Przysięga Hipokrytesa?

Do redakcji „Razem z Tobą” przyszedł Michał Suliga - studencki elbląski Primus inter Pares, zawodnik IKS Atak, ksywka „Skuter”. Przyszedł w innej sprawie, ale zauważyłam metalowe „rusztowanie” na jego nodze i zapytałam, co się stało. Okazuje się, że Michał poddał się operacji wydłużenia nogi. Ale miał pecha - trwa strajk lekarzy.
Przewiercona 16 razy i odpowiednio „oprzyrządowana” noga wydłuża się 1 milimetr na dobę. Cała akcja trwa już ponad miesiąc, a towarzyszy jej ból, któremu środki przeciwbólowe nie mogą zaradzić. Ale nic to, Michał widział, na co się decyduje. Co nie daje mi spokoju, to fakt, że cały jego wysiłek i nadzieja mogą może wylecieć w kosmos, bo ma pecha - trwa strajk lekarzy.
Proces terapeutyczny powinien być na bieżąco monitorowany, a pacjent powinien zaciskać zęby, leżeć i modlić się, żeby wszystko dobrze poszło. Tymczasem w Kościerzynie, gdzie zabieg przeprowadzono – strajkują. W Elblągu - nie mają doświadczenia i wiedzy na ten temat. W Gdańsku prywatnie Michał załatwił sobie wizytę u specjalisty - został przyjęty o godz. 1 w nocy, o 3 wrócił do domu. Teraz musi zrobić - znowu prywatnie - drogie badania, znowu dostać się prywatnie do specjalisty i... ???
Żal mi tego chłopaka i boję się, czy wszystko dobrze się skończy. Zgadzam się, że lekarze mają prawo upominać się o swoje wynagrodzenia i stosować dostępne formy nacisku. Ale zastanawiam się też, gdzie jest granica między dobrem własnym, a pacjenta? I jak to się ma do przysięgi Hipokratesa? (z tego wszystkiego o mało nie napisałam Hipokrytesa - od hipokryzji).
Może to kwadratura koła - skutecznie walczyć o swoje i nie zostawić na pastwę losu pacjentów. Może trudno jest zdecydować, którzy pacjenci mogą poczekać, a którzy muszą być przyjęci, aby nie doszło do ostatecznej tragedii, albo do zniweczenia nadziei i nowych odsłon dramatu...
Poprosiłam Michała Suligę o wyjaśnienia paru kwestii potrzebnych do artykułu, który chciałam przygotować. Po przeczytaniu odpowiedzi postanowiłam przedstawić list w całości, bez zmian - myślę, że warto poznać tę historię w szczegółach.
Historia Michała i zabiegu wydłużenia nogi
„Może zacznę od początku. W wieku 10 miesięcy zachorowałem na zapalenie opon mózgowych, co w późniejszym czasie doprowadziło do operacji odcinka lędźwiowego kręgosłupa, aby ratować mi życie. W następstwie operacji doszło do niedowładu obu kończyn dolnych, a lekarze gwarantowali mi wózek do końca życia.
Po długiej rehabilitacji połączonej ze sportem (pływanie), doszedłem to takiej sprawności, jaką mam, czyli chodzę, biegam, gram w siatkówkę, w hokeja, studiuję w Elbląskiej Uczelni Humanistyczno-Ekoknomicznej na kierunku fizjoterapii i robię wiele innych rzeczy, o których nie pora teraz pisać.
Wróćmy do dzisiejszych czasów. Jedyną niesprawnością, jaka została mi po tym wszystkim, to lewa noga - została niewładna i rosła troszeczkę wolniej niż prawa. Do czasu operacji miałem krótszą lewą nogę o 3,66 cm, co potwierdziło badanie tomograficzne wykonane w Kościerzynie. O wydłużeniu lewej nogi poważnie zacząłem myśleć w 2004 r. i wtedy zacząłem chodzić na prywatne wizyty do dr Marka Krzemińskiego. Każda wizyta kosztowała mnie 70 zł plus oczywiście koszty dojazdu do Gdańska i z powrotem. Byłem tam kilka razy (teraz trudno mi powiedzieć dokładnie, ile było tych wizyt). Pan doktor skierował mnie wtedy na badanie tomografem komputerowym, które wykonałem w Kościerzynie (oczywiście, odpłatnie), ale stąd ta dokładna wiedza o różnicy długości moich nóg.
Z tym dokładnym pomiarem ponownie musiałem pójść na wizytę do lekarza, który powiedział mi, że jeżeli zwolni się dla mnie aparat Ilizarowa, to zadzwonią do mnie już ze szpitala i umówią się na termin operacji.
