Piotr Nowicki: Patrzę w cel i myślę, gdzie chcę trafić

- Jakaś dziewczyna dała mi łuk i powiedziała: „spróbuj”. No to spróbowałem. Miesiąc później miałem już swój pierwszy sprzęt i... wspólne hobby z żoną, która również złapała bakcyla - mówi Piotr Nowicki z Elbląskiego Bractwa Historycznego. Ze świeżo upieczonym wicemistrzem Polski rozmawiamy jak opanować emocje, czym różni się strzelanie 3D od tradycyjnego oraz dlaczego po każdym strzale trzeba zdejmować cięciwę. Zobacz zdjęcia z turniejów łuczniczych.
- W co jest najłatwiej, a w co najtrudniej trafić?
- Trudno odpowiedzieć. Problemem nie jest wielkość celu, tylko to, co się dzieje w głowie. Strzelam z łuków, na których nie ma żadnych urządzeń celowniczych. Patrzę w cel i myślę, gdzie chcę trafić. Po strzale na odległość 60 metrów nawet dobrze nie wiem, w co trafiłem. Tu chyba odgrywa rolę pamięć mięśniowa – dochodzisz do pewnego pułapu umiejętności, a potem ciało samo się układa do oddania strzału. Dlatego ważne jest, żeby mieć spokojną głowę i nie zaprzątać sobie myśli niczym zbędnym. Jak jest dobry dzień, to trafiam dokładnie tam, gdzie chcę.
- I tak zdobywa się srebrny medal na Mistrzostwach Polski w łucznictwie tradycyjnym?
- W finale przegrałem ze Słowakiem – można więc powiedzieć, że byłem najlepszym z Polaków. Na Mistrzostwach Polski tytuł mistrza może zdobyć obcokrajowiec. Dla porównania, w niektórych państwach cudzoziemcy wprawdzie startują, ale tytuł przyznaje się najwyżej sklasyfikowanemu obywatelowi kraju-organizatora. Polskie mistrzostwa zawsze miały tę specyfikę, że oficjalnym mistrzem mógł zostać obcokrajowiec. Łucznik ze Słowacji, z którym przegrałem, zaprosił mnie na rewanż do swojej ojczyzny. Nie powiem, korci mnie, by tam pojechać, bo to duży turniej z udziałem około 300 zawodników.
- Jakie konkurencje przygotowano podczas tegorocznych Mistrzostw Polski?
- Sam turniej odbył się w Golubiu-Dobrzyniu. Organizatorzy przygotowali bardzo wymagające zadania. Strzelaliśmy m.in. do wahadła – tarcza pojawiała się na zaledwie na dwie sekundy, po czym znikała za przesłoną. Mieliśmy do dyspozycji sześć strzał. Czas też był ograniczony: gdy wahadło przestało się bujać, a łucznik nie oddał strzału, szansa na punkty bezpowrotnie przepadała. W kolejnej konkurencji strzelaliśmy z ławeczki zawieszonej na łańcuchach. Wchodzisz i momentalnie cała konstrukcja oraz nogi zaczynają drżeć – im ktoś jest wyższy i cięższy, tym ma trudniej. Było też strzelanie z różnych pozycji, m.in. tyłem: odwracam się i strzelam. Inną atrakcją było „strzelanie z konia”. Aby wyrównać szanse i wyeliminować wpływ zachowania zwierzęcia na wynik, na drewnianej podstawie zamontowano końskie siodło, z którego trafialiśmy – bądź nie – w tarcze. Żywego konia nie było, żeby nikt nie tłumaczył się później, że nie trafił, bo zwierzak np. parsknął. Na Mistrzostwach Polski trzeba wykazać się wszechstronnymi umiejętnościami: od „prostego” strzelania do tarczy, poprzez strzelanie zręcznościowe, aż po trafianie do figur zwierząt.

Trafiony (z arch. P. Nowickiego)
- Symulacja polowania...
