Dlaczego Antoni Czyżyk przegrał?
Bo większość tych, którzy w niedzielę poszli do wyborów, zagłosowała na Władysława Mańkuta - to dość oczywista odpowiedź. Ale dlaczego?
Przyznaję, Antoni Czyżyk jest moim dość bliskim kolegą od kilkunastu lat i to jemu życzyłem zwycięstwa w niedzielnych wyborach uzupełniających do Senatu. Wygrał Władysław Mańkut, więc to jemu gratuluję zwycięstwa. Nie chcę się tutaj wdawać w dyskusje, który z nich byłby lepszym senatorem - myślę, że byli mniej więcej równorzędnymi kandydatami. Rozstrzygnęli wyborcy, a raczej ta bardzo niewielka garstka, która w niedzielę poszła do lokali wyborczych. Ale nie będzie też o frekwencji ani o zniechęceniu społeczeństwa do polityki.
Wynik niedzielnych wyborów nasuwa mi dwie refleksje, czy też może pytania. Pierwsze wiąże się z wizytą w jednym z jesiennych Salonów „Polityki” w Bibliotece Elbląskiej Janiny Paradowskiej, publicystki tej gazety. Powiedziała wtedy (przywołuję z pamięci), że słabość polskiej klasy politycznej wynika w dużej mierze z faktu, że jest ona zamknięta na nowe osoby „z terenu”, w zasadzie niezmienna od dobrych kilkunastu lat. Politycy, którzy są już „na szczytach” w swoich ugrupowaniach, zazdrośnie strzegą swych pozycji, nie dopuszczając „nowych”. Według niej, to partyjne „góry” są głównym strażnikiem status quo.
A wyborcy? Może także oni, choć raczej nie lubią obecnych polityków (pokazują to sondaże), dbają o to, by to grono było raczej niezmienne.
Władysław Mańkut i Antoni Czyżyk, oprócz oczywistych różnic (ugrupowania), są świetnym przykładem do takich rozważań. Pierwszy z nich to niemal od niepamiętnych czasów polityk, znaczący funkcjonariusz SLD - jako wojewoda, senator czy radny sejmiku wojewódzkiego. „Stara, znajoma twarz” w polityce, przynajmniej tej regionalnej. Drugi do polityki dopiero wchodzi. Wybrano „starego”.
Zgadzam się z Janiną Paradowską, że wymiana kadr w polskiej polityce jest niezbędna, żeby straciła ona swe nieco karykaturalne oblicze. Co jednak trzeba zrobić, żeby „spoza” polityki do niej wejść?
Antoni Czyżyk miał prawie wszystko: poparcie dwóch najpotężniejszych partii politycznych (przewodzą we wszystkich sondażach), do tego największego związku zawodowego; popularność; odniósł wiele sukcesów poza polityką, był faworytem w tych wyborach… i senatorem nie został. Wyborcy woleli „starego” znajomego w tym światku.
Czy jakikolwiek kandydat ma zatem szanse wygrać w wyborach z funkcjonariuszem partyjnym? I nie mam tu na myśli tylko SLD - funkcjonariuszami partyjnymi nazywam liderów wszystkich ugrupowań, od SLD po Samoobronę i LPR. Czy podświadome przekonanie, że polityką winni się zajmować jedynie funkcjonariusze partyjni, a nie „zwykli” ludzie, nie jest jeszcze jednym, złym dziedzictwem PRL-u?
Powie ktoś, że w dojrzałych demokracjach polityką zajmują się właśnie politycy. Tak, ale tamte demokracje tworzyły się przez dziesięciolecia, a nawet dłużej. I tam klasa polityczna również miała czas, by dojrzeć. U nas polityka ma ciągle twarz kapryśnego dziecka i jeśli już teraz zatrzymamy jej dojrzewanie, na długie lata pozostanie infantylna.
Druga refleksja przyszła po lekturze dzisiejszej „Gazety Wyborczej”, w której wynik wyborów komentuje Krzysztof Lisek poseł PO z okręgu elbląskiego. - Za kosztowny błąd pani Gelert przyszło nam teraz zapłacić porażką - mówi poseł „Gazecie”. Przypomnę: Elżbieta Gelert wystartowała w listopadowych wyborach do elbląskiej Rady Miejskiej, by przyciągnąć do listy PO jak najwięcej głosów. Nie wiedziała, że zdobywając mandat w samorządzie, automatycznie straci funkcję senatora.
Ten błąd jest z pewnością najdotkliwszy dla niej samej, ale nie jest wyłącznie jej błędem, choć szybko został spersonifikowany. Jest błędem funkcjonariuszy Platformy Obywatelskiej - zawodowych polityków. Pojedynczy poseł lub senator może czegoś nie wiedzieć, ale po to istnieje aparat partyjny, żeby wiedzieć i w porę wyperswadować mu niewłaściwe posunięcia.
Warmińsko-Mazurskiej Platformie Elżbieta Gelert trafiła się jak ślepej kurze ziarno. Popełniła błąd, więc jest oczywiste, dlaczego kandydat PO przegrał z kandydatem SLD. Za trzy lata, gdy Platforma przegra kolejne wybory, pod ręką będzie wciąż pani Gelert.
Myślę, że porażka Antoniego Czyżyka pokazała przede wszystkim (nie odbierając zasług Władysławowi Mańkutowi) żenującą nieudolność regionalnych struktur Platformy Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości, a więc także ich słabość. Gdy ma się w sondażach - łącznie PO i PiS - pięciokrotnie większe poparcie niż konkurent, wybory trzeba wygrywać. Przecież po to powstają partie. A równie komfortowa sytuacja nieprędko może się powtórzyć.
