UWAGA!

Każdy ma prawo do małego sukcesu (Elblążanie z pasją, odc. 34)

 
Elbląg, Jerzy Sukow od lat zajmuje się wychowaniem młodzieży, również poprzez żeglarstwo
Jerzy Sukow od lat zajmuje się wychowaniem młodzieży, również poprzez żeglarstwo (fot. AD)

Kiedy wsiadł na łódkę od razu wiedział, że to jest to. Żegluje nie tylko wtedy, gdy jest ciepło, ale i zimą, bo jak mówi bojery to jego wielka miłość. I to właśnie przez nią wchodzi na lód, wierci w nim dziurę i sprawdza, jakie są warunki i czy przypadkiem nie widać gdzieś.. łupieżu szatana. O tym dlaczego dzieci powinny mieć wybór, a dobry trener to taki, który czasami pójdzie z zawodnikiem na pizzę opowiada Jerzy Sukow, człowiek, który swoje marzenia i ideały krok po kroku wprowadza w życie.

Jerzy Sukow jest trenerem i instruktorem żeglarstwa, również i tego lodowego. Działa w Stowarzyszeniu Flota Polska DN – tam jest trenerem i koordynatorem kadry narodowej juniorów oraz juniorów młodszych, a także koordynuje kadrę narodową seniorów. Udziela się również w UKS Tolkmicko, a jednocześnie jest kierownikiem stanicy wodnej w Nadbrzeżu oraz nauczycielem języka polskiego w Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym w Kamionku Wielkim.
      
       - Marta Wiloch: Od kiedy żeglujesz? I jakie były Twoje początki?
       - Jerzy Sukow: Strasznie boleję nad tym, że zacząłem żeglugę dopiero, gdy miałem 14, 15, może 16 lat. Żałuję, że ominęły mnie te najmniejsze łódki, czyli te należące do klasy Optimist czy Kadet, ominął mnie ten etap mieczówek. Ja zacząłem od większych, czyli od łódek zatokowych, klasa jedna czwarta tony, kiedyś bardzo popularne i na Zalewie Wiślanym, i na Zatoce Gdańskiej. Wsiadłem i wiedziałem, że to jest to. Mieliśmy legendarnego trenera, Zygfryda Perlickiego, który sam startował w Admiral's Cup, opłynął pierwsze regaty oceaniczne jako kapitan, do tej pory jest niekwestionowaną sławą. Później miałem sporą przerwę, aż "dopadła" mnie pewna stabilizacja finansowa i rodzinna. Wtedy stwierdziłem, że chcę mieć łódkę. Decyzja padła na klasę Star. Tak jak Optimist w żeglarskim abecadle to literka A, tak Star to literka Ż. To klasa dla najbardziej doświadczonych i dojrzałych zawodników. Wróciłem i akurat wstrzeliłem się w czas, kiedy w kampanii olimpijskiej była nasza eksportowa para, czyli Kusznierewicz i Życki. Udało mi się z nimi być w cyklu przygotowań, jako sparing partner.
      
       - Żeglujesz nie tylko na świecie, ale i na wodach Zalewu. Od trzech lat, wraz z grupą innych ludzi, rozwijasz Uczniowski Klub Sportowy Tolkmicko, który zajmuje się szkoleniem dzieci i młodzieży. Czemu akurat tam? Czemu nie w Elblągu?
       - Kiedy uzyskałem dokumenty, które uprawniają mnie do pracy z dziećmi i młodzieżą, czyli dokumenty instruktora żeglarstwa i licencję trenera Polskiego Związku Żeglarskiego, zgłosiłem się do Jachtklubu Elbląg oraz do harcerzy. Jeden klub zaproponował mi wolontariat, w drugim nie zaproponowano mi niczego, nie odczułem woli pracy z młodzieżą. Wtedy pomyślałem "czemu nie robić tego na własny rachunek?". Przecież założenie własnego klubu nie jest takie trudne. Zupełnie przez przypadek spotkaliśmy się z burmistrzem Tolkmicka, powiedziałem mu o swoim pomyśle, zapytałem czemu miasto nad Zalewem Wiślanym, z pięknym portem...no właśnie, portem, tylko pustym, czemu nie zapełnić go dziećmi? Przecież wystarczy napisać projekt, pozyskać niewielkie pieniądze na początek. I tak to poszło. Zaczynaliśmy od treningów w porcie, a skończyło się na tym, że mamy profesjonalne riby trenerskie, czyli takie pontony. Sami organizujemy regaty i zapraszamy zawodników z całej Polski.
      
       - Ostatnio w szkole podstawowej nr 4 powstało coś w rodzaju klasy żeglarskiej, to znaczy zebrała się grupa dzieci, która chce ten sport uprawiać. Według Ciebie to pierwszy krok w kierunku rozwijania żeglarstwa w Elblągu? Coś z tego będzie?

