UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później

Józef Zawada: Nie myślałem, że zwiążę się z karate na całe życie

 
Elbląg, Józef Zawada, prezes Elbląskiego Klubu Karate
Józef Zawada, prezes Elbląskiego Klubu Karate (fot. Anna Dembińska)

-  Po „Wejściu smoka” na treningi zgłosiło się około 600 osób. Sama grupa dziewczyn liczyła prawie 70 osób. Na dłuższą metę nie byliśmy w stanie sobie poradzić z taką ilością chętnych - mówi Józef Zawada, elbląski karateka i prezes Elbląskiego Klubu Karate. W rozmowie z nami wspomina początki elbląskiego karate.

- Jak się zaczęła Pana przygoda z karate?

- Zaczęło się od tego, że nie dostałem się do sekcji judo w Elblągu. W 1977 r. kolega z klasy zaprosił mnie na trening, ale żeby ćwiczyć na stałe, trzeba było zdać coś w rodzaju egzaminu z wychowania fizycznego. W jakiś sposób udało mi się nie wykonać tych ćwiczeń, do tej pory nie wiem dlaczego? Ale skutek był taki, że z judo musiałem się pożegnać. I wtedy, drugi kolega, zaproponował mi karate. Sekcja działała od 1975r. przy TKKF „Feniks” i prowadzona była przez Aleksandra Płyszewskiego. Nie myślałem wtedy, że zwiążę się z karate na tyle lat. Na pierwszym treningu w jednostce wojskowej przy ul. Łęczyckiej było około 300 zawodników, w tym osoby takie jak ja, które rozpoczynały trenować karate. Część po drodze się wykruszyła, mocniejsi zostali. Treningi mieliśmy od poniedziałku do piątku, a zdarzało się, że i w soboty. Każdy trening trwał 2 godziny. Była to szkoła wytrwałości. W tamtym okresie ćwiczyliśmy w jednostkach wojskowych i w szkole przy ul. Wyżynnej. Takie były początki karate w Elblągu, natomiast nasza sekcja była wówczas liczącym się ośrodkiem w Polsce.

 

- Niedługo potem w Elblągu zorganizowano mistrzostwa Polski.

- W 1978 r. w Elblągu zorganizowano Mistrzostwa Polski w Karate Kyokushinkai. Stanisław Zieniewicz zdobył wtedy pierwsze Mistrzostwo Polski dla Elbląga. Pewną ciekawostką był fakt podział na wagi: zawodnik, który był krępy ale niski, startował w lekkiej, szczupły ale wysoki w ciężkiej. Na przełomie 1980/81 r. elbląscy karatecy usamodzielnili się i powstał Elbląski Klub Karate. W tym momencie należy wspomnieć o Aleksandrze Płyszewskim, który wprowadził karate do Elbląga i to w największej mierze jego zasługa, że możemy ten sport w naszym mieście trenować. Pierwszym prezesem klubu został Tadeusz Nieczuja – Ostrowski, który tę funkcję dzierżył do swojej śmierci w 2010 roku.

 

- Do historii przeszły Mistrzostwa Polski w Karate 1981 r.

- Jedyna w Polsce impreza, która nie została przerwana po wprowadzeniu stanu wojennego. 12 grudnia rozpoczęły się w Elblągu Mistrzostwa Polski w Karate wszechstylowym – pierwsze w kraju zawody tej rangi. To były moje pierwsze zawody, w których startowałem w konkurencji kata i kumite. Wówczas pierwszy raz wystartował również Arnold Goliszewski. Pierwszy dzień minął „normalnie”. Następnego dnia 13 grudnia kiedy szedłem z al. Grunwaldzkiej na halę, widziałem jadące pojazdy wojskowe. Do końca nie zdawałem sobie sprawy z tego, co się dzieje i co się wydarzy. Kiedy dotarłem na halę okazało się, że część trenerów podlegających pod milicję, wojsko i inne służby wyjechała. Ci, którzy zostali zdecydowali o dokończeniu zawodów. Jednym z organizatorów mistrzostw była „Solidarność” i pamiętam, że część działaczy związkowych „ukrywała” się na hali.