Po trzech latach postanowiłem sam dowiedzieć, czy pamiętają o mnie. Pojechałem kolejny raz na prywatną wizytę do Gdańska, na której tym razem udało mi się nawet ustalić datę zabiegu. Z początku myślałem o skróceniu zdrowej nogi i już nawet byłem umówiony na operację na koniec czerwca 2007 r. Ale zaraz po Świętach Wielkanocnych otrzymałem telefon od doktora, że jednak wydłużymy chorą nogę i to we wcześniejszym terminie - z powodu zwolnienia się już aparatu Ilizarowa (aparat służący do wydłużania kończyn). Zgodziłem się na operację wydłużenia chorej nogi. Operacja przebiegła prawidłowo, odbyła się 26 kwietnia 2007 r. w Szpitalu w Kościerzynie na Oddziale Ortopedii i Traumatologii. Założono mi aparat służący wydłużaniu kości. Jest to coś w rodzaju walca przymocowanego do nogi ośmioma drutami przebijającymi skórę, mięśnie i kości na wylot. Mam teraz w nodze 16 dziur, z których cały czas sączy się płyn z krwią (to normalne objawy uboczne, których nie można uniknąć). Zabieg polega na tym, że co sześć godzin (o 6, 12, 18 i 24) podkręcam sobie śrubki w aparacie Ilizarowa, co w następstwie wydłuża mi powoli nogę. Jak można się domyśleć, jest to zabieg dość bolesny, ale do bólu można się przyzwyczaić. Od 1 maja jestem już na zwolnieniu, w domu, poruszam się o kulach. Większość czasu spędzam jednak w łóżku z powodu bardzo uporczywego bólu. Dodajmy jeszcze, że mam złamane dwie kości (piszczelową i strzałkową), aby ułatwić wydłużanie kończyny - jest to, oczywiście, konieczne w tego rodzaju zabiegach chirurgicznych.
Minął miesiąc, a ja, zgodnie z zaleceniami lekarzy ze szpitala, szykowałem się do kontroli po 4 tygodniach po zabiegu (wizytę w przychodni ortopedycznej umówiłem już w pierwszym tygodniu pobytu w domu, telefonicznie). Kiedy termin kontroli się zbliżał, bardzo się cieszyłem, ponieważ miałem się dowiedzieć, czy wszystko przebiega poprawnie i bez powikłań. Pech chciał, że trafiłem na strajk naszych lekarzy. Otrzymałem telefon z przychodni ortopedycznej w Kościerzynie informujący mnie, że wizyta jest odwołana z powodu strajku.
Nie wiedziałem, co mam robić, więc umówiłem się kolejny raz prywatnie z lekarzem, który przeprowadził operacje. Lekarz przyjął mnie, jak zwykle, w późnych godzinach wieczornych (najwcześniej udało mi się dostać do tego lekarza około godziny 22). Tym razem zostałem przyjęty po północy, więc do domu wróciłem około godziny 3 nad ranem. Na dobrą sprawę, nie dowiedziałem się niczego, tylko tyle, że mam zrobić kolejne badanie tomografem komputerowym w celu sprawdzenia aktualnej długości obu nóg.
I tu zaczyna się kolejny problem spowodowany strajkiem lekarzy. Teoretycznie takie badanie można zrobić w Elblągu, z tym, że nasi lekarze jeszcze nie robili nigdy czegoś takiego i nie potrafią profesjonalnie opisać wyników, a koszt prywatnego badania to 300 zł. Kolejnym miejscem, gdzie robią takie badania, jest Kościerzyna, tylko... tam lekarze strajkują i nie mają zamiaru wykonywać nawet prywatnych badań.
Wydzwaniałem po różnych większych szpitalach, które mają tomograf komputerowy. W Olsztynie od razu dostałem odpowiedź: „nie robimy takich specjalistycznych badań”. W Bydgoszczy powiedziano mi: „zabiegi tylko dla pacjentów zamieszkałych w Bydgoszczy”. Udało mi się jednak znaleźć szpital w Gdańsku, w którym zrobią mi to badanie, ale dopiero 18 czerwca za 125 zł.
Wszystko, jak się wydaje, jest na dobrej drodze i nie ma żadnego problemu. Za kilka dni przypada termin, kiedy powinienem uzyskać wydłużenie nogi o 4 cm. Jeżeli okaże się, że zrost kostny postępuje za wolno, będzie to oznaczało dłuższe przebywanie z aparatem na nodze. Najgorsze scenariusz byłby taki, gdyby okazało się, że kończyna jest wydłużona za mało, a proces kostnienia będzie na tyle już dobry, że nie pozwoli mi na dalsze wydłużanie nogi. Wtedy czeka mnie ponowne łamanie kości i dalsze wydłużanie. I leżenie w łóżku.
Teraz pozostało mi tylko czekać i wydawać kolejne pieniądze na badania i prywatne wizyty u lekarzy. Żaden lekarz nie powiedział mi, jak długo po zakończeniu procesu wydłużania będę musiał chodzić z aparatem na nodze.
