UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później

Hanna Szuszkiewicz: Nie zakładałyśmy, że dojdziemy tak daleko

 
Elbląg, Hanna Szuszkiewicz
Hanna Szuszkiewicz (fot. Michał Skroboszewski, arch. portEl.pl)

- Grałam w tylu spotkaniach, gdzie sędziowie odgrywali główną rolę, a generalnie powinni być niezauważalni. O meczach za wschodnią granicą mówiłyśmy, że to mecze siedem przeciwko dziewięciu. Ale też my w wielu przestrzeniach nie byłyśmy w stanie dorównać rywalkom - mówi Hanna Szuszkiewicz, była piłkarka Startu. Wspominamy jej sportową karierę.

- Jak się zaczęła Pani przygoda z piłką ręczną?

- Na początku lat 80., w drugiej klasie szkoły podstawowej, na trening zabrała mnie starsza siostra Renata, która trenowała piłkę ręczną u trenera Ludwika Fonferka. Zabrała mnie, bo... nie miała co ze mną zrobić, a miała się mną opiekować. Trener Ludwik Fonferek nie mógł patrzeć jak siedzę gdzieś z boku i zaprosił mnie do zabawy. I to był mój pierwszy kontakt z piłką ręczną. Uczyłam się w Szkole Podstawowej nr 2, gdzie od czwartej klasy funkcjonowały oddziały sportowe o profilu piłka ręczna. Na koniec trzeciej klasy odbywała się selekcja i ku mojej radości zostałam do niej zakwalifikowana. Moją pierwszą trenerką była Pani Elżbieta Guzowska (Borejko). I tak się zaczęła ponad 20-letnia przygoda pełna pasji, niesamowitych wrażeń, emocji, łez i ciężkiej pracy.

 

- Jak wyglądały pierwsze lata?

- O prymat w Elblągu walczyłyśmy ze Szkołą Podstawową nr 1, gdzie swoje wychowanki prowadził Stanisław Mijas, późniejszy szkoleniowiec Startu. Najpierw trafiłam do Elżbiety Guzowskiej, potem pod swoje skrzydła wzięła mnie Ewa Maruszak (Chmielewska) i u niej swoją przygodę kontynuowałam do ósmej klasy podstawówki włącznie. W drugiej klasie liceum z MKS Truso przeszłam do Startu, gdzie zaczął się „zawodowy” okres mojej kariery. W szkolnych czasach grałyśmy z różnym skutkiem w lidze obejmującej ówczesne województwo elbląskie. Wówczas tylko zimą trenowałyśmy w hali Międzyszkolnego Ośrodka Sportu przy Kościuszki. Treningi często zaczynały się o godzinie siódmej rano. Rywalizacja w tamtych czasach odbywała się na boiskach asfaltowych. Niejednokrotnie przed meczem obie drużyny dostawały do ręki ryżowe szczotki i porządkowały boisko z liści, kałuż i tym podobnych przeszkód. Zdarte kolana i łokcie to była norma dla nas, do tej pory noszę pamiątki na sobie. W SP 2 mieliśmy bardzo dobre zaplecze infrastrukturalne. Do dyspozycji był dzisiejszy stadion Concordii, gdzie trenowałyśmy wytrzymałość, motorykę, wydolność. Wspaniale wspominam wspólne treningi z chłopakami których trenował Andrzej Drużkowski. Miałyśmy wtedy okazję inaczej spojrzeć na piłkę ręczną. Dla mnie była to świetna lekcja i podbudowa pod to, co zadziało się później. Moja przygoda z piłką ręczną rozkręcała się i nabierała nowego wymiaru. Koniec szkoły podstawowej to oprócz świadectwa , moje pierwsze powołanie do kadry narodowej juniorek .

 

- Powołanie było dużym szokiem?

