. stu miejsc. W latach 70. uruchomiono dwa mini-żłobki przy ul. Kościuszki i Malborskiej, w specjalnie przygotowanych mieszkaniach M5, w nowych wieżowcach. To dało dodatkowych 20 miejsc w każdym.

- Potem trafiasz do zamechowskiego przedszkola.

- Zamech miał ich w swojej historii aż cztery: na Narciarskiej, na Ratuszowej, na Dębowej, na Saperów i na Szarych Szeregów. Do dziś przetrwało to na Dębowej (obecnie przy al. Grunwaldzkiej) jako przedszkole miejskie nr 31 oraz przy ul. Szarych Szeregów jako Niepubliczne Przedszkole Specjalne Polskiego Stowarzyszenia Osób z Niepełnosprawnością Intelektualną. Brakowało w nich miejsca dla ok. 200 dzieci zamechowskich. Część z nich trafiała do placówek miejskich, ale nie dla wszystkich starczało tam miejsca. I wtedy był problem, trzeba było szukać do opieki kogoś z rodziny, nianiek, sąsiadek. Nawet jak się dziecko dostało do przedszkola, to przed pracą należało je tam zawieźć, a później o godzinie szóstej rano stawić się przy warsztacie. Samochód był rzadkością, komunikacja zbiorowa też funkcjonowała niezbyt dobrze. Rodzice codziennie stawali przed wyzwaniem: dostarczyć dziecko do przedszkola, a potem je stamtąd odebrać. Do przedszkola przy ul. Dębowej zamechowski autobus przywoził i odwoził dzieci z placu Słowiańskiego. Ale dyskusja o przedłużeniu godzin funkcjonowania przedszkoli i żłobków trwała z różną intensywnością cały czas.

Kiedyś przedszkole zamechowskie, dziś przedszkole PSONI przy ul. Szarych Szeregów (fot. Anna Dembińska)

- Szkoły podstawowej Zamech nie prowadził.

- Miał patronat nad SP nr 21. Sprowadzało się to do wsparcia finansowego szkoły oraz prac wykonywanych na jej rzecz przez pracowników. To były albo tzw. czyny społeczne, podczas których wykonywano np. boisko lub w warsztatach zamechowskich wytwarzano wyposażenie na rzecz szkoły. Ale już w przypadku szkół ponadpodstawowych miał dużo do powiedzenia. Zespół Szkół Zawodowych nr 2 był zamechowską szkołą przyzakładową: kształciła kadry zawodowe i techniczne na potrzeby przedsiębiorstwa, a uczniowie wstępowali w grono zamechowców już w czasie nauki. Po ukończeniu tej szkoły w zasadzie od razu, mogłeś przystąpić do pracy w Zamechu, znałeś stanowisko, przy którym będziesz pracować.

Podobnie było z Technikum Mechanicznym na ul. Komeńskiego, noszące zresztą imię tego samego patrona: generała Karola Świerczewskiego. Jestem jego absolwentem i z całą pewnością mogę powiedzieć, że była to bardzo dobra, bo wymagająca szkoła. Bardzo dobrze mnie przygotowała do studiów technicznych. Wielu nauczycieli TM było etatowymi pracownikami Zamechu. Trzeba też pamiętać, że to w głównej mierze dzięki Zamechowi w Elblągu powstał w latach 70. XX w. zamiejscowy oddział Politechniki Gdańskiej, a przez dwie wcześniejsze dekady Zamech powoływał w Elblągu różne formy wyższych studiów technicznych we współpracy z kilkoma krajowymi uczelniami.

Zamechowcy też tam byli wykładowcami. Najbardziej znamienitym wśród nich był prof. Ryszard Łączkowski, który był krajowym autorytetem w dziedzinie obliczeń dynamicznych, autorem podręczników akademickich, a jednocześnie kierownikiem zamechowskiego Ośrodka Naukowo-Badawczego. Wielu jego studentów pracowało potem z nim w Biurze Konstrukcyjnym. W ten oto sposób Zamech kształcił pod swoje konkretne potrzeby kadry techniczne – na poziomie szkoły zawodowej, technikum i uczelni wyższej.