       - Wierzę, że tak. Do naszego klubu przyjeżdżają dzieci z Elbląga i trenują w Tolkmicku albo w stanicy Nadbrzeże. To miejsce, gdzie każdy klub, niezależnie skąd, może zarezerwować sprzęt, wyczarterować go jednorazowo bądź długofalowo, podpisać umowę i prowadzić zajęcia. A co do szkoły podstawowej nr 4 - zwróciła się do mnie pani dyrektor, Hanna Szuszkiewicz, z pomysłem zorganizowania zajęć żeglarskich w szkole. Długo szukaliśmy finansowania dla tego projektu, no i cóż, udało się. Pani dyrektor znalazła takie środki, zaczęliśmy już zajęcia, na razie spotykamy się raz w tygodniu. Oglądaliśmy już film o dzieciach, które zaczynają swoją przygodę z żeglarstwem, uczyliśmy się jak nazywają się poszczególne elementy łódki, niedługo będziemy wiązali pierwsze węzły i składali żagle. Później będziemy mieli zajęcia na sali gimnastycznej, żebym trochę rozruszać dzieci i sprawdzić jaka jest ich motoryka oraz sprawność, potem będziemy na basenie, a 1 maja schodzimy na wodę.
      
       - Żeglować może każdy? Nie ma tu jakichś ograniczeń?

       - Nie ma. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak dzieci będą sobie radzić za dwa, trzy lata. Nie mogę więc od razu powiedzieć, że to dziecko nie nadaje się do żeglarstwa, bo jest otyłe, zjadło za dużo czipsów albo dlatego, że nie chce biegać. My nie wiemy, czy za trzy lata to dziecko nie wystrzeli w górę i z takiego pulchnego dziecka stanie się sprawnym, młodym człowiekiem. Te zajęcia nie polegają tylko na tym, żeby wyłuskać talenty, ale chodzi też o to, żeby pokazać każdemu dziecku, że istnieje taki sport jak żeglarstwo. Przemycam taką wiedzę związaną z żywieniem, chodzi również o to, żeby dzieci nie spędzały popołudnia przed komputerem albo z tabletem. Uważam, że każde dziecko ma prawo do małego sukcesu, a na łódce klasy Optimist, gdzie jest samodzielne, samo jest sterem, żeglarzem i okrętem, jest to możliwe. Poza tym dzieci muszą mieć wybór, propozycje różnych sportów. Jeden lubi siatkówkę, inny piłkę nożną albo sztuki walki, a ktoś jeszcze potrzebuje tego wiatru we włosach i łopotu żagli. Znam takich, którzy byli koszykarzami i z chwilą, kiedy na AWF-ie mieli pierwsze zajęcia żeglarstwa stwierdzili, że to jest właśnie to. Rzucili z dnia na dzień koszykówkę i zajęli się żeglarstwem.
      
       - Mówiłeś, że akurat Ty miałeś legendarnego trenera, który zapewne nie zasłużył na to miano tylko ze względu na to, że opłynął cały świat.  Teraz sam nim jesteś, a więc jakie cechy powinien mieć ten, który chce być przede wszystkim dobrym trenerem?
       - Moim zdaniem przede wszystkim powinien być spokojny i opanowany, a także wyrozumiały. Musi rozumieć, że jego sport nie jest najważniejszy. Każdemu młodemu człowiekowi trzeba dać możliwość wyboru i nie należy dążyć za wszelką cenę do sukcesu, który tak naprawdę będzie sukcesem trenera. To taki człowiek, który potrafi być bardzo wymagający, a nawet szorstki po to, żeby pokazać, że warto mieć cel i warto go realizować. Z drugiej strony to musi być taka osoba, która pójdzie z zawodnikiem na pizzę, odpuści jeden dzień, kiedy widzi, że zawodnik ma słabszą chwilę. To jest trudne.
      
       - Pływasz po Zalewie, a jak z rejsami po morzu?

       - Raz do roku mam okazję zabrać młodzież ze swojej szkoły na rejs żaglowcem po Morzu Bałtyckim. Dwa razy były to dziesięciodniowe rejsy, wtedy pływaliśmy po portach szwedzkich, duńskich, litewskich, łotewskich i polskich. Ostatnio, dzięki fundacji Rejs Odkrywców udało się popłynąć Fryderykiem Chopinem, który jest jednym z większych polskich żaglowców Chłopcy na ten rejs solidnie zapracowali, musieli wykonać prace społeczne na rzecz lokalnej społeczności, poprawić oceny, również te z zachowania. To ma być nagroda, nie jest tak, że wszystko dostajemy na srebrnej tacy, że "pan chce to popłynę". Nie, to nie tak. Idea musi wyjść od młodego człowieka.
      