Na zabieg zdecydowałem się dlatego, iż chciałem spróbować nowego życia z równymi nogami, bez śledzenia wzrokiem na każdym rogu ludzi ciekawych, co mi dolega, a czasami (choć rzadko to się już zdarza) wyśmiewania się ze mnie.
Pozdrawiam, Michał Suliga”
Proces terapeutyczny powinien być na bieżąco monitorowany, a pacjent powinien zaciskać zęby, leżeć i modlić się, żeby wszystko dobrze poszło. Tymczasem w Kościerzynie, gdzie zabieg przeprowadzono – strajkują. W Elblągu - nie mają doświadczenia i wiedzy na ten temat. W Gdańsku prywatnie Michał załatwił sobie wizytę u specjalisty - został przyjęty o godz. 1 w nocy, o 3 wrócił do domu. Teraz musi zrobić - znowu prywatnie - drogie badania, znowu dostać się prywatnie do specjalisty i... ???
Żal mi tego chłopaka i boję się, czy wszystko dobrze się skończy. Zgadzam się, że lekarze mają prawo upominać się o swoje wynagrodzenia i stosować dostępne formy nacisku. Ale zastanawiam się też, gdzie jest granica między dobrem własnym, a pacjenta? I jak to się ma do przysięgi Hipokratesa? (z tego wszystkiego o mało nie napisałam Hipokrytesa - od hipokryzji).
Może to kwadratura koła - skutecznie walczyć o swoje i nie zostawić na pastwę losu pacjentów. Może trudno jest zdecydować, którzy pacjenci mogą poczekać, a którzy muszą być przyjęci, aby nie doszło do ostatecznej tragedii, albo do zniweczenia nadziei i nowych odsłon dramatu...
Poprosiłam Michała Suligę o wyjaśnienia paru kwestii potrzebnych do artykułu, który chciałam przygotować. Po przeczytaniu odpowiedzi postanowiłam przedstawić list w całości, bez zmian - myślę, że warto poznać tę historię w szczegółach.
Historia Michała i zabiegu wydłużenia nogi
„Może zacznę od początku. W wieku 10 miesięcy zachorowałem na zapalenie opon mózgowych, co w późniejszym czasie doprowadziło do operacji odcinka lędźwiowego kręgosłupa, aby ratować mi życie. W następstwie operacji doszło do niedowładu obu kończyn dolnych, a lekarze gwarantowali mi wózek do końca życia.
Po długiej rehabilitacji połączonej ze sportem (pływanie), doszedłem to takiej sprawności, jaką mam, czyli chodzę, biegam, gram w siatkówkę, w hokeja, studiuję w Elbląskiej Uczelni Humanistyczno-Ekoknomicznej na kierunku fizjoterapii i robię wiele innych rzeczy, o których nie pora teraz pisać.
Wróćmy do dzisiejszych czasów. Jedyną niesprawnością, jaka została mi po tym wszystkim, to lewa noga - została niewładna i rosła troszeczkę wolniej niż prawa. Do czasu operacji miałem krótszą lewą nogę o 3,66 cm, co potwierdziło badanie tomograficzne wykonane w Kościerzynie. O wydłużeniu lewej nogi poważnie zacząłem myśleć w 2004 r. i wtedy zacząłem chodzić na prywatne wizyty do dr Marka Krzemińskiego. Każda wizyta kosztowała mnie 70 zł plus oczywiście koszty dojazdu do Gdańska i z powrotem. Byłem tam kilka razy (teraz trudno mi powiedzieć dokładnie, ile było tych wizyt). Pan doktor skierował mnie wtedy na badanie tomografem komputerowym, które wykonałem w Kościerzynie (oczywiście, odpłatnie), ale stąd ta dokładna wiedza o różnicy długości moich nóg.
Z tym dokładnym pomiarem ponownie musiałem pójść na wizytę do lekarza, który powiedział mi, że jeżeli zwolni się dla mnie aparat Ilizarowa, to zadzwonią do mnie już ze szpitala i umówią się na termin operacji.