- Muszę powiedzieć, że strzelanie do piankowych figur zwierząt w naturalnych rozmiarach uruchamia zupełnie inne emocje niż trafianie do standardowej tarczy. Może w każdym z nas tkwi jeszcze instynkt dawnego łowcy, który musiał zdobyć pożywienie? W strzelaniu 3D – bo tak oficjalnie nazywa się ta dyscyplina – wchodzimy do lasu i mamy do dyspozycji trzy strzały do każdej figury, przy czym strzela się tylko do momentu pierwszego trafienia. Zwierzak, np. niedźwiedź czy dzik, podzielony jest na trzy strefy: najwyżej punktowane są okolice serca, wokół nich znajduje się druga strefa, a trzecią stanowi reszta sylwetki (z wyjątkiem kopyt, rogów czy tego typu elementów). Co ważne, przy każdym modelu te strefy usytuowane są w innym miejscu. Mieliśmy 16 różnych zwierząt w różnorodnych pozach, m.in. szarżującego odyńca czy niedźwiedzia stojącego na dwóch łapach. Dodatkowo figury są rozstawione pod różnymi kątami w stosunku do stanowiska strzeleckiego – do niektórych celujemy na wprost, do innych z boku. Ciekawa jest sama punktacja: za trafienie pierwszą strzałą mamy odpowiednio 20, 18 lub 16 punktów, w zależności od trafionej strefy. Druga strzała przyniesie nam 14, 12 lub 10 oczek, a trzecia wyceniona jest na 8, 6 albo 4 punkty. Wniosek jest prosty: najbardziej opłaca się trafić w cokolwiek już za pierwszym razem. Dokładnie tak jak na prawdziwym polowaniu, gdzie szanse myśliwego na udany łów gwałtownie spadały po chybionym pierwszym strzale. Są zresztą i takie turnieje, w których masz wyłącznie jedną strzałę na figurę – albo trafiasz, albo zdobywasz zero.
- A jak wygląda „proste” strzelanie do tarczy?
- Z jednej strony to kwestia dystansu. W Golubiu-Dobrzyniu trafiła się konkurencja, w której cel znajdował się aż 120 metrów od zawodnika. Tak naprawdę nie wiedziałem, gdzie trafiłem, żeby móc skorygować postawę, ponieważ obowiązywał zakaz używania lornetek i sprzętu optycznego. Kibice mieli znacznie lepszy ogląd sytuacji ode mnie. Klasycznie natomiast tarcza o średnicy 40 cm ustawiona jest na dystansie nieco ponad 20 metrów. Jest ona podzielona na trzy strefy punktowe: 10, 8 oraz 5.
- To musiały być dwa niezwykle intensywne dni.
- Zaczynaliśmy rano. W sobotę skończyłem po godzinie 20, w lekkim zmierzchu, kiedy przy dwóch ostatnich figurach zwierząt dobrze już nawet nie widziałem celów. Pierwszego dnia przeszliśmy około 5 kilometrów. Cały sprzęt nosiliśmy sami, a na dodatek słońce dawało się mocno we znaki – termometr pokazywał 34 stopnie Celsjusza. W niedzielę pogoda była już łaskawsza. Na placu przy zamku rozstawiono 21 tarcz na dystansach od 15 do 40 metrów. Do każdej z nich oddawaliśmy po sześć strzałów. W tym roku organizatorzy dołożyli czwarty etap: rywalizację pucharową. Najlepsza ósemka spośród osiemnastu zawodników startujących w kategorii łuku tradycyjnego walczyła w systemie pucharowym o mistrzostwo Polski. Przegrałem dopiero w finale. To były już całkowicie inne emocje – co innego strzelać w spokoju do celu, a co innego czuć na sobie wzrok bezpośredniego rywala.
Piotr Nowicki (na pierwszym planie) oddaje strzał (arch. P. Nowickiego)
- Jakie wyróżniamy rodzaje łuków?
- Ja zostałem wicemistrzem Polski w kategorii łuku naturalnego. Taki sprzęt musi być w całości wykonany z surowców naturalnych: drewna lub rogu. Taki łuk zrobiony w pełni z rogu to koszt około 8 tysięcy złotych. Ze względów bezpieczeństwa dopuszcza się użycie cięciwy ze tworzyw sztucznych, ponieważ rzadziej pęka. Na zdjęciu jestem właśnie z łukiem naturalnym, który jest klejony tradycyjnym klejem rybiokostnym. Ma to swoje ograniczenia: nie mogę z niego korzystać podczas deszczu ani w ekstremalnych temperaturach, bo po prostu się rozklei. Na większości turniejów dopuszcza się łuki łączone współczesnym klejem dwuskładnikowym. Jest tylko jeden turniej w Polsce wymagający kleju rybiokostnego – Grunwald. Po prawdzie zamówiłem ten model specjalnie z myślą o wydarzeniach grunwaldzkich. Warto dodać, że operowanie łukiem naturalnym wymaga sporej siły w rękach. Przy okazji się pochwalę: w ubiegłym roku wygrałem turniej na Grunwaldzie w łuku historycznym. Strzelałem z łuku tureckiego i wystrzelałem kilkudniową wycieczkę do Włoch.