 

- Na rozwój dyscypliny ogromny wpływ miało „Wejście smoka” Bruce'a Lee.

- Ja już wtedy trenowałem karate. Ale boom był olbrzymi. Po „Wejściu smoka” na treningi zgłosiło się około 600 osób. Sama grupa dziewczyn liczyła prawie 70 osób. Na dłuższą metę nie byliśmy w stanie sobie poradzić z taką ilością chętnych. Zostali najwytrwalsi. Sam byłem zafascynowany tym filmem i to w jaki sposób karate zostało tam pokazane. Oczywiście film rządzi się swoimi prawami, ale tam akurat było widać, że główna postać wie co robi, nie udaje.

 

- Karierę sportową przerwała służba wojskowa.

- W 1982r. poszedłem do wojska, do Ornety i siłą rzeczy musiałem poważnie ograniczyć treningi. W jednostce w której służyłem, byłem razem z Dariuszem Hordykiem, moim kolegą i partnerem treningowym z Elbląga i wraz z innymi karatekami z Polski, którzy byli w jednostce, trenowaliśmy w wolnych czasie. Kiedy na przepustki przyjeżdżałem do Elbląga, to po spotkaniu z rodziną, pierwsze kroki kierowałem na treningi. Pół żartem można powiedzieć, że w Ornecie zacząłem stawiać pierwsze kroki jako trener. Podczas treningu indywidualnego na pododdziale zobaczył mnie porucznik, wziął mnie na rozmowę i zaproponował wspólne treningi. Oczywiści zgodziłem się i coś tam próbowaliśmy robić. Po powrocie do cywila trudniej było połączyć życie prywatne z karate. Chociaż... Z wojska wyszedłem we wtorek, a już w sobotę trener zabrał mnie na zawody do Radomia.

 

- Na zawody w kickboxingu.

- Kickboxing wtedy raczkował, wówczas to się nazywało karate semi – contact. Walczyliśmy w kimonach i rękawicach bokserskich. Na zawodach w Radomiu stoczyłem sześć walk, wszystkie wygrane. Chyba najbardziej moje udane zawody. Miałem dobrze wytrenowane techniki nożne i to był klucz do sukcesu. Pamiętam ostrzeżenia trenerów rywali: uważajcie na jego nogi. Potem pojechałem na kolejne zawody. Niestety, tych startów nie udało mi się pogodzić z życiem prywatnym. Po wojsku powróciłem do firmy w której pracowałem przed wojskiem i do szkoły średniej, którą rozpocząłem przed wojskiem. Trzeba było zacząć zarabiać na życie. Nie wiązałem swojej przyszłości z karate.

 

- Przejście od zawodnika do trenera było płynne.

- Siłą rzeczy związki z klubem osłabły, ale kiedy tylko mogłem i czas pozwalał, to na treningi wracałem. W 1986 roku dostałem do trenowania grupę początkujących i tak to się zaczęło. Ze względu na życie prywatne, prowadzenie firmy, nie mogłem się w pełnić oddać trenowaniu. Kiedy mogłem, to jeździłem na zawody. Trenerem na cały etat zostałem w 1990r. Ostatni raz startowałem w ramach prezentu na 40–ste urodziny, wtedy zdobyłem brązowy medal na Mistrzostwach Polski w Karate Seniorów WKF.

 

- I zaczął się stres zupełnie innego rodzaju.