 

- Dziś w różnych rozmowach o rozwoju Elbląga często pojawia się złota rada, jeśli chcecie do Elbląga kogoś ściągnąć, to dajcie mu mieszkanie. Zamech był deweloperem, jak dziś nazwalibyśmy tę działalność.

- Pracownicy musieli gdzieś mieszkać, a specjalnie nie miał kto tych mieszkań wybudować. Dość długo funkcjonowała część przedsiębiorstwa, która zajmowała się budową zakładowych bloków z dwupokojowymi mieszkaniami o powierzchni 40 metrów kwadratowych ze ślepą kuchnią. Oszczędnościowy standard czasów Władysława Gomułki. Takie mieszkanie było przeznaczone nawet dla sześcioosobowej rodziny.

 

- Ciasno...

- Ale ludzie byli u siebie. Nie byli formalnie właścicielami, raczej użytkownikami. W porównaniu z domami rodziców na wsi, to był skok cywilizacyjny – w mieszkaniu bieżąca woda, w tym ciepła, toaleta, oświetlenie. W latach 60. Zamech zlecał już budowę bloków mieszkalnych wyspecjalizowanym przedsiębiorstwom budowlanym, ponosił tylko koszty finansowe. Zamechowskie bloki powstawały w całym mieście. Do 1978 r., kiedy skończył z budownictwem mieszkań, miał ich na stanie ponad 1600 i administrował nimi do końca swojego istnienia.

Elbląską Spółdzielnię Mieszkaniową „Sielanka” również założyli zamechowcy, którzy nie mogli doczekać się własnego M. Pierwsze dwa bloki powstały przy ulicy Kopernika, lokatorzy wprowadzili się do nich już w listopadzie 1959 r. W miarę upływu, czasu standard mieszkań się poprawiał, były większe, kuchnie zyskały okno. Własne M miało też wpływ na poprawę dyscypliny pracy: ludzie mieli już coś konkretnego do stracenia, mając mieszkanie. Trzeba było zarobić na jego utrzymanie. Ostatnią formą wsparcia budownictwa mieszkaniowego była pomoc finansowa przeznaczona dla budownictwa indywidualnego, a więc skierowana bezpośrednio do pracowników, którzy budowali sobie domy tzw. sposobem gospodarczym. W ten sposób został m.in. odbudowany kawałek Starego Miasta pomiędzy ulicami Kowalską, Stary Rynek, Wieżową i Przymurze; powstało osiedle Bielany, Przy Młynie.

 

Jedna z zamechowskich pamiątek przy ul. Kopernika (fot. Anna Dembińska)

- Przydział na mieszkanie to nie była rzecz, którą się otrzymywało ot tak. Kto miał największe szanse na swoje M od firmy?

- Ci, na którym Zamechowi zależało, otrzymywali je niemal natychmiast. Cenni, czyli np. inżynierowie z wysokimi kwalifikacjami, specjaliści wysokiej klasy. Druga grupa to robotnicy – przodownicy pracy, którzy bili kolejne rekordy wydajności zasłużeni działacze partyjni. Ci mogli liczyć na specjalne traktowanie, ale tak było w całej Polsce. Bicie tych rekordów produktywności i wydajności obracało się ostatecznie przeciw zwykłym robotnikom, bo władze podnosiły normy.