- A kolejny typ?
- Łuk tradycyjny – nawiązuje budową do egzemplarzy historycznych, ale dopuszcza zastosowanie nowoczesnych materiałów. W nim również nie stosuje się przyrządów celowniczych. W porównaniu z łukiem naturalnym strzela się z niego łatwiej, nie trzeba wkładać w to tyle siły, a wypuszczona strzała leci dalej. Następny rodzaj to łuki z półką – sam od takich zaczynałem. Są one wyposażone w specjalną półeczkę, na której opiera się strzałę przed strzałem. Na turniejach historycznych i zawodach 3D można używać wyłącznie łuków naturalnych i tradycyjnych oraz drewnianych strzał z naturalnym Jedynie groty mogą być toczone, choć i tu zdarzają się wyjątki – na niektórych imprezach historycznych organizatorzy wymagają, by kowal ręcznie wykuł każdy grot z osobna. Kiedyś miałem komplet sześciu strzał i choćbym nie wiem jak się starał, nigdy nie miałem sześciu trafień w cel. Pięć owszem, ale szósta zawsze zbaczała z toru. Gdy je ponumerowałem i przeprowadziłem próbę, wyszło na jaw, że jeden egzemplarz miał wadę fabryczną i latał metr w bok od pozostałych.
- Jak rozpoczęła się Pana przygoda z łucznictwem?
- To był całkowity przypadek. Kilka lat temu przyszedłem na festyn na dziedzińcu Muzeum Archeologiczno-Historycznego w Elblągu. Jakaś dziewczyna dała mi łuk i powiedziała: „spróbuj”. No to spróbowałem. Miesiąc później miałem już swój pierwszy sprzęt i... wspólne hobby z żoną, która również złapała bakcyla. Zaczynałem od wspomnianych łuków z półką, ale po kilku miesiącach przeszedłem na łuk długi, któremu byłem wierny przez około rok. Takie łuki mają ponad 1,7 metra długości. Jako ciekawostkę dodam, że podczas strzelania trzymamy je wyłącznie w powietrzu. Następny był łuk turecki: krótszy, o innej konstrukcji i bardziej dynamiczny, wymagający jednak większych umiejętności. Z łuku naturalnego strzelam od około roku. To sprzęt, który wymaga sporego doświadczenia, bo nie wybacza błędów. Po każdym strzale zdejmuję cięciwę i zakładam ją ponownie dopiero bezpośrednio przed kolejną próbą. W przeciwnym razie drewno mogłoby się odkształcić i wypaczyć.
Nocne strzelanie (z arch. P. Nowickiego)
- Czy strzelać z łuku może każdy?
- Zdecydowanie tak! Ja sam zacząłem po pięćdziesiątce. Wystarczy przyjść do nas, do Elbląskiego Bractwa Historycznego. Nauka podstaw to kwestia zaledwie kilku godzin, a potem wystarczy już tylko jeździć na zawody. Strzelanie turniejowe to zupełnie coś innego niż spokojny trening na strzelnicy. Wtedy dochodzi adrenalina, emocje... Na treningu możesz trafiać w środek raz za razem, a na zawodach pojawia się stres, ręka zaczyna drżeć i strzała leci Panu Bogu w okno. Gorąco zachęcam każdego do spróbowania. 6 września będziemy obecni na festynie przy kościele pw. św. Brata Alberta przy ul. Częstochowskiej w Elblągu, a 19 września wybieramy się na imprezę do Tolkmicka. Warto przyjść i sprawdzić się osobiście; można złapać naprawdę świetną pasję. Warto zwrócić uwagę na turnieje historyczne, gdzie strzelamy do tarcz, w której najwyżej punktowane pole wcale nie musi być na środku, lecz np. w narożnikach tarczy, podczas gdy geometryczny środek wart jest zero punktów. I tu zaczyna się kalkulacja: czy lepiej celować w wysoko punktowane rogi z ryzykiem, że nie trafimy w ogóle i dostaniemy zero, czy raczej trafiać w niżej punktowane pola, ale powtarzalnie? Ilu łuczników, tyle strategii. Dodatkowym utrudnieniem bywają strefy na tarczy, które odejmują punkty.
- Czy w ciągu roku odbywa się dużo turniejów?
