UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później

Samotny wilk

 
Elbląg, Arnold Goliszewski
Arnold Goliszewski (fot. Michał Skroboszewski)

- Mieszkałem wtedy na ul. Lotniczej. Pamiętam, jak szedłem na zawody, a na al. Grunwaldzkiej mijałem jadące czołgi – tak pierwsze mistrzostwa Polski w karate wspomina ich uczestnik Arnold Goliszewski. Mistrzostwa odbyły się 12 i 13 grudnia 1981 r.

- To już ponad 40 lat, jak przyszedł Pan na pierwszy trening karate. Dlaczego akurat ta dyscyplina?

- Miałem 12 lat, mieszkałem w Kwidzynie, moi rówieśnicy zapisywali się na judo. Wiedziałem, że w następnym roku przeprowadzamy się z rodziną do Elbląga. Chciałem być oryginalny, stwierdziłem, że poczekam rok i zapiszę się na karate. Na pierwszy trening poszedłem z ojcem, do jednostki wojskowej na ul. Saperów, gdzie pracował Aleksander Płyszewski. Zobaczyłem siedzących w rzędach, ubranych w kimona karateków. Panująca podczas treningu atmosfera imponowała mi dyscypliną oraz umiejętnościami technicznymi trenera i starszych zawodników podczas ćwiczeń. Pamiętam, że po tym treningu Olek podszedł do mnie i w obecności taty powiedział słowa „widzę w pana synu talent”. Od razu urosłem we własnych oczach, chociaż po latach wiem, że to była „tylko” motywacja. Świadomość tej mojej osobistej historii uświadamia mi siłę wypowiadanych słów, która może wywindować człowieka albo popchnąć go w dół w pracy zawodowej z młodzieżą [Arnold Goliszewski jest nauczycielem wychowania fizycznego w IV LO – przyp. SM]

 

- Pańska kariera sportowa była też niezmiernie ciekawa, gdyż brał Pan udział m.in. we wszystkich mistrzostwach Polski...

- Pierwsze mistrzostwa odbyły się w Elblągu 12 i 13 grudnia 1981 r. To były jedyne zawody sportowe, które zostały dokończone po wprowadzeniu stanu wojennego. Mieszkałem wtedy na ul. Lotniczej. Pamiętam, jak szedłem na zawody, a na al. Grunwaldzkiej mijałem jadące czołgi. Od wielu lat spotykam się rokrocznie z kolegami ze środowiska warszawskich karateków, aby uczcić pamięć Leszka Drewniaka, wybitnego karateki, współtwórcy Jednostki Specjalnej GROM. Podczas tych spotkań koledzy wspominają tamte mistrzostwa – lęk, niepokój, strach przed tym, co będzie dalej, jak wrócą do domów.

 

- 12 grudnia, wydawałoby się, „normalne” zawody. Oczywiście jest podniecenie, radość, bo to w końcu pierwsze mistrzostwa. W nocy sytuacja zmienia się o 180 stopni.

- Zniknęły „solidarnościowe” transparenty. Zawody odbyły się, chociaż pewnie kontrola była z każdej strony. Najbardziej cenne jest dziś dla mnie to, że podczas swojej kariery sportowej poznałem tylu wspaniałych ludzi. Później nasze losy potoczyły się różnie: byli tacy,  co zrobili karierę nie tylko sportową, ale byli i tacy, którym życie się skomplikowało. Zwycięstwa, medale, sukcesy - to tylko dodatek, najważniejsi w moim życiu byli ludzie. Mówię, że w szkole oddaję młodzieży to, co sam kiedyś dostałem od innych.

 

- Nauczyciel w szkole też okazał się ważnym etapem w życiu.

- Trafiłem do IV Liceum i udało mi się wejść do grona osób, które do pracy przychodzą z radością. Marta Czapla, Karol Przybyła, Tomasz Gadaj... Długo by wymieniać... Podziwiam ich pasję trenerską. Ja, niestety, takiej pasji w sobie nie odkryłem. Pomagają mi zarówno w pracy z młodzieżą, jak i w treningach. Lubię też pracę z młodzieżą, staram się ich wychowywać i bardziej opiekować niż uczyć.

 

- Karate wydaje się stworzone do tego, aby wprowadzić je do szkoły. Mamy przecież cały czas konieczność samodoskonalenia się, zdobywania nowych stopni.

- Tak, ale ja nie do końca jestem przedstawicielem tej właśnie drogi: zdobywania kolejnych stopni. Zatrzymałem się na zdobyciu stopnia mistrzowskiego 1 dan w 1988 r. Nie znajduję w sobie potrzeby zdobywania kolejnych. Dla mnie największą wartością była i jest walka. Możliwość brania udziału w zawodach i przeżywania emocji sportowych na macie. Jestem samotnym wilkiem. Znalazłem sobie miejsce w hali Międzyszkolnego Ośrodka Sportowego. Dwadzieścia lat temu, podczas wakacji, dowiedziałem się, że jadę na mistrzostwa świata i potrzebowałem miejsca do treningów. Zapytałem Tomka Gadaja, trenera judo, czy nie znalazłoby się jakieś miejsce dla mnie. I tak to już trwa: trenuję sobie z boku podczas zajęć judoków z Truso Elbląg.

 

- Oprócz karate jest też Pan dwukrotnym mistrzem Polski w kickboxingu.