Stosunkowo szybko mieszkania zakładowe otrzymywali np. nowo zatrudnieni absolwenci, którzy jeszcze w czasie studiów podpisywali umowy stypendialnej. W zamian za wsparcie finansowe podczas studiów, zobowiązywali się do odpracowania w Zamechu określonego czasu. Zakłady były obecne na wszystkich uczelniach, kształcących inżynierów na kierunkach energetycznych i stamtąd rekrutowały kadrę techniczną i zarządzającą. Studentom oprócz wsparcia finansowego proponowały, że jeżeli po okresie odpracowania stypendium zdecydują się zostać, to dostaną mieszkanie. I często taki inżynier zostawał w mieście wzmacniając lokalną inteligencję techniczną. To funkcjonowało mniej więcej do przełomu lat 60. i 70. Później liczba przyjezdnych zmalała, bo Zamech już sam kształcił swoich inżynierów.

 

- Gdzie taki student „z Polski” mieszkał wcześniej?

- Rzadko trafiał do hotelu robotniczego przy pl. Słowiańskim, ten był przeznaczony dla pracowników fizycznych. Kwaterowany był w domu gościnnym przy ul. Saperów lub zakład wynajmował mu małe mieszkanko na mieście.

 

- A jak zamechowcy spędzali wakacje?

- Dzieci jeździły do ośrodka kolonijnego w Borkowie na Kaszubach. Rodziny spędzały wakacje w ośrodku wczasowym w Krynicy Morskiej lub w Bogaczewie nad jeziorem Narie lub na polu namiotowym na wyspie Bukowiec na Jezioraku. Zamech był właścicielem ośrodków wakacyjnych, zatrudniał rzeszę administratorów, wychowawców i opiekunów. Miarą tego przedsięwzięcia niech będzie fakt, że w okresie najwyższego zatrudnienia Zamech obejmował opieką 5 tys. dzieci pracowników w wieku do 15 lat. To było co czwarte dziecko w Elblągu w tym przedziale wiekowym!

 

- Jaką rolę w tworzeniu miasta odegrały czyny społeczne? Na ile powstało coś wartościowego, na ile było to symulowanie, że coś się robi, a potem i tak trzeba było to poprawiać?

- Czyny partyjne i społeczne to nieodzowny element aktywności pozazawodowej minionych czasów. Saldo takich czynów jest ewidentnie dodatnie. Można je mierzyć hektarami splantowanych terenów, uporządkowanych podwórek wokół osiedli, zasianych zieleńców, kilometrami wytyczonych alejek i położonych chodników, generalnie ogromny wkład w poprawę estetyki miasta. Ludzie włączali się, bo szczerze wierzyli, że robią to dla siebie.

Zamechowska kotwica przy ul. Żeglarskiej (fot. Anna Dembińska)

- Zastanawiam się, na ile ludzie szli na czyny społeczne, bo musieli, a na ile, bo chcieli?

- Owszem część pracowników czuła się przymuszana, ale większość włączała się autentycznie spontanicznie.

 

- Wróćmy do początku rozmowy. Kto był ważniejszy: pierwszy sekretarz Komitetu Zakładowego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w Zamechu, czy jego odpowiednik w Komitecie Miejskim i Powiatowym?

- Obie strony musiały ze sobą współpracować. Komitet miejski w strukturze partyjnej stał wyżej niż komitet zakładowy, ale w przypadku tak dużych kombinatów jakim był Zamech komitet miejski musiał się liczyć z komitetem zakładowym. Przedstawiciele Zamechu byli radnymi w Miejskich Radach Narodowych, posłami do sejmu PRL. Myślę tu o Stanisławie Sulimie i Józefie Wanacie. I lepiej dla miejskiego sekretarza było, jak miał Zamech i jego załogę po swojej stronie. Ta masa robotników dawała siłę reprezentantom Zamechu.

Podobnie było z prezydentami Elbląga, zwanymi w latach 1950-1975 przewodniczącym Prezydium Miejskiej Rady Narodowej. Nominacje odbywały się oczywiście po linii partyjnej, najczęściej na jedynego kandydata na sekretarza lub prezydenta głosowali wszyscy, albo prawie wszyscy. Śmiało można powiedzieć, że i w tym zakresie Zakłady Mechaniczne wywarły istotny wpływ na miasto.