       - Żeglarstwo chyba właśnie na tym polega, ma w sobie element wychowawczy. No bo najpierw trzeba się sporo nauczyć, dużo tej wiedzy przyswoić, później trzeba umieć zająć się łódką...Dużo obowiązków.
       - No tak, ale jeżeli dobrze się nie przygotujesz to woda obnaży wszystkie twoje słabości, a także słabości sprzętu, który nie jest przygotowany. Tak jest nawet na małym Optimiście – jeżeli nie przygotujesz go odpowiednio to po dziesięciu minutach będzie wiadomo, że ten sprzęt Cię zawiedzie. Trzeba być go pewnym. Tak samo jest z psychiką. Jeżeli nie jesteśmy przygotowani na trudności to dopadną nas one na wodzie i nie damy sobie rady. To działa również w drugą stronę i to właśnie jest piękne. Jeśli damy sobie radę na wodzie to na pewno damy sobie radę w życiu. Jeżeli przeżyjemy sztormy, trudności, niepowodzenia, wzloty i upadki to wzmocni nas to na tyle, że będziemy czuli się mocniejsi i bardziej pewni na lądzie, w życiu prywatnym.

  Elbląg, Jerzy Sukow nie tylko żegluje, ale i lata na bojerach
Jerzy Sukow nie tylko żegluje, ale i lata na bojerach (fot. arch. prywatne)


       - Na wodzie jesteś nie tylko wtedy, kiedy jest ona płynna, ale i wtedy, gdy jest zamrożona. Dokopałam się do informacji, napisanej zresztą przez Ciebie, która mówiła o wznowieniu żeglugi lodowej, czyli o bojerach na Zalewie. Jak to teraz wygląda? Jak się rozwinęła ta inicjatywa?

       - Bojery to moja wielka miłość. To był rok 1996 czy 1997, kiedy w moim kalendarzu zapisałem ponad sto dni na Zalewie. Teraz reprezentuję UKS Tolkmicko, na regatach w Polsce, ale i na mistrzostwach świata oraz Europy. A z tym Zalewem to jest tak, jak z każdym spotem, bo tak się mówi na miejsca, w których się lata albo na miejsca windsurfingowe - jeżeli jest tam ice skaut, czyli osoba, która potrafi środowisku przekazać informację o stanie lodu to zawodnicy są w stanie przejechać po tysiąc kilometrów po to, by znaleźć idealny warunki. Jeżeli jej nie ma to nikt się nie zjawi. No i tak się składa, że to ja jestem takim lodowym skautem. Kiedy pojawia się lód biorę sanie ratownicze, długą linę, wkrętarkę i z asekuracją drugiej osoby robię jego pomiary. Sprawdzam ile ma grubości, jaka jest jego struktura, czy to śniegolód, czy są nim wykwity, kryształy albo łupież szatana...
      
       - Łupież szatana?! A cóż to takiego?
       - To taka szadź, która pojawia się na lodzie i sprawia, że nie jest on śliski. To zjawisko rzadko się pojawia, no ale bojerowcy tak na to mówią.
      
       - Mówisz, że bojery są Twoją miłością. No to za co je tak kochasz?

       - Emocje, które towarzyszą lataniu, bo na bojerach się lata, a nie jeździ, są nieporównywalne z niczym. To wymaga techniki i skupienia oraz wyzwala potężną adrenalinę. Kiedy na linii startowej pojawia się 60 zawodników, każdy ma sprzęt tej samej klasy, każdy przygotowuje go samodzielnie, to dopiero wychodzi kto jest tak naprawdę żeglarzem, który najbardziej potrafi sobie poradzić w określonych warunkach. Wyścigi są bardzo szybkie, trwają po 15-20 minut, cały czas jest walka na znakach, walka o prędkość, liczy się taktyka i strategia. Na koniec sumuje się punkty, a ten, kto ma ich najmniej wygrywa. Dlaczego? Bo za pierwsze miejsce jest jeden punkt, za drugie dwa i tak dalej, czyli jeśli ktoś był pięć razy pierwszy to ma pięć punktów. No i nie jest tak, że jeśli ktoś raz wygrał to wygra całe regaty. Czasami jest tak, że jest 15 wyścigów w ciągu trzech dni.
      
       - Mniej więcej przez ile dni w roku da się uprawiać żeglarstwo lodowe na Zalewie?

