UWAGA!

----

Warsztaty szkolne, w których hartowaliśmy się jak stal (I ja byłem uczniem Technikum Mechanicznego, odc. 2)

 Elbląg, Tak wyglądała praktyka na ślusarni, od której wszystko się zaczynało. Więcej w tekście
Tak wyglądała praktyka na ślusarni, od której wszystko się zaczynało. Więcej w tekście (fot. archiwum Daniela Lewandowskiego)

Kto nie przeżył warsztatów szkolnych w Technikum Mechanicznym w Elblągu na początku lat osiemdziesiątych, ten nie wie, co znaczy prawdziwe przygotowanie do życia. Dzisiaj młodzież ma komputery, drukarki 3D i klimatyzowane sale. My mieliśmy pilnik, imadło, drelich i instruktora, który jednym spojrzeniem potrafił wywołać większy respekt niż cała rada pedagogiczna. Warsztaty mieściły się w budynku przy ul. Bema 54. To właśnie tam co środę przez całą pierwszą i drugą klasę (lata 1982-84) pobierałem praktyczną naukę zawodu. A właściwie – szkołę życia opartą na obróbce mechanicznej metali - pisze Daniel Lewandowski w kolejnym odcinku wspomnień absolwenta TM, która to szkoła w tym roku obchodzi 80-lecie istnienia.

Dyscyplina

Nie zabrzmi chyba to zbyt patetycznie jeśli wspomnę, że czasy stanu wojennego to były ciężkie czasy. Szarość ulic, kartki na żywność, niepewność jutra i wszechobecna dyscyplina były codziennością. Na warsztatach ta dyscyplina przybierała szczególnie surową formę. Zajęcia warsztatowe odbywały się w cyklu zmianowym - w godzinach 7-14 lub 14-21. To znaczy na pierwszej zmianie o godzinie 7 mieliśmy być przebrani w ubrania robocze i czekać przed wydziałem, na którym – według grafiku zajęć – w danym dniu mieliśmy odbyć zajęcia. I najlepiej, abyśmy sprawiali wrażenie kogoś, kto od urodzenia marzył o piłowaniu stali. Spóźnienie liczyło się już od momentu, gdy instruktor spojrzał na zegarek. W związku z tym na warsztaty trzeba było przybyć co najmniej 15 minut wcześniej, by się przebrać.

 

Na teren warsztatów wchodziło się niczym do jednostki wojskowej. Pierwszą kontrolę przechodziła … tarcza szkolna. Musiała być solidnie przyszyta do prawego rękawa kurki. Kto próbował ją mocować na agrafkę albo szpilkę, szybko przekonywał się, że taka kreatywność nie jest szczególnie ceniona. Delikwent wracał do domu z nieobecnością w dzienniku i bogatszy o kolejną lekcję życiową. Po przebraniu w drelichy, czemu towarzyszyły zwykle różne wygłupy, ustawialiśmy się w równym szeregu, niczym pluton poborowych. Następowała inspekcja. Instruktor najpierw sprawdzał obecność, a następnie kompletność i czystość ubrania roboczego. Ubranie robocze miało być czyste. Był to wymóg tyleż słuszny co oderwany od rzeczywistości, ponieważ już po pierwszej godzinie pracy każdy wyglądał, jakby wrócił z miesięcznej szychty pod ziemią. Zbyt brudne ubranie również groziło niedopuszczeniem do zajęć. Zdarzało się, że desperaci próbowali przechytrzyć system i zakładali ubrania robocze odwrócone na lewą stronę. Plan był dobry, ale tylko do momentu, kiedy instruktor zauważał szwy.

 

 

Osobnym frontem walki o dyscyplinę były włosy. Długie i natapirowane fryzury traktowane były bez pardonu. Zaczesywaliśmy więc je i ugniataliśmy pod czapką, ale doświadczeni instruktorzy potrafili wykryć taki kamuflaż lepiej niż dzisiejsze skanery lotniskowe. To był poważny problem, bo nasze czupryny były trudne do ujarzmienia.

 

Żeberka - pierwszy stopień wtajemniczenia

Grafik zajęć był napięty i wypełniony po brzegi. Warsztaty nie przypominały szkolnych lekcji. Tu nie było siedzenia w ławce i patrzenia przez okno, marząc o dzwonku. Tu pracowało się naprawdę – i to fizycznie!

