Ile dziś kosztuje pierwszoklasista?

Zeszyty, bloki techniczne, kredki, plastelina. To artykuły często poszukiwane w elbląskich sklepach o tej porze roku. Nowy rok szkolny tuż tuż. Z półek sklepowych znikają piórniki, plecaki, mazaki, bloki rysunkowe. Dla rodziców pierwszoklasistów to nie lada wydatek. Jak w tej kwestii radzą sobie rodzice siedmioletnich pociech?
– Myślałam, że posyłając dziecko do szkoły, zmieszczę się w kwocie 500 zł. – mówi mama siedmioletniej Olgi. – Jednak jak sobie podliczyłam, ile do tej pory wydałam na wyprawkę córki, wychodzi mi co najmniej 700 zł, a to jeszcze nie koniec. Myślę, że na początku roku dojdą kolejne wydatki. – dodaje. – Oczywiście można kupić plecak za 40-50 zł. Trzeba się jednak liczyć z tym, że taki długo nie posłuży.
Wydatki dzisiejszego pierwszoklasisty przekraczają niejednokrotnie możliwości finansowe przeciętnego elblążanina. Plecak czy tornister to wydatek rzędu 80 - 130 zł, komplet książek 250 - 280 zł, piórnik z wyposażeniem kosztuje 20 - 30 zł, do tego dochodzą kapcie, worki na kapcie, wyprawka plastyczna (ok. 130 zł), strój na wf. Czy wyprawka szkolna naprawdę musi tyle kosztować?
– Na wyprawkę plastyczną wydałam ok. 130 zł, kupując rzeczy tańsze, ale nie te najtańsze – wyjaśnia mama Olgi. – Rozbieżność cenowa między artykułami plastycznymi jest ogromna. Absurdem są ceny artykułów plastycznych na licencji: z postaciami z bajek czy seriali dziecięcych. Takie rzeczy kosztują trzy, cztery razy więcej niż zwykłe.
Do zestawu absurdów należy również konieczność zakupu nowych podręczników szkolnych, które z reguły są jednorazowe. Ci, którzy chcieliby je potem odsprzedać i zakupić używane do następnej klasy oraz zaoszczędzić w ten sposób , nie mają takiej możliwości. Wydawnictwa inkasują pieniądze, a rodzice wydają zaoszczędzone złotówki na pachnące nowością książki. Dla większości to strata pieniędzy i zbędny wydatek.
– Najbardziej denerwuje mnie fakt, że te książki to jednorazówki. Po pierwszej klasie można je wyrzucić do kosza – dodaje mama Olgi. – Z roku na rok są inne książki, nie można ich odsprzedać. Chciałam zaznaczyć, że nie opłaca się kupować książek w księgarniach. Większość moich znajomych kupuje przez aukcje internetowe, bo nawet z przesyłką wychodzi taniej niż w elbląskiej księgarni z rabatem. Jeszcze jedna ważna sprawa przychodzi mi do głowy. W Elblągu niełatwo dostać kapcie. Za tydzień początek roku szkolnego, a kapci w sklepach brak. Jest ich zdecydowanie za mało jak na tę porę roku.
Niektórzy rodzice mogą skorzystać z pomocy finansowej na zakup podręczników dla swoich pociech w ramach programu „Wyprawka szkolna”. By otrzymać takie dofinansowanie rodzina musi jednak osiągać bardzo niskie dochody. Inną formą pomocy jest dodatek do zasiłku. Opiekun do niego uprawniony może otrzymać 100 zł dodatku na szkolną wyprawkę.
Interesującą kwestią dotyczącą szkolnictwa jest także zbyt obszerny program nauczania, jaki funduje małym dzieciom polska oświata. Od pierwszej klasy szkoły podstawowej polskie dzieci zamiast bawić się szkołą i biegać na podwórku, siedzą nad książkami, rozwiązując nierzadko zbyt trudne, niedopasowane do ich możliwości zadania.
– Moje dziecko nie ma czasu na zainteresowania, siedzi z nosem w książkach i to nie dlatego, że jest niezbyt zdolne. Szkoła ma zrealizować program i tyle – mówi mama dwunastoletniej Ani. – Niby w tej szkole dużo się dzieje, ale nie do końca tak jest. A co do wyprawki, to na same książki wydałam 330 zł (z rabatem); do tego dochodzą strój na gimnastykę, plecak, zeszyty i inne przybory to wydatek rzędu 250 - 300 zł – kontynuuje. – Najbardziej denerwuje mnie temat plecaka. Jego zakup zmęczył mnie w te wakacje. Chodzi tu bowiem o brak dostosowanych do realiów polskiej szkoły plecaków. Nie mogłam nigdzie znaleźć dostatecznie usztywnionego plecaka. Poza tym, większość z nich nie jest wytrzymała.