- W ubiegłym roku wystartowałem w 34. W tym roku nie zbiorę aż tak pokaźnej liczby, nad czym trochę ubolewam, ale liczę na wyjazd na Słowację. W sezonie turniejowym, trwającym od maja do września, strzelam praktycznie w każdy weekend – głównie w Polsce północnej, na północ od Warszawy. Z ciekawszych wyjazdów warto wspomnieć lutowy turniej w Nidzicy. Termometr wskazywał tam minus 8 stopni Celsjusza, a temperatura odczuwalna wynosiła minus 22 stopnie. Warunki były ekstremalne, dlatego używałem łuku odpornego na tak niskie temperatury. Ale było warto! Są też zawody 3D organizowane bez względu na aurę – gdy pada deszcz, strzelamy w ulewie. Pióra przy strzałach mocno wtedy namakają i trzeba je starannie chronić, by nie przypominały zmokłej kury, która nie poleci.
- Muszę zapytać również o strój historyczny.
- W Elbląskim Bractwie Historycznym bardzo lubimy dawne odzienie. Przebieramy się w różnorodne stroje: od wczesnośredniowiecznych ubrań Wikingów, Słowian i Prusów, po późne średniowiecze z czasów bitwy pod Grunwaldem. Szatą, którą mam dziś na sobie, jest rekonstrukcja ubioru późnośredniowiecznego łucznika dworskiego. Na dworach organizowano turnieje dla rozrywki rycerstwa i szlachty. Używano wówczas łuków myśliwskich – słabszych od bojowych modeli wykorzystywanych na polach bitew.
- Jakie było znaczenie łuczników w średniowiecznych armiach?
- Z historii znamy przykłady starć, które rozstrzygnęli właśnie łucznicy – choćby słynna bitwa pod Crécy w trakcie wojny stuletniej, gdzie walijscy łucznicy w służbie króla Anglii rozbili francuskie rycerstwo. Ich taktyka polegała na zmasowanym ostrzale dużego obszaru zajmowanego przez wrogą jazdę i piechotę. Podczas szarży wroga łucznicy mieli czas na wypuszczenie około czterech salw, zanim doszło do bezpośredniego zwarcia. Chyba że natarcie szło po błocie – co naturalnie spowalniało konie i dawało czas na kolejne serie. W tym przypadku kluczowe nie było celowanie w konkretną osobę, lecz wywołanie jak największego spustoszenia w szeregach przeciwnika. Oczywiście łucznicy mieli w trakcie bitwy zapewnioną ochronę, ale to już historia na osobną opowieść.
- Wróćmy do współczesności. Na czym polegają turnieje typu field?
- Na strzelaniu do tarcz umieszczonych bezpośrednio na ziemi, a nie na stojakach, jak ma to miejsce w większości zawodów. Odległości między zawodnikiem a celem są tu również większe. W turniejach typu field można używać łuków typu hunter (z półką) oraz strzał karbowanych ze sztucznym pierzeniem. Mamy też klasyczne łuki olimpijskie, wykorzystywane przez profesjonalnych sportowców, a także łuki bloczkowe, w których zaawansowany system krążków znacząco redukuje siłę potrzebną do naciągnięcia cięciwy. Łuki bloczkowe wyposażone są w wysokiej klasy celowniki optyczne, co czyni z tego całkowicie odmienną dyscyplinę.
- Elbląg doczekał się już własnego turnieju łuczniczego.
- Tak! W tym roku odbyła się druga edycja imprezy i jako Elbląskie Bractwo Historyczne robimy wszystko, aby wydarzenie to na stałe wpisało się w wakacyjny kalendarz miasta. Chcemy organizować je zawsze na tydzień przed rekonstrukcją bitwy pod Grunwaldem. Czytelnikom należy się wyjaśnienie: Grunwald to nie tylko sama inscenizacja bitwy, ale cały tydzień wydarzeń i turniejów dla rekonstruktorów. W tym roku na nasze zawody do Elbląga przyjechał m.in. łucznik z Opola, który prosto od nas udał się na pola Grunwaldu. A z kolei tydzień po Grunwaldzie odbywa się oblężenie Malborka – kolejne kluczowe wydarzenie w kalendarzu. Chcemy, aby powstała lipcowa triada turniejowa: Elbląg – Grunwald – Malbork. Jesteśmy na bardzo dobrej drodze, by ten plan zrealizować.

Łucznicy (z arch. P. Nowickiego)
- Nie trzeba jednak czekać całego roku, by spotkać łuczników z Elbląga.
- Dokładnie. Jak wspominaliśmy, zapraszamy na festyn przy parafii św. Brata Alberta przy ul. Częstochowskiej oraz 19 września do Tolkmicka. Serdecznie zapraszam! Będzie można osobiście przekonać się, że łuk wcale nie jest taki straszny, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
- Dziękuję za rozmowę.