UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później

"Reakcja publiczności jest dla mnie najważniejsza"

 
Elbląg, Bartosz Izdebski
Bartosz Izdebski (fot. Adam Kwiatkowski)

Bartosz Izdebski w Gdyńskiej Szkole Filmowej przygotowuje się do pracy reżysera, już wkrótce powstanie jego pierwszy film będący jednocześnie... pracą dyplomową. Twórca, z pochodzenia elblążanin, opowiada o swoim pierwszym większym projekcie i filmowych planach na przyszłość. Zobacz zdjęcia z planu autorstwa Adama Kwiatkowskiego.

- Zazwyczaj, by otrzymać dyplom jakiejś szkoły, trzeba napisać pracę. W tym przypadku sprawa wygląda jednak nieco inaczej.

- Gdyńska Szkoła Filmowa jest szkołą wyjątkową, która trwa 2,5 roku i w jej ramach odbywam bardzo intensywny, warsztatowy kurs przygotowawczy: zajęcia trwają 7 dni w tygodniu. Kandydat do szkoły musi zdecydować, czy jest w ogóle w stanie zrezygnować z innych rzeczy. Jest to bardzo angażujące i ogranicza kontakty z rodziną czy ze znajomymi. Wszystko po to, by na koniec studiów móc nakręcić film, który jest jednocześnie pracą dyplomową i z którym będzie można pójść w świat. W zawodzie reżysera, w tej branży nikt nie będzie pytał o tytuł zawodowy i papier: ludzie chcą wiedzieć, co potrafisz zaprezentować jako twórca. Egzamin jest planowany na grudzień, jest on otwarty, więc każdy może przyjść do Gdyńskiego Centrum Filmowego na projekcję i rozmowę o filmie. Później studenci i wykładowcy udają się na dłuższą, już zamkniętą rozmowę na temat produkcji. Nasz egzamin jest też pierwszym spotkaniem z publicznością: możemy zobaczyć, czy reaguje na poszczególne sceny tak, jak to przewidywaliśmy. Dla mnie właśnie ta reakcja publiczności jest najważniejsza.

 

- Powiedzmy kilka słów o filmie, nie zdradzając oczywiście całej historii.

- "Delicje", bo taki jest tytuł, to krótkometrażowy film mówiący o przyjaźni. Główny bohater, Oskar, próbuje przekonać najlepszego przyjaciela, Speedy'ego, do zaniechania wyjazdu za granicę. Towarzyszymy bohaterom na peronie 15 minut przed odjazdem pociągu, film charakteryzuje więc jedność czasu i miejsca akcji: to 15 minut na ekranie ma przekładać się na 15 minut życia bohaterów. Na początku Oskar totalnie nie zgadza się z tym wyjazdem i mocno to manifestuje. Próbuje przekonać przyjaciela do zmiany zdania, gdy to się nie udaje, ucieka się do mniej moralnie dopuszczalnych metod, by ociągnąć swój cel. W międzyczasie bohaterowie spotykają na torach samobójcę. Niekoniecznie z wysokich pobudek, ale dlatego, że gdyby coś się stało na torach, pociąg miałby przecież opóźnienie, zabierają go z torów. Ci bohaterowie to, mówiąc kolokwialnie, ziomale w dresach. Sam film jest w konwencji komedii absurdu, ale w miarę eskalacji konfliktu forma opowiadania się zmienia i przechodzi w coś dużo poważniejszego.

 

- Jak wyglądały przygotowania do pracy na planie?

- Scenariusz piszemy od października drugiego roku zajęć. Szkoła chce, by reżyserzy sami pisali swoje teksty, jednak w moim przypadku zgodzono się na wykorzystanie scenariusza studenta Łódzkiej Szkoły Filmowej, Mikołaja Kowalskiego. Zdecydowaliśmy się na pracę na tym tekście, obecnie on zmienił się nie do poznania w stosunku do pierwotnego. Potem przyszedł czas na szukanie aktorów i lokacji. Trzeba było też zadbać o rekwizyty, kostiumy, próby kamery i rozmowy z operatorem. Takie intensywne przygotowania trwały ok. 4 miesięcy, a na samym planie pracowaliśmy 4 dni.