- Jak już zostałem trenerem, to jeszcze próbowałem startować. Ale głównie to „zjadały” mnie nerwy związane z występami moich podopiecznych. To już stres zupełnie innego rodzaju: jestem trenerem, muszę ich jak najlepiej przygotowywać, ale ostateczny rezultat zależy już tylko od nich. Nie powiem, emocje były duże i duma też była. Moim podopiecznym udało się zdobyć medale Mistrzostw Polski zarówno w juniorach, kadetach jak i seniorach. Pamiętam Tomka Płonkę, gdy trenowałem jeszcze w grupie początkujących w latach 1986 – 90. Przyszedł kierownik klubu z pytaniem, czy mam kogoś na zawody. Tomek miał niesamowitą szybkość, kondycję, technikę, wolę walki i tym wygrywał. Pojechał wtedy pierwszy raz na zawody, na Mistrzostwa Polski w Kickboxingu i w swojej kategorii zdobył złoty medal. Oczywiście potem przeszedł do grupy zaawansowanej, dalej jeździł na zawody, ja zostałem przy początkujących. Od 1990r. kiedy zostałem zatrudniony na pełny etat byłem odpowiedzialny za sekcję karate. Gdy zorganizowałem zapisy do klubu na spotkanie przyszło dużo chętnych. Najmłodsi mieli 7 lat. W tym czasie trzeba było podzielić grupę. Od tego momentu w klubie pojawiła się grupa młodsza w wieku (7 – 14 lat), grupa starsza (od 15 lat i starsi) oraz zaawansowani. W skład tej ostatniej wchodzili zawodnicy których trenowałem wcześniej. W tym okresie wytrenowałem kolejnych medalistów mistrzostw Polski. Najbardziej utytułowanym zawodnikiem był Dagmar Chmara. Obok niego byli Krystian Andrusewicz, Krzysztof Ferenc, Rafał Kosiński, Paweł i Michał Wesołowscy. Nie można nie wspomnieć o medalistach zawodów okręgowych, Pucharów Polski oraz Międzynarodowych Turniejów w Karate.

 

- Po czterdziestce zaczął też Pan sędziować zawody.

- Chciałem jakoś wykorzystać swoje doświadczenie. W 2004r. po odbyciu kursów zdobyłem uprawnienia sędziowanie w karate WKF. Od tamtego czasu sędziowałem na wielu zawodach karate organizowane w całej Polsce. Zbierałem doświadczenia w tym zakresie, dzieliłem się z zawodnikami którzy trenowali w klubie, w związku z tym szkolenie było pełniejsze. Sędziowanie na zawodach skończyłem stosunkowo niedawno, bo trzy lata temu. Dla laika rozstrzygnięcia niektórych walk mogą wydawać się niezrozumiałe. Zawodnik, który porządnie kopnął rywala np. w głowę na końcu przegrywa walkę. Tymczasem w karate WKF, żeby dostać punkty (juko – 1, wazami – 2 lub ippon - 3) za trafienie trzeba spełnić sześć kryteriów: poprawna technika, sportowa postawa, dynamiczne wykonanie, odpowiedni tajming, ciągła uwaga i odpowiedni dystans. Brak spełnienia jednego kryterium oznacza brak punktów.

 

- Jak dziś wygląda elbląskie karate?

- Głównie trenują dzieci ze szkół podstawowych. Mamy problem, żeby dzieciaki wróciły do sportu po zakończeniu podstawówki. Kiedy były gimnazja traciliśmy ich już po szóstej klasie. Musimy, jako klub, doprowadzić do tego, żeby nasi dobrze rokujący zawodnicy po skończeniu szkoły podstawowej kontynuowali karierę sportową również w szkole średniej. W kategorii dzieci jest stosunkowo dużo zawodów, a my musimy wychować sobie zawodników. To, oczywiście, wymaga czasu.

 

- Zmiany w polskim karate nie ominęły też Waszego klubu.