       - W tym roku wyszło akurat tak, że ani jednego dnia. Ale bojerowcy są w stanie przemierzać setki kilometrów po to, by znaleźć idealny lód. Często umawiamy się tak, że kilka osób jedzie jednym samochodem, tak było w tym roku. Jeździliśmy więc na Mazury, do Mikołajek, Okartowa, Giżycka, do Siemianówki, która jest położona niedaleko Hajnówki. Mistrzostwa Europy odbywały się w Estonii, a mistrzostwa świata na Litwie. Wiem, że zawodnicy jeżdżą też do Szwecji, ale tam trzeba popłynąć promem, to dodatkowy koszt, a noclegi też są drogie. Wspaniałym krajem do uprawiania tego sportu jest Estonia, tam się żegluje po zamarzniętych jeziorach, ale i po Morzu Bałtyckim, na wyspie Sarema albo w zatokach koło Haapsalu. To są takie miejsca, gdzie lód czasami jest jak szklanka.
      
       - A co, według Ciebie, jest Twoim największym sukcesem?
       - W klasie jedna czwarta tony zdobywałem medale Mistrzostw Polski, to cieszy. Do tej pory mam je na półce i czasem na nie spoglądam. A teraz to fakt, że w tym roku jestem w pierwszej dwudziestce najlepszych bojerowców świata.
      
       - Dużo tam naszych rodaków?
       - Jesteśmy światową potęgą jeśli mówimy o bojerach. Na ostatnich Mistrzostwach Świata w pierwszej piątce było czterech Polaków, na mistrzostwach Europy w pierwszej dziesiątce było ośmiu Polaków. To właśnie polscy zawodnicy od lat rozdają karty w bojerach na świecie.
      
       - Żeglarstwo i bojery – to drogie sporty?
       -Nie ukrywajmy, że na poziomie zawodniczym tak. Żeby latać w pierwszej dwudziestce Mistrzostw Polski myślę, że na start trzeba sobie przygotować ok. 15 tys. zł, a żeby mieć sprzęt na każde warunki ok. 30-40 tys. zł. Tyle, że z bojerowcami jest tak, że robią ten sprzęt sami albo ze znajomymi i nie znam zawodników, którzy w ciągu roku mogą zgromadzić sprzęty z górnej półki. Z kolei kiedy umiera bojerowiec, bo dużo jest zawodników, którzy mają 50, 60, 70 lat to ich sprzęt jest wyprzedawany wśród przyjaciół i dalej "żyje". Widzę płozy na regatach, które mają 40 lat, cały czas są w obrocie, a wciąż jest to sprzęt z górnej półki. Ja mam taki zwyczaj, że robię jedną parę na jeden sezon. Teraz mam więc około 30 kompletów. Część sprzedaję, a część zostawiam sobie. Najdroższe są maszty, ale to akurat najlepsza inwestycja, bo kupuje się go raz i zazwyczaj producent daje dożywotnią gwarancję. One kosztują około trzech tysięcy dolarów. Jest również cała masa zawodników, którzy latają nie po to, żeby zdobywać medale, a miło spędzić weekend, a przy okazji poruszać się.
      
       - A co z żeglarstwem? Spotkałam się z taką opinią, że to sport drogi, a także snobistyczny.
       - Pozwolę się z tym nie zgodzić. Na przykład w UKS Tolkmicko składka roczna wynosi 100 zł za pierwsze dziecko, drugie płaci połowę. Na poziomie mniej zaawansowanym i rekreacyjnym może odnosić sukcesy w lokalnych regatach. Jeżeli rodzice chcą, żeby startowało w tych bardziej zaawansowanych muszą kupić łódkę. Ta, która jest klasy Optimist kosztuje ok 8-10 tys. albo 5- 6 tys. zł jeżeli jest używana. Służy ona dziecku przez pięć, sześć lat. Wyjazd na regaty kosztuje tyle, ile nocleg w pensjonacie na Mazurach, czyli około 50 zł za noc plus wyżywienie. To porównywalne z wyjazdami z drużyną piłki nożnej czy koszykówki. Na poziomie rekreacyjnym ten sport nie jest więc snobistyczny, ale na poziomie zawodowym wiadomo, że sprzęt jest o wiele droższy, wymaga częstej zmiany i szybko się zużywa. Jednak żeglarstwo to jeden z bardziej popularnych sportów w Polsce, uprawie je ponad 4 miliony Polaków, głównie na Mazurach.
      

Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
A moim zdaniem...

Przeczytaj też co działo się w Elblągu wcześniej

Zamieszczenie następnej opinii do tego artykułu wymaga zalogowania

W formularzu stwierdzono błędy!

Ok
Dodawanie opinii
Aby zamieścić swoje zdjęcie lub avatar przy opiniach proszę dokonać wpisu do galerii Czytelników.
NOWOŚĆ! Dział "A moim zdaniem" obsługuje hashtagi.
Dołącz zdjęcie:

Podpis:

Jeśli chcesz mieć unikalny i zastrzeżony podpis
zarejestruj się.
E-mail:(opcjonalnie)
Reklama