 

- Jak przebiegały same zdjęcia?

- Praca była trudna, chyba jako jedyny student do tej pory miałem zdjęcia w plenerze. Codziennie byliśmy na peronie w Rębiechowie, co wymagało liczenia się z przejeżdżającymi pociągami, nad nami latały też samoloty z pobliskiego lotniska, w kościele biły dzwony, a na okolicznych polach dawały głos zwierzęta. Wiele ujęć, ze względu na dźwięki otoczenia, było do wyrzucenia. Apogeum problemów stanowiła praca maszyny rolniczej na polu i to, że jeden z rolników wyciął nam pół scenografii. Gdy kolejnego dnia przyszliśmy na plan, okazało się, że otoczenie diametralnie się zmieniło i byłoby to bardzo widoczne w ujęciach, musieliśmy więc negocjować z panem opóźnienie jego pracy. Na szczęście „Biały Bocian” załatwił sprawę (śmieje się). Istotna była też praca w odpowiednich godzinach i warunki pogodowe: te 15 minut bohaterów na ekranie musi wybrzmieć, trzeba było uwzględnić to, że akcja dzieje się w godzinach porannych i pogoda w tym czasie powinna być podobna na wszystkich ujęciach. Kiedy słońce wychodziło zza chmur, musieliśmy swoje odczekać, by wrócić do kręcenia kolejnej sceny. Praca co do warunków była trudna, natomiast świetna co do ekipy, na którą składało się ok. 20 osób. Każdy dawał z siebie 100 procent, wszyscy wiedzieli, co mają robić i dlatego wszystko poszło dobrze. W ekipie byli inni studenci, bo pomagamy sobie wzajemnie przy dyplomach, a także osoby wynajęte przez szkołę: profesjonaliści zajmujący się oświetleniem czy dźwiękiem. Charakteryzacją, kostiumami i rekwizytami zajęły się absolwentki ASP i osoby na co dzień pracujące na planach filmowych. Chodzi o to, by była to produkcja bardziej kinowa, a nie offowa. Wierzę, że film będzie można obejrzeć na festiwalach w Polsce i za granicą, których jest bardzo wiele. Zwłaszcza na tych najbardziej znaczących, to jednak dziś trudno przewidzieć.

 

- Film dyplomowy to jednak dopiero początek...

- Wiele osób w pewnym momencie życia marzy o tym, by być aktorem albo związać się z branżą filmową, te marzenia często wygasają, zastępuje je szara codzienność. U mnie przełom nastąpił na studiach informatycznych: stwierdziłem, że te studia to nie jest mój świat. Zacząłem zastanawiać się, co chciałbym robić w życiu, by nie żałować, że poświęciłem je na coś, co mnie nie cieszy. Wtedy wróciły moje dawne marzenia związane z reżyserią. Większość życia mieszkałem w Elblągu, skończyłem tu technikum mechaniczne, informatykę w Olsztynie zacząłem niejako idąc za ciosem. Jeśli chodzi o tę branżę, na myśl przychodzi najpierw Łódzka Szkoła Filmowa, w Gdyni spodobał mi się jednak system skondensowanej nauki i warsztatowy charakter zajęć. Są tu ludzie, którzy chcą wejść w to totalnie i poświęcić na to 2,5 roku bez przerwy. Cieszę się, że tak wybrałem. Chciałbym jak najszybciej zająć się filmami pełnometrażowymi, co nie jest łatwym zadaniem. Jestem jednak na to całkowicie „nakręcony” i zamierzam zacząć wkrótce pracę nad taką produkcją.

rozmawiał Tomasz Bil
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
A moim zdaniem...

Przeczytaj też co działo się w Elblągu wcześniej

A moim zdaniem... (od najstarszych opinii)
Reklama