Najpierw trafialiśmy na wydział ślusarski. Pierwszym zadaniem, jakie otrzymaliśmy, było wykonywanie żeberek z metalowych blach. Kawałek stali, rysunek techniczny, suwmiarka, brzeszczot i zestaw pilników. Teoretycznie nic trudnego. W praktyce po kilku godzinach człowiek dochodził do wniosku, że pilnik jest urządzeniem służącym przede wszystkim do ćwiczenia pokory i wzmacniania mięśni, o istnieniu których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Piłowaliśmy, mierzyliśmy, poprawialiśmy i znowu piłowaliśmy. Kiedy detal wreszcie mieścił się w tolerancji, odczuwaliśmy satysfakcję większą niż po otrzymaniu najlepszej oceny w szkole lub po wygranej w totolotka. No prawie…

 

Kolejne kwalifikacje

Później przychodził czas na tokarki, frezarki, wiertarki i szlifierki. Huk maszyn, zapach chłodziwa i oleju maszynowego tworzyły atmosferę prawdziwej fabryki. Nie była to zresztą zabawa w produkcję. Wiele wykonywanych przez nas elementów trafiało później do rzeczywistych urządzeń przemysłowych. Nasza praca była oceniana nie tylko pod względem jakości, ale również ilości wykonanych detali. Liczyły się normy, dokładność i wydajność. Człowiek szybko uczył się, że źle wykonany detal oznacza konieczność rozpoczęcia pracy od nowa.

Praca była niebezpieczna. Maszyny nie wybaczały błędów. Zdarzały się skaleczenia, stłuczenia, oparzenia. Dlatego ciągłe przypominanie o zasadach BHP nie było przesadą, ani nudnym dodatkiem do programu nauczania. Było instrukcją przetrwania! Nie mogliśmy mieć żadnych luźnych części ubrania na sobie – żadnych odstających mankietów, żadnych zwisających ozdób ani długich włosów.

 

 

Szczególnym miejscem była kuźnia. Żar pieców, rozgrzane do czerwoności pręty i rytmiczne uderzenia młotów tworzyły klimat jak z dawnych hutniczych opowieści. Ja czułem się jak średniowieczny kowal, tylko bez konia, za to z oceną w dzienniku. Uczyliśmy się wykonywania resorów samochodowych, hartowania i obróbki cieplnej metalu. Po kilku godzinach człowiek był zmęczony tak, jakby przerzucał węgiel przez całą zmianę.

Nie mniej emocji dostarczała nauka spawania. Pierwsze spawy wyglądały często jak dzieła abstrakcyjnych artystów. Elektroda przyklejała się do materiału z czułością zakochanego nastolatka, iskry pryskały we wszystkie strony, a efekt końcowy wywoływał uśmiechy kolegów. Z czasem jednak nabieraliśmy wprawy i zaczynaliśmy rozumieć, że spawanie jest sztuką wymagającą cierpliwości.

 

 

Niezapomniane smaki

Przerwy były świętością. Na śniadanie wyciągaliśmy kanapki, które znikały błyskawicznie. Ale największą atrakcją była długa przerwa. Wtedy część uczniów wymykała się z warsztatów do pobliskiego sklepu spożywczego. W brudnych drelichach, z rękami pachnącymi smarem i metalem, kupowaliśmy świeży bochenek chleba. Taki jeszcze ciepły, z chrupiącą skórką. Dzisiaj trudno to zrozumieć, ale wtedy smakował jak największy rarytas świata. Popijany mlekiem z foliowego worka stawał się prawdziwą ucztą. W czasach niedoborów i kartek na żywność były to przyjemności, które pamięta się przez całe życie.

 

Ze względu na zapylenie w wielu działach warsztatów otrzymywaliśmy mleko. Był to standard w zakładach przemysłowych tamtych lat. Tak po prostu. Nie latte, nie cappuccino, nie napój owsiany z nutą wanilii. Zwykłe mleko, które miało ratować płuca. Dodatkowo podczas przerwy obiadowej przywożono wielkie metalowe termosy z gorącą zupą regeneracyjną przygotowywaną przez zakłady mięsne. Po kilku godzinach pracy przy maszynach taka zupa smakowała lepiej niż niejeden obiad w restauracji.

 

 

Kadra instruktorska

Nie wszystkich nauczyciel zawodu wspominam jednakowo mile. Wielu było świetnymi fachowcami i wychowawcami, którzy potrafili nauczyć zawodu i pomóc młodemu człowiekowi. Zdarzali się jednak również tacy, których dziś określono by jako bardzo trudnych pedagogów. Bywali porywczy, niecierpliwi, a czasem swoje frustracje wyładowywali na mniej zaradnych uczniach. Szczególnie ci nieśmiali lub wolniej opanowujący materiał stawali się nieraz obiektem ostrych uwag i publicznej krytyki. W tamtych czasach nikogo to specjalnie nie dziwiło — taka była rzeczywistość szkoły zawodowej i przemysłowych warsztatów. Nie było wówczas coachów motywacyjnych. Był instruktor, Po rozmowie z nim człowiek nagle odkrywał w sobie ogromne pokłady motywacji.