  Elbląg, Arnold Goliszewski (arch. prywatne)
Arnold Goliszewski (arch. prywatne)

- I raz byłem trzeci. To był ten czas, kiedy powstawał Polski Związek Kickboxingu. Były wówczas tarcia pomiędzy działaczami, którzy nie chcieli dopuścić przedstawicieli innych sportów walki. Na mistrzostwach w Sosnowcu w 1988 r . zostałem też wyróżniony tytułem najlepszego technika. Do pewnego czasu trenowanie karate pozwalało osiągać wyniki także w kickboxingu. Potem nastąpiła specjalizacja, co było nieuchronne. I wtedy się wycofałem.

 

- Nie korciło Pana, żeby zmienić dyscyplinę?

- Nie. W życiu. Nigdy. Kickboxing jest mniej techniczny. Nie pociągało mnie to. Na ostatnich mistrzostwach w Poznaniu była szansa walczyć z Przemkiem Saletą, ale wylosowaliśmy różne połówki drabinki. Mogliśmy się spotkać dopiero w finale. Ostatecznie ja byłem pierwszy, Saleta trzeci i do walki nie doszło. Byłem też na mistrzostwach świata w kickboxingu. Niestety zostałem zdyskwalifikowany za niedozwolony kontakt z Kanadyjczykiem. To był jednak epizod: do pewnego czasu trenowanie karate pozwalało na udział w zawodach kickboxingu, ale pasją to się nigdy nie stało. Bardziej pociągało mnie karate, jako bardziej techniczny sport.

 

- W tym roku karate będzie miało chyba najlepszą okazję do promocji. Karateków będziemy mogli oglądać na igrzyskach olimpijskich w Tokio. Ale... jest karate olimpijskie i karate nieolimpijskie. Najbardziej popularna polska karateczka Anna Lewandowska nie może ubiegać się o wyjazd na igrzyska, bo trenuje karate nieolimpijskie.

- Tak. W pewnym momencie doszło do rozłamu w karate. Pewnie poszło o ambicje. Tak jak na całym świecie. Z Polskiego Związku Karate odeszła grupa osób, która powołała Polski Związek Karate Tradycyjnego. Organizują swoje zawody, ale zasięg tej odmiany jest zupełnie inny niż karate olimpijskiego. Są zawodnicy, którzy jeżdżą na zawody organizowane przez oba związki. Byłem jako obserwator kiedyś na ich mistrzostwach świata w Pruszkowie. Jest piękna otoczka, atmosfera, ale to nie jest ten „top of the top”. Do tego wszystkiego trzeba dodać, ze istnieje jeszcze najmłodszy związek – Polska Unia Karate, która ma prawo wysłać zawodników na igrzyska olimpijskie.

 

- Można powiedzieć: nic nowego. Samo karate kilkadziesiąt szkół, które powstawały na przestrzeni dziejów.

- Jest mistrz, który dochodzi do wniosku, że dotychczasowy zwycięzca jest dobry, ale on będzie jeszcze lepszy. Tak to się odbywało od samego początku. Zaczęło się od japońskich mistrzów, którzy oddzielili się od głównego pnia. I tak to już trwa.

 

- Reprezentanci Polski mogą odegrać jakąś rolę na igrzyskach?

- Mamy Dorotę Banaszczyk, która zdobyła złoto na mistrzostwach świata. To jest chyba nasza największa szansa. Jest stosunkowo wysoko w rankingach. Ale to jest sport walki, wiele aspektów musi współgrać, także przed samym startem, żeby odnieść sukces. O innych niewiele mogę powiedzieć, bo aż tak bardzo tego nie śledzę. Jestem samotnym wilkiem i na razie koncentruję się na swoim treningu i czerpaniu radości z udziału w zawodach pomniejszej rangi i adekwatnej do wieku kategorii

 

- Jakie są plany na ten rok?

- Planujemy udział w mistrzostwach świata karate organizacji WSF w Istambule na początku czerwca. Wciąż jeszcze starty w zawodach dają mi radość. Nie chcę przeceniać tych wszystkich zwycięstw, tytułów, sukcesów. Najważniejsze są emocje. Ja je wciąż czuję, tak jak kilkadziesiąt lat temu. Stanąć na macie i znów czuć to samo, by dostarczyć radości najbliższym z rodziny, a może i nawet kibicom. Ważne jest dla mnie kibicowanie moich synów. Mają już po 30 kilka lat, a pierwszy raz byli ze mną na zawodach w 1992 r. Teraz to syn Kamil wszystko organizuje i dba oto, aby mi nic na zawodach nie brakowało. Dzisiejsze rodzinne wyjazdy na zawody to najlepsze doświadczenie z całej kariery sportowej.

 

Najważniejsze sukcesy Arnolda Goliszewskiego:

- mistrz świata karate WSF Bukareszt 2019

- III miejsce mistrzostw europy karate WSF Albena 2018

- mistrz świata karate WSF Warna 2017

- III miejsce mistrzostw świata karate WSF Bydgoszcz 2016

- wicemistrz świata karate FSKA Poznań 2014
           -  wicemistrz świata karate WSKA w konkurencji drużynowej 2005r.;
           -  wicemistrz Europy karate WSKA w konkurencji drużynowej 2005r.

- wicemistrz świata karate 2002 r.;
           - III miejsce w mistrzostwach świata karate WSKA w konkurencji drużynowej 2001 r.;
           - 15-krotny mistrz Polski w karate;
           - dwukrotny mistrz Polski w kick-boxingu (semi-contact);
           - 6 srebrnych, 13 brązowych medali mistrzostw Polski;
           - ósme miejsce na mistrzostwach świata karate WKF 1988 Kair.

rozmawiał Sebastian Malicki
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
A moim zdaniem...

Przeczytaj też co działo się w Elblągu wcześniej

Reklama