- Na pierwszy obóz pojechałyśmy do Zamościa. Oprócz mnie z Elbląga pojechała Ela Bartnicka, Marta Palicka i Ania Wojtal. Prawdopodobnie ktoś mnie wypatrzył na spartakiadzie młodzieży w Kielcach. Pojechałam tam z rocznikiem rok starszym z trenerami Ludwikiem Fonferkiem i Kazimierzem Gajdzisem. I widocznie tam zwrócono na mnie uwagę. Obóz w Zamościu był typowym obozem selekcyjnym – z grona 50 piłkarek zamierzano wybrać połowę, która będzie się przygotowywać do gry w reprezentacji. To był chyba najtrudniejszy obóz w mojej karierze sportowej. Jedno ze wspomnień to bardzo ciężki trening motoryczny, który polegał na tym, że wokół boisk były porozkładane materace, na których trzeba było na przemian zrobić przewrót w przód i pad. Trwało to 6 – 7 minut. Nazywałyśmy to „skobyleniem mózgu”. Niejedna z zawodniczek wychodziła w tym czasie do toalety. Wyjeżdżałam z obozu trochę pokiereszowana mentalnie, jeszcze wtedy chyba nie byłam przygotowana na taki wysiłek. Ale o tym się szybko zapomina, widziałam u siebie postępy, wszystko szło w dobrym kierunku. Ostatecznie moja przygoda z kadrą trwała wiele lat.

 

- Wróćmy do Elbląga.

- Bardzo szybko, bo już po pierwszej klasie liceum rozpoczęła się moja przygoda ze Startem Elbląg. To już było dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Możliwość treningu z Ewą Szeląg, Dorotą Śniadałą, Dorotą Szulc i wieloma innymi wspaniałymi zawodniczkami, które do tej pory oglądałam z pozycji kibica, było jak wygrana na loterii. Teraz byłam częścią tego zespołu, o czym tak naprawdę marzyłam od dawna. Byłam młoda, to musiałam nosić klej, piłki, ale nie miałam poczucia, że jestem gorsza. Dziewczyny się nami opiekowały, dawały cenne rady, na każdym kroku czułam , że jestem ważnym elementem tego teamu. Trenerem był wówczas Jerzy Ciepliński, który miał bardzo nowatorskie metody treningowe. Wywodził się z koszykówki i na treningach przekładał to, co uważał, że przyda nam się w piłce ręcznej. Był zafascynowany NBA. Ogromną rolę przykładał do zadań defensywnych i szybkich kontr. To był znak firmowy „jego” Startu. Poza tym była w tym zespole fantastyczna atmosfera. Dorota Szulc potrafiła dowcipem rozładować każdą trudną sytuację. Treningi rozpoczynały się od pogaduszek na różne tematy, także z trenerem. To było znamienite grono, miałam się od kogo uczyć. Dla mnie ten czas wymagał pogodzenia nauki w liceum z profesjonalnym podejściem do sportu. Ze szkoły wracałam o 16, w domu obiad, zmiana torby i szłam na trening. Wówczas w ciągu weekendu rozgrywano dwa mecze z tym samym rywalem: w sobotę i w niedzielę. Wyjeżdżałyśmy w piątek i wracałyśmy w niedzielę. Ja dość szybko zostałam włączona do kadry pierwszego zespołu. Na naukę miałam naprawdę mało czasu a ponieważ byłam ambitną uczennicą więc siedzenie do nocy i wstawanie o 4 rano było normą.

 

- Niektórzy porównują przejście od sportu juniorskiego do seniorskiego do ogromnego skoku.