Dziś posługujemy się aplikacjami liczącymi kroki. Ponad 40 lat temu nasze kroki liczył instruktor, gdy szliśmy za wolno po materiał wyjściowy.

 

Szkoła życia

Mimo wszystko warsztaty dawały coś niezwykle cennego. Uczyły odpowiedzialności, dokładności i szacunku do pracy. Uczyły również współpracy. Starsi pomagali młodszym, bardziej doświadczeni podpowiadali mniej wprawnym, a koledzy ratowali się nawzajem przed gniewem instruktorów i skutkami własnych błędów.

Czasami, stojąc o świcie przy maszynie, zmęczeni, ubrudzeni olejem i metalowym pyłem, mieliśmy wrażenie, że jesteśmy bohaterami przeboju „Lady Pank”, który właśnie zdobywał popularność - „Zamki na piasku”. Kiedy słuchaliśmy wersów o codziennym rytmie pracy i porannej zmianie, wielu z nas odnajdywało w nich własne doświadczenia. Mieliśmy po szesnaście czy siedemnaście lat, a już poznawaliśmy smak pracy zmianowej, odpowiedzialności i zmęczenia, które wcześniej znaliśmy tylko z opowieści rodziców.

 

 

Po latach nie pamięta się wszystkich wymiarów wykonanych detali ani typów obrabiarek. Pamięta się za to szum tokarek, iskry spawarek, gorąco kuźni, zapach oleju i chłodziwa, smak świeżego chleba popijanego mlekiem z worka, zapach pasty do mycia rąk i jej grudkowatą teksturę oraz widok instruktora, który z nieomylną dokładnością sprawdzał długość włosów, czystość drelichu i stan przymocowania szkolnej tarczy.

Warsztaty szkolne były szkołą życia - twardą, czasem surową, czasem wręcz niesprawiedliwą, ale niezwykle skuteczną. Nauczyły nas wielu praktycznych umiejętności technicznych, ale przede wszystkim tego, że własnymi rękami można stworzyć coś trwałego. Za to jestem bardzo wdzięczny. I chyba dlatego, po ponad 40 latach, wspomnienia z warsztatów szkolnych TM-u nadal błyszczą w mojej pamięci. Trochę jak świeżo przeszlifowany kawałek stali…

 

Daniel Lewandowski

cdn.

Poniżej link do moich wcześniejszych publikacji o podobnej tematyce. Zachęcam do kontaktu pod adresem daniel.lewandowski1967@gmail.com :

 

Elbląska Gazeta Internetowa portEl.pl jest patronem medialnym 80-lecia Zespołu Szkół Mechanicznych w Elblągu. Uroczyste obchody odbędą się 2 października, Więcej tutaj. Z tej okazji prezentujemy artykuły dotyczące "Mechanika", jednocześnie zachęcając Czytelników do dzielenia się swoimi historiami związanymi ze szkołą.


Najnowsze artykuły w dziale Szkoły i uczelnie

Artykuły powiązane tematycznie

Zamieszczenie następnej opinii do tego artykułu wymaga zalogowania

W formularzu stwierdzono błędy!

Ok
Dodawanie opinii
Aby zamieścić swoje zdjęcie lub avatar przy opiniach proszę dokonać wpisu do galerii Czytelników.
Dołącz zdjęcie:

Podpis:

Jeśli chcesz mieć unikalny i zastrzeżony podpis
zarejestruj się.
E-mail:(opcjonalnie)
A moim zdaniem...
  • Wspomnienia ożyły. Świetnie napisany tekst. Wielkie dzięki Danielu!
  • Zgadzam sie. Bardzo dobry tekst, ale jednak wbijamy gwóźdź a nie gwoździa. Zdaje mi sie, że te żeberko były znacznie większe. Ale moze każdy robił jakieś inne zeberka
  • Ja najbardziej lubiłem zajęcia na szlifierkach. Tam instruktorem był Pan Jocz. Cały czas zajęty swoimi sprawami. Nastawialiśmy na wymiar szlifowanie wpustów i był spokój. Pamiętam też straszny wypadek jaki się wydarzył na warsztatach wskutek głupich wygłupów z pilnikiem.
  • Był na warsztatach taki jeden szczególnie antypatyczny typ. Miał jakieś sadystyczne skłonności. Musztrował nas i upokarzał. Podziękowałbym mu za to ja bym go spotkał i poznał.
Reklama