Kolejną zatrważającą kwestią jest waga noszonych w plecaku książek i innych przyborów. Małe dzieci noszą na plecach ważący prawie siedem kilogramów asortyment. Czy wiedza dostarczana siedmio-, ośmio- czy nawet dwunastolatkowi musi być taka ciężka?
– W zeszłym roku szkolnym moja córka znosiła dwa plecaki, bo książki w nich noszone były tak ciężkie, że plecaki albo się nie domykały, albo domykały dopiero pod naporem – mówi mama Ani. – W szkole mieli wymyślić szafki. Śmiechu warte! Moje dziecko idzie do szkoły z głową przy ziemi, bo plecak ją od ciężaru w tył ciągnie. Moja córka waży 28 kg, a jej plecak niekiedy 6,5-7kg! – dodaje zbulwersowana mama. – W szkole mojego dziecka nie robi się nic, aby to zmienić. Nauczyciele każą przynosić wszystkie części na jedną lekcję np. z polskiego: książkę, zeszyt, zeszyt ucznia do książki i zeszyt ćwiczeń, a korzystają z jednej lub nawet wcale z braku czasu. Jestem ciekawa czy w innych szkołach ktoś zauważył podobny problem? Jestem niezadowolona ze szkoły, do której uczęszcza moja córka – kontynuuje mama Ani. – Nauka do przesady, zero czasu na zainteresowania i prawdziwy sport. Tylko "wyścig szczurów" od zerówki przyszkolnej i zamiatanie problemów pod dywan. Mam też zastrzeżenia co do procesu nauczania. Mogłabym napisać pracę doktorancką na temat tego "niewypału szkolnego" pt. szkoła podstawowa, ale pocieszam się faktem, że w tym kotle moja córcia ma wytrzymać jeszcze dziesięć miesięcy, ona sama też się cieszy.
Wysłanie pierwszoklasisty do szkoły to dziś problem nie do pozazdroszczenia. Zatrważa koszt szkolnej wyprawki, ciężar noszonych w plecakach książek oraz niedostosowany do potrzeb i poziomu intelektualnego przeciętnego dziecka program nauczania szkół podstawowych.
A przecież szkoła powinna w pierwszych latach nauki przede wszystkim bawić. Powinna być miłą formą spędzania czasu, a nie kojarzyć się z wiecznym obowiązkiem i stresem związanym ze źle odrobionym zadaniem domowym. Wiadomo przecież, że polskie szkolnictwo i tak w większości przypadków nie potrafi przygotować do wymogów czekających i czyhających na młodych ludzi na rynku pracy.
Spójrzmy na przykład szkół zachodnich. W większości szkół skandynawskich uczniowie uwielbiają uczęszczać do szkoły, czego nie można powiedzieć o uczniach polskich szkół. Czy rzeczywiście trzeba całe życie "zakuwać", by sprostać wymogom życia? Na razie, jak widać, Skandynawowie czy nasi sąsiedzi radzą sobie o niebo lepiej we wszystkich sferach życia, a my, nawet po studiach, nadal jesteśmy do niego nieprzygotowani.
Wydatki dzisiejszego pierwszoklasisty przekraczają niejednokrotnie możliwości finansowe przeciętnego elblążanina. Plecak czy tornister to wydatek rzędu 80 - 130 zł, komplet książek 250 - 280 zł, piórnik z wyposażeniem kosztuje 20 - 30 zł, do tego dochodzą kapcie, worki na kapcie, wyprawka plastyczna (ok. 130 zł), strój na wf. Czy wyprawka szkolna naprawdę musi tyle kosztować?
– Na wyprawkę plastyczną wydałam ok. 130 zł, kupując rzeczy tańsze, ale nie te najtańsze – wyjaśnia mama Olgi. – Rozbieżność cenowa między artykułami plastycznymi jest ogromna. Absurdem są ceny artykułów plastycznych na licencji: z postaciami z bajek czy seriali dziecięcych. Takie rzeczy kosztują trzy, cztery razy więcej niż zwykłe.
Do zestawu absurdów należy również konieczność zakupu nowych podręczników szkolnych, które z reguły są jednorazowe. Ci, którzy chcieliby je potem odsprzedać i zakupić używane do następnej klasy oraz zaoszczędzić w ten sposób , nie mają takiej możliwości. Wydawnictwa inkasują pieniądze, a rodzice wydają zaoszczędzone złotówki na pachnące nowością książki. Dla większości to strata pieniędzy i zbędny wydatek.
– Najbardziej denerwuje mnie fakt, że te książki to jednorazówki. Po pierwszej klasie można je wyrzucić do kosza – dodaje mama Olgi. – Z roku na rok są inne książki, nie można ich odsprzedać. Chciałam zaznaczyć, że nie opłaca się kupować książek w księgarniach. Większość moich znajomych kupuje przez aukcje internetowe, bo nawet z przesyłką wychodzi taniej niż w elbląskiej księgarni z rabatem. Jeszcze jedna ważna sprawa przychodzi mi do głowy. W Elblągu niełatwo dostać kapcie. Za tydzień początek roku szkolnego, a kapci w sklepach brak. Jest ich zdecydowanie za mało jak na tę porę roku.