W 1971 r. pierwszym sekretarzem Komitetu Miejskiego i Powiatowego PZPR został Bolesław Smagała. Wcześniej pracował w Zamechu w Biurze Głównego Metalurga, działał w ZMP, został dostrzeżony przez władze partyjne. Jego życiorys jest dość ciekawy, był nie tylko inżynierem, ale też animatorem wydarzeń kulturalnych m.in. w elbląskim oddziale Naczelnej Organizacji Technicznej. O jego nominacji ewidentnie zadecydowało poparcie Zamechu. I jako pierwszy sekretarz KMiP PZPR przyciągał wybitne postaci z Zamechu, które na dwie dekady awansowały do wysokich funkcji w mieście, regionie, województwie, a nawet kraju.

Tu warto wspomnieć np. Alfreda Zienkiewicza, który został prezydentem miasta w latach 1972 – 1975, potem był wicewojewodą elbląskim. Jerzy Prusiecki w latach 80. XX w. był I sekretarzem KW PZPR. Alicja Bednarczuk przez lata kierowała miejską , a następnie wojewódzką kulturą. Prezydenci Elbląga Norbert Berliński i Józef Gburzyński, to też zamechowcy. To tylko niektóre przykłady. Najwyżej jednak zaszedł dyrektor Zbigniew Bartosiewicz, który w drugiej połowie lat. 70. XX w. trafił do rządu.

 

- Na ile jego praca w Zamechu miała wpływ na awans?

- Najbardziej zaważyły tu kompetencje. Oczywiście musiał być członkiem PZPR, ale to nie działalność partyjna wyniosła go do stanowiska ministerialnego. Polska wówczas przygotowywała się do budowy elektrowni jądrowej w Żarnowcu. Potrzebny był ktoś na wysokim szczeblu, kto tym pokieruje, kto ma o energetyce jakieś pojęcie. Nie bez znaczenia był też fakt, że Zamech miał być jednym z kluczowych dostawców dla żarnowieckiej elektrowni. Zbigniew Bartosiewicz najpierw został wiceministrem w Ministerstwie Przemysłu Maszyn Ciężkich i Rolniczych, a kilka miesięcy później ministrem energetyki i energii atomowej.

 

- Połowa lat 70. to jest szczyt Zamechu. Pracuje tam ponad 8 tys. ludzi, w całym Elblągu mieszka prawie 100 tys. osób. I w tym momencie rozpoczyna się przesilenie, a po nim „zjazd”.

- Na świecie wybucha kryzys paliwowy. Turbiny, nasz główny produkt eksportowy, są paliwożerne. W momencie zakupu są tańsze od zachodniej konkurencji, ale droższe w codziennej eksploatacji. Zamech przegrywa w rynkowej konkurencji, nawet licencja na turbinę z szwajcarskiej firmy Brown, Boveri & Cie (BBC) nie pomaga. Na to nakłada się narastający od połowy lat 70. XX w. kryzys gospodarczy w Polsce i totalna recesja lat 80. Zamech nie nadąża za rozwojem technologicznym, świat nam zaczyna odjeżdżać. Na świecie produkowane są turbiny o wyższej sprawności, mniej energochłonne, Zamech w tej rozgrywkach gra w niższej lidze. Nie było pieniędzy na to, żeby dotrzymać kroku firmom z Europy Zachodniej. Spadają zamówienia krajowe, bo kraj pogrążony w kryzysie, dramatycznie zmniejsza się eksport, bo Polska jest objęta sankcjami. Zatrudnienie spada. W Polsce elbląskie przedsiębiorstwo wciąż ma duże znaczenie. Na świecie już coraz mniejsze.

