Sąsiad: Zadzwoniłem po pogotowie, a żona reanimowała Szymonka

To była cicha sąsiadka. Z jej mieszkania nie słyszałem odgłosów imprez. Nie zauważyłem nic niepokojącego w jej zachowaniu wobec dziecka – twierdzi 25-letni sąsiad Marietty, matki Szymonka. – Widziałem, że przez pewien czas przychodził do niej Tomasz M., którego znałem z czasów treningów bokserskich. Gdy doszło do tragedii jakoś tak od razu pomyślałem, że to jego wina. Media często nagłaśniają sprawy, że konkubent znęca się nad nieswoim dzieckiem.
Przed elbląskim Sądem Okręgowym toczy się proces Tomasza M. oskarżonego o pobicie ze skutkiem śmiertelnym półtorarocznego Szymonka, synka konkubiny. Mężczyzna utrzymuje, że to był wypadek, że nie uderzył a przewrócił się na dziecko. Dziś (21 stycznia) zeznawał sąsiad Marietty, który mieszkał z nią drzwi w drzwi w 2008 roku.
- Słabo pamiętam tamte wydarzenia – mówił 25-latek. – Marietta pukała do naszych drzwi i krzyczała, że dziecko przestało oddychać. Zadzwoniłem po pogotowie, a moja żona wraz z sąsiadką poszły do mieszkania Marietty. Tam robiły dziecku sztuczne oddychanie i masaż serca. To było rano, gdzieś między godziną 10 a 11. Ja nie wchodziłem do tamtego mieszkania. Przyjechało pogotowie, potem policja. Po godzinie moja żona wróciła. Mówiła o reanimacji i o tym, że w mieszkaniu był oskarżony, Marietta i sąsiadka. Mówiła, że Marietta była w histerii, a oskarżony płakał. Mówiła też, że dziecko było sine, ale nie zauważyła, by miało jakieś widoczne obrażenia zewnętrzne. Nigdy nie rozmawiałem z Mariettą ani z oskarżonym o tej tragedii.
Świadek przyznał, że Mariettę poznał trzy lata przed tragedią (29 grudnia 2008 r.), kiedy wprowadził się do tego bloku. Natomiast z oskarżonym Tomaszem M. poznali się podczas treningów bokserskich osiem lat wcześniej. Widział, że przychodzi on do sąsiadki, ale nie rozmawiali. Z Mariettą też byli (sąsiad i jego żona) na „cześć”.
W swoich wcześniejszych zeznaniach sąsiad Marietty mówił, że rankiem 29 grudnia 2008 r., gdy kobieta podniosła alarm na klatce schodowej, w jej mieszkaniu Tomasz M. chodził i palił papierosa. Gdy lekarka pogotowia ratunkowego stwierdziła zgon Szymonka, Marietta krzyczała, że to nieprawda, wpadła w histerię. – Od razu zacząłem podejrzewać Tomka. To przez informacje często podawane w mediach o tym, że konkubent bije nieswoje dziecko. Nie brałem pod uwagę choroby, ani nie podejrzewałem matki, bo te nie robią krzywdy swoim dzieciom – tak świadek zeznawał w marcu 2009 r. – Wcześniej nie widziałem dziwnego zachowania Marietty czy Tomka wobec Szymonka. Ją widywałem z dzieckiem na spacerze, wiedziałem, że wychowuje je sama.
Dziś wysłuchana została także fryzjerka, do której na strzyżenie chciał zapisać się Tomasz M (29 grudnia 2008 r.). Matka oskarżonego skorzystała z prawa odmowy składania zeznań. Sąd w obecności biegłych przesłuchał natomiast Mariettę, matkę Szymonka (była to kontynuacja z poprzedniej rozprawy).
- Słabo pamiętam tamte wydarzenia – mówił 25-latek. – Marietta pukała do naszych drzwi i krzyczała, że dziecko przestało oddychać. Zadzwoniłem po pogotowie, a moja żona wraz z sąsiadką poszły do mieszkania Marietty. Tam robiły dziecku sztuczne oddychanie i masaż serca. To było rano, gdzieś między godziną 10 a 11. Ja nie wchodziłem do tamtego mieszkania. Przyjechało pogotowie, potem policja. Po godzinie moja żona wróciła. Mówiła o reanimacji i o tym, że w mieszkaniu był oskarżony, Marietta i sąsiadka. Mówiła, że Marietta była w histerii, a oskarżony płakał. Mówiła też, że dziecko było sine, ale nie zauważyła, by miało jakieś widoczne obrażenia zewnętrzne. Nigdy nie rozmawiałem z Mariettą ani z oskarżonym o tej tragedii.
Świadek przyznał, że Mariettę poznał trzy lata przed tragedią (29 grudnia 2008 r.), kiedy wprowadził się do tego bloku. Natomiast z oskarżonym Tomaszem M. poznali się podczas treningów bokserskich osiem lat wcześniej. Widział, że przychodzi on do sąsiadki, ale nie rozmawiali. Z Mariettą też byli (sąsiad i jego żona) na „cześć”.
W swoich wcześniejszych zeznaniach sąsiad Marietty mówił, że rankiem 29 grudnia 2008 r., gdy kobieta podniosła alarm na klatce schodowej, w jej mieszkaniu Tomasz M. chodził i palił papierosa. Gdy lekarka pogotowia ratunkowego stwierdziła zgon Szymonka, Marietta krzyczała, że to nieprawda, wpadła w histerię. – Od razu zacząłem podejrzewać Tomka. To przez informacje często podawane w mediach o tym, że konkubent bije nieswoje dziecko. Nie brałem pod uwagę choroby, ani nie podejrzewałem matki, bo te nie robią krzywdy swoim dzieciom – tak świadek zeznawał w marcu 2009 r. – Wcześniej nie widziałem dziwnego zachowania Marietty czy Tomka wobec Szymonka. Ją widywałem z dzieckiem na spacerze, wiedziałem, że wychowuje je sama.
Dziś wysłuchana została także fryzjerka, do której na strzyżenie chciał zapisać się Tomasz M (29 grudnia 2008 r.). Matka oskarżonego skorzystała z prawa odmowy składania zeznań. Sąd w obecności biegłych przesłuchał natomiast Mariettę, matkę Szymonka (była to kontynuacja z poprzedniej rozprawy).
A