- To jest wyzwanie. Przyznam się, że nie byłam motorycznie gotowa. Doskonale pamiętam, jakie wrażenie na mnie zrobił pierwszy trening na siłowni. Trener Jerzy Ciepliński był miłośnikiem sztangi i pamiętam jego ciężkie treningi. Biegałyśmy z obciążeniami na kostkach, na biodrach. To wówczas były nowinki. Trener bardzo mocno budował nas motorycznie, wytrzymałościowo i siłowo. Obligatoryjnie przed sezonem odbywał się obóz w górach. Wychodziłyśmy w góry o godzinie 8 i wracałyśmy późnym popołudniem, po ośmiu-dziewięciu godzinach. W pewnym momencie do naszej ekipy dołączył też trener Czesław Nagy, który zajmował się przygotowaniem lekkoatletycznym i motorycznym, świetnie wspominam te treningi w ,,trójeczce”.

Wszystko było tak zorganizowane, żeby przygotować nasze organizmy do wysiłku na najwyższym poziomie. Pamiętam obóz w Zakopanem, szczególny, gdyż była z nami reprezentacja narodowa tenisistów stołowych. Poznałyśmy tam m.in. Andrzeja Grubbę, Leszka Kucharskiego. Razem robiliśmy test Coopera, Andrzej Grubba swoje pierwsze kroki sportowe jako leworęczny stawiał na parkiecie piłki ręcznej. W trakcie zgrupowania kilka razy wpadał do nas na trening. Trening – treningiem, ale w życiu ważne są też relacje (śmiech). Którejś nocy cała drużyna Startu, oprócz trenerów, którzy pewnie do dziś nic nie wiedzą i kadra narodowa tenisistów wybrali się w miasto na dyskotekę do „Morskiego Oka”. Po świetnej imprezie wróciłyśmy nad ranem, na chwilę się położyłyśmy, a potem jak gdyby nigdy nic wyszłyśmy w góry na kolejny trening. Trener na koniec zgrupowania stwierdził, że jeszcze na tak dobrze przepracowanym obozie nie był. Był czas na zabawę, ale też na ciężką pracę. Do tej pory uważam, że wyjazd w góry jest niezbędnym elementem przedsezonowych przygotowań.

 

- To był też czas budowy potęgi Startu, kiedy elbląska drużyna wspięła się na szczyt.

- To jest tyle wspomnień, że moglibyśmy siedzieć tu godzinami. Śp. Zbyszek Appa, który nie wiadomo dlaczego zakochał się w piłce ręcznej i miał nad nami pieczę z ramienia browaru był dobrym duchem zespołu. Na początku sceptyczny, wielu rzeczy nie rozumiał. Pytał, rozmawiał, przychodził na treningi, jeździł na wyjazdy, uczył się piłki ręcznej. Rozkochał się w niej. Czasy, kiedy browar miał nas pod swoimi skrzydłami, to były najlepsze lata dla elbląskiej piłki ręcznej. Wejście browaru umożliwiło ściągnięcie zawodniczek z polskiego topu. Wtedy pojawiła się Ania Ejsmont, Ania Garwacka, Ola Pawelska, Iwona Błaszkowska. Warto też zwrócić uwagę na to, że lwią część drużyny stanowiły wychowanki Truso. Porozumienie zawarte między klubami gwarantowało płynne przejście wyróżniających się młodych zawodniczek do pierwszego zespołu. Warto też wspomnieć o roli nauki.
       Z trenerem Jerzym Cieplińskim nie było dyskusji, jaka ma być droga naszego indywidualnego rozwoju. Wtedy klub, dzięki zabiegom zarządu: Andrzeja Bugajnego, śp.  Stanisława Haliniaka i śp. Henryka Słoniny podjęli rozmowy z AWFiS w Gdańsku i zawarto porozumienie, na mocy którego miałyśmy możliwość studiować i grać w ekstraklasie. To było bardzo ważne. Praktycznie 90 proc. zespołu ukończyła studia. W Starcie grały dziewczyny dla których szkoła była bardzo ważna. Wiedziałyśmy merytorycznie, co na treningach robimy i jakie efekty ma to przynieść. Trener kontrolował nasze postępy w nauce i rozliczał z wyników w szkole.

 

- Wejście browaru oznaczało konieczność walki o mistrza?