W budynku byłej zamechowskiej ZSZ nr 2 mieści się dziś Zespół Szkół Techniczno - Informatycznych (fot. Anna Dembińska)

 

- I dochodzimy do przełomu lat 80. i 90. PRL zbankrutowała. Z systemu gospodarki socjalistycznej przechodzimy, a raczej skaczemy na główkę, nie wiedząc, co jest na dnie basenu, do gospodarki kapitalistycznej. Remedium na wszystko jest prywatyzacja. Była w ogóle rozpatrywana opcja, aby Zamechu nie sprzedawać?

- Moim zdaniem sprzedaż Zamechu ABB było najlepszym rozwiązaniem, jakie mogło się przedsiębiorstwu przytrafić w tamtych okolicznościach społeczno-gospodarczych. Ale jak już miałbym uprawiać historię alternatywną, to bym powiedział, że gdyby ówczesny Skarb Państwa miał więcej pieniędzy, to przy bardzo dużym dofinansowaniu, Zamech miałby teoretycznie szansę stać perełką polskiej gospodarki. Potencjał był. Przykładem może być czechosłowacka Skoda. Oni byli na wyższym poziomie technologicznym i państwo miało pieniądze, aby firmę dofinansować. Polskie rafinerie w Płocku i Gdańsku też zostały spółkami Skarbu Państwa i dobrze na tym wyszły.

 

- Tylko, że gdyby Skarb Państwa miał więcej pieniędzy, to można zadać pytanie, czy wówczas PZPR oddałaby władze i czy miałaby wówczas miejsce transformacja ustrojowa?

- Zgadzam się, realnie to było niemożliwe. Gdyby nie sprzedano przedsiębiorstwa, to miałoby ono przed sobą cztery, może pięć lat wegetacji zakończonej bankructwem z bardzo dużymi konsekwencjami społecznymi. Dlatego uważam, że prywatyzacja poprzez sprzedaż koncernowi ABB, to było najlepsze, co mogło się wtedy firmie trafić. Zamech otrzymał dostęp do technologii, wiedzy i doświadczenia ABB, wyższej kultury zarządzania, rynków zbytu.. Zaczął sprzedawać i modernizować polską energetykę. Proponowaliśmy polskim przestarzałym elektrowniom rozwiązania, które znacząco podnosiły ich moc i pozwalały oszczędzać węgiel. Wróciliśmy do Europy. Bez ABB to było niemożliwe. Dalsze losy ABB to już temat na kolejną rozmowę. Ale ta część Zamechu sprzedana Szwajcarom po różnych przekształceniach własnościowych wciąż jeszcze istnieje.

 

- Po co ABB, szwajcarsko-szwedzki potentat w produkcji turbin, miał kupować przestarzały zakład gdzieś w Polsce? Po co mu to było?

- ABB miało wówczas politykę przejmowania firm z Europy Środkowo-Wschodniej, z którymi wcześniej współpracowała na zasadzie licencji. Z Polski, oprócz Zamechu, kupiła wrocławski Dolmel, w Jugosławii Jugoturbinę, Langa na Węgrzech, Bergmann-Borsig w NRD. Do koncernu nie weszła np. czeska, a w zasadzie wówczas czechosłowacka, Skoda. Czesi reprezentowali jednak wyższy poziom technologiczny i stać ich było na niezależność.

Pamiętajmy, że ABB nie kupił całego Zamechu. Firmę podzielono na dwa podmioty. Pierwszym było ABB Zamech, w skład którego weszła produkcja turbin, wyposażenia okrętowego i wytwórnia przekładni. Warto jednak pamiętać, że na początku ABB zależało tylko na turbinach. Tylko dzięki geniuszowi i lokalnemu patriotyzmowi grupy negocjacyjnej, w składzie Kamil Czwiertnia, Zenon Śniadecki, Krzysztof Rusinowski i Henryk Laska, udało się szwajcarskich decydentów przekonać do zakupu dwóch pozostałych gałęzi produkcji. ABB nie zapłaciło jakiś ogromnie dużych pieniędzy, to było kilka milionów dolarów. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, mało. Ważniejsze było dofinansowanie Zamechu, dzięki któremu zapóźnione technologicznie przedsiębiorstwo dostało nowe życie.