Po trzech latach postanowiłem sam dowiedzieć, czy pamiętają o mnie. Pojechałem kolejny raz na prywatną wizytę do Gdańska, na której tym razem udało mi się nawet ustalić datę zabiegu. Z początku myślałem o skróceniu zdrowej nogi i już nawet byłem umówiony na operację na koniec czerwca 2007 r. Ale zaraz po Świętach Wielkanocnych otrzymałem telefon od doktora, że jednak wydłużymy chorą nogę i to we wcześniejszym terminie - z powodu zwolnienia się już aparatu Ilizarowa (aparat służący do wydłużania kończyn). Zgodziłem się na operację wydłużenia chorej nogi. Operacja przebiegła prawidłowo, odbyła się 26 kwietnia 2007 r. w Szpitalu w Kościerzynie na Oddziale Ortopedii i Traumatologii. Założono mi aparat służący wydłużaniu kości. Jest to coś w rodzaju walca przymocowanego do nogi ośmioma drutami przebijającymi skórę, mięśnie i kości na wylot. Mam teraz w nodze 16 dziur, z których cały czas sączy się płyn z krwią (to normalne objawy uboczne, których nie można uniknąć). Zabieg polega na tym, że co sześć godzin (o 6, 12, 18 i 24) podkręcam sobie śrubki w aparacie Ilizarowa, co w następstwie wydłuża mi powoli nogę. Jak można się domyśleć, jest to zabieg dość bolesny, ale do bólu można się przyzwyczaić. Od 1 maja jestem już na zwolnieniu, w domu, poruszam się o kulach. Większość czasu spędzam jednak w łóżku z powodu bardzo uporczywego bólu. Dodajmy jeszcze, że mam złamane dwie kości (piszczelową i strzałkową), aby ułatwić wydłużanie kończyny - jest to, oczywiście, konieczne w tego rodzaju zabiegach chirurgicznych.
Minął miesiąc, a ja, zgodnie z zaleceniami lekarzy ze szpitala, szykowałem się do kontroli po 4 tygodniach po zabiegu (wizytę w przychodni ortopedycznej umówiłem już w pierwszym tygodniu pobytu w domu, telefonicznie). Kiedy termin kontroli się zbliżał, bardzo się cieszyłem, ponieważ miałem się dowiedzieć, czy wszystko przebiega poprawnie i bez powikłań. Pech chciał, że trafiłem na strajk naszych lekarzy. Otrzymałem telefon z przychodni ortopedycznej w Kościerzynie informujący mnie, że wizyta jest odwołana z powodu strajku.
Nie wiedziałem, co mam robić, więc umówiłem się kolejny raz prywatnie z lekarzem, który przeprowadził operacje. Lekarz przyjął mnie, jak zwykle, w późnych godzinach wieczornych (najwcześniej udało mi się dostać do tego lekarza około godziny 22). Tym razem zostałem przyjęty po północy, więc do domu wróciłem około godziny 3 nad ranem. Na dobrą sprawę, nie dowiedziałem się niczego, tylko tyle, że mam zrobić kolejne badanie tomografem komputerowym w celu sprawdzenia aktualnej długości obu nóg.
I tu zaczyna się kolejny problem spowodowany strajkiem lekarzy. Teoretycznie takie badanie można zrobić w Elblągu, z tym, że nasi lekarze jeszcze nie robili nigdy czegoś takiego i nie potrafią profesjonalnie opisać wyników, a koszt prywatnego badania to 300 zł. Kolejnym miejscem, gdzie robią takie badania, jest Kościerzyna, tylko... tam lekarze strajkują i nie mają zamiaru wykonywać nawet prywatnych badań.
Wydzwaniałem po różnych większych szpitalach, które mają tomograf komputerowy. W Olsztynie od razu dostałem odpowiedź: „nie robimy takich specjalistycznych badań”. W Bydgoszczy powiedziano mi: „zabiegi tylko dla pacjentów zamieszkałych w Bydgoszczy”. Udało mi się jednak znaleźć szpital w Gdańsku, w którym zrobią mi to badanie, ale dopiero 18 czerwca za 125 zł.
Wszystko, jak się wydaje, jest na dobrej drodze i nie ma żadnego problemu. Za kilka dni przypada termin, kiedy powinienem uzyskać wydłużenie nogi o 4 cm. Jeżeli okaże się, że zrost kostny postępuje za wolno, będzie to oznaczało dłuższe przebywanie z aparatem na nodze. Najgorsze scenariusz byłby taki, gdyby okazało się, że kończyna jest wydłużona za mało, a proces kostnienia będzie na tyle już dobry, że nie pozwoli mi na dalsze wydłużanie nogi. Wtedy czeka mnie ponowne łamanie kości i dalsze wydłużanie. I leżenie w łóżku.
Teraz pozostało mi tylko czekać i wydawać kolejne pieniądze na badania i prywatne wizyty u lekarzy. Żaden lekarz nie powiedział mi, jak długo po zakończeniu procesu wydłużania będę musiał chodzić z aparatem na nodze.
Na zabieg zdecydowałem się dlatego, iż chciałem spróbować nowego życia z równymi nogami, bez śledzenia wzrokiem na każdym rogu ludzi ciekawych, co mi dolega, a czasami (choć rzadko to się już zdarza) wyśmiewania się ze mnie.
Pozdrawiam, Michał Suliga”
Elżbieta Szczesiul-Cieślak - Razem z Tobą