- Nie przypominam sobie, żeby były przeprowadzane z nami rozmowy typu mistrz i nic więcej. Był postawiony cel sportowy. Najpierw miałyśmy wywalczyć awans do ekstraklasy. To się stało bardzo szybko. Potem jako beniaminek zdobyłyśmy wicemistrzostwo Polski (1991r.). I to było wielkie wydarzenie. Mecz ze Zgodą Bielszowice pamiętam do tej pory. Zespół był zgrany, była w nim świetna chemia, nie można zapomnieć, że gros zawodniczek to były kadrowiczki, dziewczyn, które miały możliwość gry też na innych arenach sportowych.

 

- W pewnym momencie to nie wy baliście się rywalek, ale one was.

- Przyszedł taki moment, zaczęłyśmy być znane z mocnej obrony. Rywalki nie lubiły z nami grać, właśnie ze względu na twardą, brutalną obronę. Trener Jerzy Ciepliński dbał o to, żeby każda wiedziała, gdzie jest jej miejsce na boisku. Swego czasu miałyśmy w tabeli najmniejszą ilość straconych bramek. Ale coś za coś: miałyśmy też na koncie najwięcej kartek i kar w meczu.

  Elbląg, Start z sezonu 1993/94, kiedy zdobył dublet MP i PP
Start z sezonu 1993/94, kiedy zdobył dublet MP i PP (fot. pochodzi z ksiażki A. Minkiewicza "Sport w Elblągu 1945 - 2012"

 

- Odchodzi Jerzy Ciepliński i przychodzi Jerzy Ringwelski, dla którego jest to pierwsza samodzielna praca z seniorkami.

- Elbląg był silny, ogromnym bonusem było zaplecze w postaci Truso. Nie było więc sytuacji, że odejście niektórych dziewczyn robiło pustkę. Pamiętam przyjście trenera Jerzego Ringwelskiego, jego obawy i wątpliwości. Praca z seniorkami to zupełnie coś innego niż z juniorkami. Jest więcej partnerstwa. Wielokrotnie z trenerem wymieniałyśmy się uwagami, spostrzeżeniami i opiniami. Sezon w którym z trenerem Jerzym Ringwelskim zdobywamy dublet (MP i PP) jest do tej pory największym osiągnięciem elbląskiej piłki ręcznej.

 

- Miejsca Startu w czołówce zaowocowały grą w pucharach europejskich. Była szansa, żeby zobaczyć inny od polskiego styl gry i inne sędziowanie.

- Za wschodnią granicą zawsze grało się inaczej. Tam czuło się , że mimo międzynarodowego sędziowania, kontrowersje związane z sędziowaniem były normą. Piłka ręczna jest chyba pod tym względem wyjątkową dyscypliną, w której sędziowie mogą łatwo mniej lub bardziej świadomie wypaczyć wynik. Grałam w tylu spotkaniach, gdzie sędziowie odgrywali główną rolę, a generalnie powinni być niezauważalni. O meczach za wschodnią granicą mówiłyśmy, że to mecze siedem przeciwko dziewięciu. Ale też my w wielu przestrzeniach nie byłyśmy w stanie dorównać rywalkom. To była archaiczna i brutalna piłka. Zupełnie inaczej niż kiedy wyjeżdżałyśmy grać z zespołami skandynawskimi. Tam jest finezyjna, szybka gra oparta na indywidualnych umiejętnościach technicznych. Mecze z nimi uzmysławiały nam, jakie mamy braki w wyszkoleniu technicznym. Tę różnice do dziś widać w starciach naszej kobiecej reprezentacji. Natomiast zespoły z Bałkanów cechował „góralski charakter”: twarda gra z charakterem. Z takich anegdotek pamiętam mecz pucharowy w Rumunii. Zima, niedogrzany hotel, spałyśmy w dresach. Najciekawsze czekało nas jednak przed meczem. Wychodzimy na parkiet, na rozgrzewkę, a hala pełna dymu papierosowego. Wówczas w Rumunii można było palić papierosy na halach i dla nich to było normalne. Dla nas... coś szokującego. Ale też trzeba pamiętać, że wielką niespodzianką był ćwierćfinał Pucharu Europy. Nie chcę powiedzieć, że to był przypadek, bo to nie ten szczebel, żeby coś się mogło przypadkiem udać. Ale nie zakładałyśmy, że dojdziemy tak daleko. Było to dla nas kolejne wielkie wydarzenie sportowe.