Pracownicy generalnie byli zadowoleni z prywatyzacji, pensje znacząco poszły do góry, niektóre nawet trzykrotnie. Szczególnie odczuli to pracownicy Biura Konstrukcyjnego, których w końcu doceniono finansowo. I co było symbolicznie ważne, została nazwa: nowa firma nazywała się ABB Zamech Ltd. Trzy litery do sukcesu, jak wtedy mówiono w firmie.

Ta część Zamechu nie miała tyle szczęścia w prywatyzacji (fot. Anna Dembińska)

- Nie wszyscy z Zamechu czasu PRL załapali się na hojnych Szwajcarów.

- Produkcja maszyn do obróbki plastycznej (młoty, giętarki, gilotyny, nożyce), naprawa taboru kolejowego, produkcja luków okrętowych oraz konstrukcji stalowych wraz z całą zamechowską infrastrukturą produkcyjną (teren i hale) i ogromnym majątkiem pozaprodukcyjnym trafiły do Elbląskich Zakładów Mechanicznych, potocznie zwanych Elzam. W wielkim skrócie to jest ta część przy al. Grunwaldzkiej. Część tego majątku, jak np. żłobki, przedszkola, szkoła zawodowa, stadion Olimpii skomunalizowano, pozostała część walczyła o przetrwanie w warunkach szalonych lat 90.

Ci ludzie mieli żal, że ich szwajcarsko-szwedzkie dobrodziejstwa ominęły i sami musieli walczyć o swój byt. Elzam dostawał stosunkowo duże pieniądze od ABB za wynajem, z tym, że radzić już musiał sobie sam, na własny rachunek. Zostało tam ok. 1100 pracowników. Działalność produkcyjna mieściła się w dwóch halach, Elzam szukał swojej niszy rynkowej, z różnym powodzeniem. Próbowano m.in. z hotelem Elzam. Na pozostałym obszarze byłego Zamechu powstała Giełda i centrum handlowe. Nie znalazł się inwestor, który chciałby kupić całą tę firmę. Elzam działał na zasadzie holdingu, ale jego poszczególne części różnie sobie radziły, wiele po pewnym czasie upadło. Nie uważam, że jest to historia porażki, raczej walki o przetrwanie w warunkach transformacji gospodarczej i brutalnego kapitalizmu lat 90.

- Chciałbyś pracować w Zamechu?

- W tym z lat 80? Raczej nie. Wcześniej? – już bardziej. Skończyłem Technikum Mechaniczne, a następnie na początku lat 90. XX w. studia inżynierskie. Gdybym skończył studia jeszcze przed rokiem 1990, to pewnie Zamech byłby naturalnym wyborem, może nawet jedynym. To już nie byłaby kwestia chęci, ale konieczności. Alternatywą była przeprowadzka do innego miasta.

Na Zamech nie zdążyłem, ale w roku 1993 dostałem pracę w ABB Zamech. Ale jak mówiliśmy wcześniej, to już była inna firma. W PRL zakłady pracy miały ogromną funkcję opiekuńczą. Mówiliśmy o szkołach, funkcjonowały wczasy pracownicze, kolonie letnie, własnością Zamechu był stadion piłkarski, działacze Olimpii Elbląg byli zatrudnieni w Zamechu. Nie byłoby Galerii EL i Biennale Form Przestrzennych, gdyby Zamech nie dał Gerardowi Kwiatkowskiemu twórczej wolności. Zamechowskie przychodnie obejmowały opieką 30 tys. Elblążan. Można długo wymieniać. Zakłady często wyręczały w wielu dziedzinach instytucje publiczne – miejskie, wojewódzkie, rządowe. Ale nikt się nie buntował, nikt nie oponował przeciwko funkcjom opiekuńczym i miastotwórczym.