Niektórzy rodzice mogą skorzystać z pomocy finansowej na zakup podręczników dla swoich pociech w ramach programu „Wyprawka szkolna”. By otrzymać takie dofinansowanie rodzina musi jednak osiągać bardzo niskie dochody. Inną formą pomocy jest dodatek do zasiłku. Opiekun do niego uprawniony może otrzymać 100 zł dodatku na szkolną wyprawkę.
Interesującą kwestią dotyczącą szkolnictwa jest także zbyt obszerny program nauczania, jaki funduje małym dzieciom polska oświata. Od pierwszej klasy szkoły podstawowej polskie dzieci zamiast bawić się szkołą i biegać na podwórku, siedzą nad książkami, rozwiązując nierzadko zbyt trudne, niedopasowane do ich możliwości zadania.
– Moje dziecko nie ma czasu na zainteresowania, siedzi z nosem w książkach i to nie dlatego, że jest niezbyt zdolne. Szkoła ma zrealizować program i tyle – mówi mama dwunastoletniej Ani. – Niby w tej szkole dużo się dzieje, ale nie do końca tak jest. A co do wyprawki, to na same książki wydałam 330 zł (z rabatem); do tego dochodzą strój na gimnastykę, plecak, zeszyty i inne przybory to wydatek rzędu 250 - 300 zł – kontynuuje. – Najbardziej denerwuje mnie temat plecaka. Jego zakup zmęczył mnie w te wakacje. Chodzi tu bowiem o brak dostosowanych do realiów polskiej szkoły plecaków. Nie mogłam nigdzie znaleźć dostatecznie usztywnionego plecaka. Poza tym, większość z nich nie jest wytrzymała.
Kolejną zatrważającą kwestią jest waga noszonych w plecaku książek i innych przyborów. Małe dzieci noszą na plecach ważący prawie siedem kilogramów asortyment. Czy wiedza dostarczana siedmio-, ośmio- czy nawet dwunastolatkowi musi być taka ciężka?
– W zeszłym roku szkolnym moja córka znosiła dwa plecaki, bo książki w nich noszone były tak ciężkie, że plecaki albo się nie domykały, albo domykały dopiero pod naporem – mówi mama Ani. – W szkole mieli wymyślić szafki. Śmiechu warte! Moje dziecko idzie do szkoły z głową przy ziemi, bo plecak ją od ciężaru w tył ciągnie. Moja córka waży 28 kg, a jej plecak niekiedy 6,5-7kg! – dodaje zbulwersowana mama. – W szkole mojego dziecka nie robi się nic, aby to zmienić. Nauczyciele każą przynosić wszystkie części na jedną lekcję np. z polskiego: książkę, zeszyt, zeszyt ucznia do książki i zeszyt ćwiczeń, a korzystają z jednej lub nawet wcale z braku czasu. Jestem ciekawa czy w innych szkołach ktoś zauważył podobny problem? Jestem niezadowolona ze szkoły, do której uczęszcza moja córka – kontynuuje mama Ani. – Nauka do przesady, zero czasu na zainteresowania i prawdziwy sport. Tylko "wyścig szczurów" od zerówki przyszkolnej i zamiatanie problemów pod dywan. Mam też zastrzeżenia co do procesu nauczania. Mogłabym napisać pracę doktorancką na temat tego "niewypału szkolnego" pt. szkoła podstawowa, ale pocieszam się faktem, że w tym kotle moja córcia ma wytrzymać jeszcze dziesięć miesięcy, ona sama też się cieszy.
Wysłanie pierwszoklasisty do szkoły to dziś problem nie do pozazdroszczenia. Zatrważa koszt szkolnej wyprawki, ciężar noszonych w plecakach książek oraz niedostosowany do potrzeb i poziomu intelektualnego przeciętnego dziecka program nauczania szkół podstawowych.
A przecież szkoła powinna w pierwszych latach nauki przede wszystkim bawić. Powinna być miłą formą spędzania czasu, a nie kojarzyć się z wiecznym obowiązkiem i stresem związanym ze źle odrobionym zadaniem domowym. Wiadomo przecież, że polskie szkolnictwo i tak w większości przypadków nie potrafi przygotować do wymogów czekających i czyhających na młodych ludzi na rynku pracy.
Spójrzmy na przykład szkół zachodnich. W większości szkół skandynawskich uczniowie uwielbiają uczęszczać do szkoły, czego nie można powiedzieć o uczniach polskich szkół. Czy rzeczywiście trzeba całe życie "zakuwać", by sprostać wymogom życia? Na razie, jak widać, Skandynawowie czy nasi sąsiedzi radzą sobie o niebo lepiej we wszystkich sferach życia, a my, nawet po studiach, nadal jesteśmy do niego nieprzygotowani.
dk