Jeszcze raz gratuluję Władysławowi Mańkutowi zwycięstwa. Jednak zawsze, gdy stanie przede mną wybór między funkcjonariuszem partyjnym a człowiekiem spoza polityki, będę głosował na tego drugiego - dla dobra polityki.
Wynik niedzielnych wyborów nasuwa mi dwie refleksje, czy też może pytania. Pierwsze wiąże się z wizytą w jednym z jesiennych Salonów „Polityki” w Bibliotece Elbląskiej Janiny Paradowskiej, publicystki tej gazety. Powiedziała wtedy (przywołuję z pamięci), że słabość polskiej klasy politycznej wynika w dużej mierze z faktu, że jest ona zamknięta na nowe osoby „z terenu”, w zasadzie niezmienna od dobrych kilkunastu lat. Politycy, którzy są już „na szczytach” w swoich ugrupowaniach, zazdrośnie strzegą swych pozycji, nie dopuszczając „nowych”. Według niej, to partyjne „góry” są głównym strażnikiem status quo.
A wyborcy? Może także oni, choć raczej nie lubią obecnych polityków (pokazują to sondaże), dbają o to, by to grono było raczej niezmienne.
Władysław Mańkut i Antoni Czyżyk, oprócz oczywistych różnic (ugrupowania), są świetnym przykładem do takich rozważań. Pierwszy z nich to niemal od niepamiętnych czasów polityk, znaczący funkcjonariusz SLD - jako wojewoda, senator czy radny sejmiku wojewódzkiego. „Stara, znajoma twarz” w polityce, przynajmniej tej regionalnej. Drugi do polityki dopiero wchodzi. Wybrano „starego”.
Zgadzam się z Janiną Paradowską, że wymiana kadr w polskiej polityce jest niezbędna, żeby straciła ona swe nieco karykaturalne oblicze. Co jednak trzeba zrobić, żeby „spoza” polityki do niej wejść?
Antoni Czyżyk miał prawie wszystko: poparcie dwóch najpotężniejszych partii politycznych (przewodzą we wszystkich sondażach), do tego największego związku zawodowego; popularność; odniósł wiele sukcesów poza polityką, był faworytem w tych wyborach… i senatorem nie został. Wyborcy woleli „starego” znajomego w tym światku.
Czy jakikolwiek kandydat ma zatem szanse wygrać w wyborach z funkcjonariuszem partyjnym? I nie mam tu na myśli tylko SLD - funkcjonariuszami partyjnymi nazywam liderów wszystkich ugrupowań, od SLD po Samoobronę i LPR. Czy podświadome przekonanie, że polityką winni się zajmować jedynie funkcjonariusze partyjni, a nie „zwykli” ludzie, nie jest jeszcze jednym, złym dziedzictwem PRL-u?
Powie ktoś, że w dojrzałych demokracjach polityką zajmują się właśnie politycy. Tak, ale tamte demokracje tworzyły się przez dziesięciolecia, a nawet dłużej. I tam klasa polityczna również miała czas, by dojrzeć. U nas polityka ma ciągle twarz kapryśnego dziecka i jeśli już teraz zatrzymamy jej dojrzewanie, na długie lata pozostanie infantylna.
Druga refleksja przyszła po lekturze dzisiejszej „Gazety Wyborczej”, w której wynik wyborów komentuje Krzysztof Lisek poseł PO z okręgu elbląskiego. - Za kosztowny błąd pani Gelert przyszło nam teraz zapłacić porażką - mówi poseł „Gazecie”. Przypomnę: Elżbieta Gelert wystartowała w listopadowych wyborach do elbląskiej Rady Miejskiej, by przyciągnąć do listy PO jak najwięcej głosów. Nie wiedziała, że zdobywając mandat w samorządzie, automatycznie straci funkcję senatora.
Ten błąd jest z pewnością najdotkliwszy dla niej samej, ale nie jest wyłącznie jej błędem, choć szybko został spersonifikowany. Jest błędem funkcjonariuszy Platformy Obywatelskiej - zawodowych polityków. Pojedynczy poseł lub senator może czegoś nie wiedzieć, ale po to istnieje aparat partyjny, żeby wiedzieć i w porę wyperswadować mu niewłaściwe posunięcia.
Warmińsko-Mazurskiej Platformie Elżbieta Gelert trafiła się jak ślepej kurze ziarno. Popełniła błąd, więc jest oczywiste, dlaczego kandydat PO przegrał z kandydatem SLD. Za trzy lata, gdy Platforma przegra kolejne wybory, pod ręką będzie wciąż pani Gelert.
Myślę, że porażka Antoniego Czyżyka pokazała przede wszystkim (nie odbierając zasług Władysławowi Mańkutowi) żenującą nieudolność regionalnych struktur Platformy Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości, a więc także ich słabość. Gdy ma się w sondażach - łącznie PO i PiS - pięciokrotnie większe poparcie niż konkurent, wybory trzeba wygrywać. Przecież po to powstają partie. A równie komfortowa sytuacja nieprędko może się powtórzyć.
Jeszcze raz gratuluję Władysławowi Mańkutowi zwycięstwa. Jednak zawsze, gdy stanie przede mną wybór między funkcjonariuszem partyjnym a człowiekiem spoza polityki, będę głosował na tego drugiego - dla dobra polityki.
Piotr Derlukiewicz