 

- Co się stało, że ten okres potęgi trwał tak stosunkowo krótko?

- To złożony problem. Wycofanie się browaru spowodowało odejście najlepszych zawodniczek. Skurczyły się możliwości finansowe klubu. Zespół zaczął bazować na transferach zza wschodniej granicy. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Zaczął się moment, kiedy biłyśmy się w środku stawki. Ambicjonalnie chciałyśmy powalczyć o czołówkę, ale skład osobowy i warunki były takie, a nie inne. Ostatnim akordem tamtego Startu był brąz z 2000 r. Na następny trzeba było długo czekać, bo aż 17 lat.

 

- Reprezentacja to też kawał przygody.

- Każde powołanie było niesamowitym wyróżnieniem. W seniorskiej reprezentacji spotkałam się z Iwoną Nabożną, Wiolettą Luberecką, Dorotą Gliszczyńską, Bożeną Karkut i wieloma innymi fenomenalnymi zawodniczkami, które podziwiałam. Pierwsze powołanie do pierwszej reprezentacji seniorek było dla mnie ogromnym przeżyciem. To już była inna rzeczywistość sportowa, jestem z nimi na parkiecie, podaję piłkę, zagrywam... To był coś pięknego. Pierwszy mecz zagrałam w Jugosławii w towarzyskim turnieju „Gabor '92”. Wtedy poczułam, że te wszystkie zawodniczki, które do tej pory podziwiałam, stały się moimi koleżankami. Ja wtedy ocierałam się o reprezentację, dopiero się jej uczyłam. Po raz pierwszy wystąpiłam w meczu z Rumunkami: bardzo trudne wyzwanie, ciężkie granie. Ale całe zaplecze mentalne było wspaniałą przygodą.

 

- Nie ciągnęło Panią do trenerki?

- Zawsze marzyłam, żeby zostać nauczycielką. Nie wiem, z czego to wynikało, moi rodzice nie są nauczycielami, ale bardzo mi się to podobało. Przez wiele lat łączyłam dwie role: grę w Starcie i pracę jako nauczyciel w Zespole Szkół Handlowych. Mój Pan dyrektor Ryszard Janusz, wielki miłośnik sportu, stworzył mi tam wyśmienite warunki, bo nawet plan lekcji miałam tak skonstruowany, aby połączyć treningi i lekcje. Nie miałam w sobie takiego imperatywu, że będę trenerem. Chciałam iść do szkoły. Ale przyszedł taki moment, kiedy doszłam do takiej refleksji, że chciałabym coś zmienić także w sferze naukowej. To, gdzie jestem w tej chwili, to nie jest przypadek.

 

- Dziękuję za rozmowę.

 

Wspomnienia z sezonu, w którym Start Elbląg zdobył mistrzostwo i Puchar Polski przeczytasz tutaj.

rozmawiał Sebastian Malicki
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
A moim zdaniem...

Przeczytaj też co działo się w Elblągu wcześniej

Zamieszczenie następnej opinii do tego artykułu wymaga zalogowania

W formularzu stwierdzono błędy!