 

- To skąd to zainteresowanie Zakładami Mechanicznymi z czasów PRL?

- Jakieś 15 lat temu, zacząłem się interesować powojenną historią Elbląga i tak zacząłem natykać co rusz na Zamech. Zacząłem się zastanawiać, jak potoczyłyby się losy naszego miasta, gdyby nie Zamech. Nie wiem dlaczego. Zacząłem grzebać, rozmawiać z ludźmi i tak się zaczęło. Przerodziło się to w pasję i przewartościowało moje postrzeganie powojennego Elbląga, którego historię i osiągnięcia propaguję poprzez Zamech właśnie.

 

- Myślałeś o tym, żeby artykuły na portElu wydać w formie książki?

- Myślałem. Mam jeszcze do napisania kilkadziesiąt odcinków i wtedy wszystkie wydam drukiem. Póki co piszę i publikuję na bieżąco. Dzielę się poszczególnymi wątkami, które mnie inspirują. Nie chcę czekać z publikacją, aż złożę wszystkie materiały w całość, wolę formę odcinków. Dzięki komentarzom mam natychmiastowe informacje zwrotne od czytelników i często w ten sposób zdobywam kontakt do ludzi, którzy mogą udostępnić mi kolejne informacje. Ale tak, myślę o tym, żeby te opowieści zyskały formę fizyczną. Tak samo jak planuję opisać – w podobnym stylu - cały powojenny przemysł Elbląga. To jest moje zobowiązanie w stosunku do Elbląga, a może nawet misja.

 

- W takim razie życzę Ci długich lat w zdrowiu. I dziękuję za rozmowę.


Najnowsze artykuły w dziale Dawno temu

Artykuły powiązane tematycznie

Zamieszczenie następnej opinii do tego artykułu wymaga zalogowania

W formularzu stwierdzono błędy!

Ok
Dodawanie opinii
Aby zamieścić swoje zdjęcie lub avatar przy opiniach proszę dokonać wpisu do galerii Czytelników.
Uwaga! Opinia zostanie zamieszczona na stronie po zatwierdzeniu przez redakcję.
Dołącz zdjęcie:

Podpis:

Jeśli chcesz mieć unikalny i zastrzeżony podpis
zarejestruj się.
E-mail:(opcjonalnie)
  • Ludzie muszą zrozumieć że po upadek komuny był zaaranżowany przez USA. Wystarczy bardziej zainteresować się tematem i dotrze się do informacji że Soros zasponsorował wykupienie Polski po obaleniu komuny za 10mln $. W kręgach miliarderów śmiali się że było to najtańsze sprywatyzowanie państwa. Od tamtej pory nie trudno dostrzec że Polska przedsiębiorczość, polskie firmy które napędzały gospodarkę zamiast się rozwijać to zaczęły upadać na rzecz przychylnego prawa dla korporacji zagranicznych. Polska władza została przejęta/ wykupiona a wszelkie prawo zostało uchwalane na rzecz zagranicznych interesów. W dniu dzisiejszych jesteśmy niewolnikami w własnym kraju który nie jest nasz. Nasz jest tylko z nazwy i wartości które jeszcze nosimy w sercu ale na papierze już nie. Nie możemy pozwalać dłużej aby polityka nas dzieliła bo białe kołnierzyki wykorzystują to cały czas do swoich rozgrywek. Każdemu z nas żyje się coraz gorzej, świat staje do góry nogami więc czas się zjednoczyć.
  • Wystarczy wejśc do biblioteki, wypożyczyć roczniki gazet i wszystko o zamechu już napisano tylko potem weryfikacja bo w prl cenzura i propaganda ale i to nawet jest ciekawe tylko przypis niech to wyjasni. autor pewnie o tym wie. stare roczniku plus aktualna weryfikacja przeszłosci i mamy gotowa ksiazkę :) dla garstki czytelników bo im szkoda wydać na ksiązką wola na piwo i fajki :) no i benzynę hahaha
  • ciekawy art. żłobek (mini żłobek), znajdował się na parterze we wieżowcu na Kościuszki 31.Nie zgodzę się z Panem co do prywatyzacji, jednak to były jak sam Pan wskazał szalone lata 90 i nikt nie wiedział co robić by było dobrze, znaczy wiedzieli przybysze z zachodu, którzy wykupywali za grosze, i później odsprzedawali z zyskiem, i kombinowali na podatkach. Obecnie na Stoczniowej wszystko jest podzielone i sprzedane kilku firmą, które nadal kombinują i zmieniają właścicieli gdy kończy się karencja podatkowa, a to amerykanie raz są właścicielami, a to chińczycy, a to jakaś europejska spółka - tylko nam szarym ludziom wmawia się, że kryzys etc. owszem kryzys jest u pracowników średniego i niższego szczebla - prezesów on nie dotyczy.
  • Wyraznie pan Lewandowski napisał. Gdyby nie prywatyzacja, mielibyśmy to co z elzamem. Także nie ma co płakać, tylko cieszyć się że mamy to co mamy, a przypomnieć należy że teraz jest boom i GE zwiększa zatrudnienie, kupuje maszyny i zasiedla na nowo odlewnie.
  • Zamechu nie przejęto tak jak to pisze autor artykułu. Zamech został celowo przejęty przez ABB, aby zniszczyć sobie konkurencję. Jeszcze przed powstaniem spółki Zamech miał możliwość podpisania ogromnego kontraktu na turbiny wodne z Chinami, i... pojawiło się ABB które liczyło na ten kontrakt. Wrogie przejęcie jednak zaprzepaściło dla obu firm podpisanie lukratywnego kontraktu. Moim zdaniem wszyscy którzy sprzedali wtedy ten zakład za około 10mln $, powinni siedzieć w pierdlu i ujawnić ile wzieli pod stołem. Elblązanie w rządzie? W nagrodę?
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz Pokaż ten wątek
    11
    14
    No i tak sie dzieje(2026-04-06)
  • RWPG narzucała podział specjalizacji: turbiny powyżej 200 MW były domeną ZSRR. Polska musiała kupować licencje radzieckie (np. PWK‑200). Eksport własnych konstrukcji byłby niemożliwy bez zgody Moskwy. Nawet gdy Zamech miał gotowe projekty większych turbin (360 i 500 MW), nie wolno było ich wdrożyć. Zamech mógł, ale nie mógł — kompetencje były, polityka blokowała.
  • @No i tak sie dzieje - Ta z Chinami interesy, skoro ltu robili węglówki l. Weź się zastanów.
  • @No i tak sie dzieje - udowodnij swoją teze, bo papier wszystko przyjmie :) Masz nato jakieś dokumenty? Zródła? Czy tylko swoje wyobraźnie? Nie wierzę ci.
  • @okoniowaty - Która spółka zmieniała nazwę i właściciela równo co 5 lat? Chyba fantazja za bardzo poniosła.
  • Dobrze, że Żarnowiec nie doszedł do skutku, bo tam miał stanąć RBMK-1000.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    1
    3
    KapitanSzyderca(2026-04-06)
  • Okoniowaty z kapitanem szydercą - wy to zawsze macie skrzywienie percepcji hahah
  • Tu chyba wypowiadać się powinny osoby które to przeżyły. W roku 1993 DL rozpoczął pracę w ABB jako młody pracownik, więc na co ma wpływ ten artykuł. Co reprezentował dawny Zamech ? Już za komuny i tak był zależny od „zachodu”, obliczenia termodynamiczne i wytrzymałościowe były wykonywane tylko dzięki temu że był zły „zachód”. Tu chyba trzeba się chyba zastanowić, co by było gdyby Zamech został Zamechem ? Ile by przetrwał ? Hashtagi: #PracownikZamechu, #ABB, #AlstomiterazGe
Reklama