- Polski Związek Karate, który powstał w 1980 r. zrzesza w swych szeregach dwie odmiany karate: kyokushinkai i shotokan. Każdy styl posiada swoje przepisy zawodów sportowych. Aby skonsultować się na macie trzeba było zorganizować zawody według jednych przepisów. Na świecie istniała już organizacja WUKO (obecnie WKF), która zrzesza różne style karate z całego świata i która opracowała przepisy według, których różne style mogą się sprawdzić na zawodach sportowych. Polskie kluby shotokan zrzeszone w PZK przez cały ten okres brały udział w tychże zawodach, jedyny klub z kyokushinkai, który brał udział to nasz Elbląski Klub Karate. Wracając do władz PZK od samego początku do chwili obecnej w zarządzie związku w większości członków posiadają kluby kyokushinkai i rola klubów shotokan/WKF była marginalizowana. Wyjściem z kryzysu ma być nowe stowarzyszenie – Polska Unia Karate (rok powstania 2017r.), która obecnie jest uznawana przez władze WKF i może reprezentować Polskę na imprezach międzynarodowych w karate WKF. Co wiąże się np. z tym, że to PUK wskazuje reprezentantów Polski na przyszłoroczne igrzyska olimpijskie. Jako Elbląski Klub Karate zdecydowaliśmy się przystąpić do PUK. Patrzymy przyszłościowo, kiedy wychowamy sobie dobrego zawodnika, chcemy, żeby miał możliwość startowania w imprezach międzynarodowych organizacji WKF i w przyszłości reprezentować Polskę na igrzyskach.

rozmawiał Sebastian Malicki
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
A moim zdaniem...
  • Jakoś 25 la temu chodziłem do Pana na treningi do szkoły na Kopernika. Dzięki!
  • Ja również, możliwe, że byliśmy w jednej grupie :]
  • Też uczęszczałam na treningi do szkoły na Kopernika :)
  • W 1981 jeszcze nie mieszkałem w Elblągu, ale byłem jako zawodnik na Tych mistrzostwach, a wojskowe pojazdy, o których autor wspomina jeździły już 12 grudnia wieczorem, pamiętam dobrze.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    1
    0
    medalista(2020-07-04)
  • No i po tylu latach od wejscia Smoka na rynek, Chiny wygrały bez walki z USA
  • lepiej z karate niż z wredną dwulicową łasą na kasę pudernicą "grażą"
  • MariuszLewandowski-Fc Kubeł wrócił , Jarek o ile wiem w USA siedzi . Może warto pozbierać pamiątki i zrobić w muzeum wystawę tamtych ludzi i tamtego klubu ? Opowieść o Aleksandrze to nadal jedna z najciekawszych opowieści tego miasta bo poza jego uczniami powinni go pamiętać inni Maciej Piotrek i wielu innych Na razie Józek walczy ale przyszłość klubu jest niestety niepewna.Może czas przypomnieć co dało się zrobić kiedyś....
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    1
    0
    MariuszLewandowski-Fc(2020-07-04)
  • Tekst z tamtego roku, nic nowego nie napiszecie?
  • Mam do Pana Jőzefa ogromny szacunek. Nie trenowałem długo, może dwa lata w czasach podstawówki (lata 90 )Bardzo dobry trener uczący nie tylko sztuki walki ale i wytrwałości w życiu i szacunku do siebie samego, oraz innych. Autorytet bez dwóch zdań. Bardzo się cieszę, gdy spotykam P. Jőzefa na mieście i nadal mnie pamięta, mimo, że minęło tyle lat. Pozdrowienia
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    4
    0
    Michał83(2020-07-04)
  • Józef Zawada to bezapelacyjnie mega autorytet, przewspaniały trener, coach, mistrz i popularyzator karate. Miałem mega szczęście (z kilku powodów)dołączyć w 1991 roku do klubu i grupy Józka. Byłem wówczas trochę zawadiaką i niezbyt grzecznym chłopakiem, byłem jakby trochę na zakręcie życiowym. Józek wyprostował mój kręgosłup moralny i odmienił w pewnym sensie moje życie. Dzięki treningom pod okiem Józka, inspirowaniu, wspólnym obozom treningowym, wielu rozmowom, zawodom w karate (również z medalami)udało mi się wyjść na prostą, a nawet bardzo dobrze powstać. Dzięki bardzo sensei Józku! Oss.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    8
    0
    Darek Knitter(2020-07-04)
  • Oss! Pozdrowienia z Holandii!
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    1
    0
    Kiedyś karate teraz ju jitsu(2020-07-04)
  • Tyle lat trenować. ludzi i coś małe te wyniki, wielu mistrzów tu nie było wytrenowanych. Za Olka byli co roku. A teraz. EKK to. jakas porażka. .. nic o was nie słychać żebyście walczyli. ..
Reklama