Ok
Dodawanie opinii
Aby zamieścić swoje zdjęcie lub avatar przy opiniach proszę dokonać wpisu do galerii Czytelników.
NOWOŚĆ! Dział "A moim zdaniem" obsługuje hashtagi.
Dołącz zdjęcie:

Podpis:

Jeśli chcesz mieć unikalny i zastrzeżony podpis
zarejestruj się.
E-mail:(opcjonalnie)
  • Fajny wywiad. Miejmy nadzieje że jeszcze potęgę Startu ujrzymy i warto będzie poczekać :)
  • W latach 60 - 70,gdy trenerem piłki ręcznej kobiet był Leszek Walczak, nauczyciel w-fu w szkole podstawowej nr 2,dziewczyny elblążanki grały bardzo dobrze, na wysokim poziomie. I to bez pieniędzy. Nie było żadnych transferów do zasilania drużyny. A za Pani czasów dla zawodniczek najważniejsze już były pieniądze. Moimi kolegami z TM są koledzy Kaziu Gajdzis i Ludwik Fonferek. Sami, bez wspierania dostali się na AWF. I skończyli studia. Teraz, gdy sportem rządzą pieniądze, to nie jest uczciwy gra.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz Pokaż ten wątek
    22
    12
    Dawna ręczniaczka(2021-02-20)
  • A dlaczego pani zatrudnia w SSP nr 3 na stanowisku nauczyciela WF osobę po EUHE / tam kierunku wf nie ma /?
  • @kkk - A to bardzo ciekawe
  • @kkk - Studia wyższe o kierunku WF. Nie ma takich cudów na żadnej uczelni. Odklejony jesteś od rzeczywistości gościu.
  • @kkk - zapytaj się swojej starej
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz Pokaż ten wątek
    1
    5
    sąsiad komara i spółki lese(2021-02-20)
  • @Dawna ręczniaczka - Tak jak mówisz, idea sportu została zastąpiona ideą pieniądza, teraz w sporcie liczy się reklama i marketing umiejętności czy talent nie są już na miejscu pierwszym.
  • Nauczyciel wychowania fizycznego powinien posiadać przygotowanie pedagogiczne oraz ukończone studia wyższe lub podyplomowe, w zakresie nauczania wychowania fizycznego. Na Elbląskiej Uczelni Humanistyczno-Ekonomicznej jest tylko kierunek pedagogiczny. Bez przygotowania do nauki WF, to nie jest wuefista. I takie słabe będą lekcje. Pani dyrektor zatrudniła na to stanowisko po znajomości. I tyle. W mojej szkole podstawowej był wyższy poziom nauczania niż na Elbląskiej Uczelni Humanistyczno-Ekonomicznej. Wiem, bo nieraz pomagam w nauce sąsiadce tam studiującej. I Ona będzie miała wyższe wykształcenie. O zgrozo. Gdzie indziej nie miałaby żadnej szansy na ukończenie studiów. Jest słaba.
  • @Anna L. - Studia i dyplom już dawno przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Ileż ja znam życiowych nieogarów, którzy bez wsparcia YT buta nie potrafiliby zawiązać. Niestety działy HR w większości firm nadal patrzą na kawałek papieru, a nie to co człowiek potrafi i co sobą reprezentuje. Albo zatrzymali się 20 lat temu, albo jest im to na rękę przy negocjacjach stawki za pracę. Jest jeszcze trzecia opcja, że pracownicy działów HR, to właśnie "absolwenci"EUHE.
  • Piękny czas. Jako nastoletni chłopak pamiętam pękająca w szwach hale przy Kościuszki. Dziewczyny dawały nam mega satysfakcję na trybunach.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    16
    2
    Kaszub(2021-02-20)
  • @Anna L. - Na euha płacisz i masz wykształcenie. Ot cała filozofia. Idą tam ci którzy nie mieli szansy dostać się na bezpłatne uczelnie, bo żeby dostać się na bezpłatne studia trzeba mieć bardzo dobre wyniki w nauce.
  • Po tragicznej śmierci Dyrektora Zbigniewa Appy, nikomu nie zależało na współpracy ze Startem w elbląskim browarze.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    3
    0
    07zgłośsię(2021-02-20)
Reklama