UWAGA!

Damian Jędrzejewicz: Nie myślałem o kulturystyce

 Elbląg, Damian Jędrzejewicz, elbląski kulturysta i koszykarz
Damian Jędrzejewicz, elbląski kulturysta i koszykarz (fot. prywatne D. Jędrzejewicza)

- W kulturystyce naturalnej, w której ja startuję, obowiązuje zakaz zażywania niedozwolonych środków dopingujących: steroidów anaboliczno-androgennych, hormonów wzrostu, insuliny czy diuretyków. Należy stosować się do listy międzynarodowej organizacji - WADA. Mięśnie nie rosną „na pstryk”, potrzeba wielu lat ciężkiej pracy a rozmiary jakie osiągają kulturyści ekstremalni są nie do osiągnięcia - mówi Damian Jędrzejewicz. Z byłym koszykarzem i obecnym kulturystą rozmawiamy o jego sportowej drodze.

– Zaczęło się w elbląskiej Szkole Podstawowej nr 11, kiedy wypatrzyli Pana trenerzy koszykówki.

– Na początku trafiłem pod skrzydła Tomasza Szuszkiewicza. Dość szybko, chyba po roku naszą klasę przejęła Dorota Gościńska. Muszę też wspomnieć o dyrektorze szkoły Bogusławie Miluszu, który pod koniec szkoły podstawowej zachęcał mnie do popołudniowych treningów z rok starszymi kolegami. W ten sposób miałem okazję trenować m.in. z Przemkiem Zamojskim. Początki nie były zachęcające, w tym wieku rok różnicy to jest jednak sporo. Ale z czasem... robiłem postępy i już w gimnazjum regularnie trenowałem ze starszą grupą. Reprezentowaliśmy Elbląg na arenie wojewódzkiej, grałem też w kadrze województwa. Albo były zgrupowania, albo nasze mecze ligowe. Tak to wyglądało przez kilkanaście lat.

 

– Swoją przyszłość wiązał Pan wtedy z koszykówką.

– Moim marzeniem było zostać zawodowym koszykarzem takim jak zostali Przemek Zamojski, Mateusz Kostrzewski, Krzysiek Krajniewski. Z tym wiązałem swoją sportową przyszłość. Był taki moment, kiedy wydawać by się mogło, że spełnię marzenia. W klasie maturalnej trafiłem do Basketu Kwidzyn. I już w kwidzyńskim liceum zdawałem maturę. Zabrakło trochę szczęścia i chyba talentu. Byłem pracowity, trenowałem ciężko, ale chyba tak miało być, że ten wyższy poziom nie był mi pisany.

 

– Ale przez parę zespołów koszykarskich Pan się przewinął. Elblążanie najbardziej pamiętają występy w Truso Elbląg.

– W pewnym momencie wróciłem do Elbląga, żeby w moim rodzinnym mieście powalczyć o II ligę. Drużyna dopiero powstawała, przekonywałem kolegów, żebyśmy razem się zebrali. Byłem przekonany, że jesteśmy w stanie dobrze grać na poziomie II ligi. Była to fajna paczka, mieliśmy swoje wzloty i upadki. Też miałem przerwę związaną postępującą frustracją na to, jak to wszystko funkcjonuje. Zaczynał mnie irytować fakt, że przebieg wydarzeń na boisku nie zależy tylko ode mnie. Delikatnie rzecz ujmując: nie każdy miał takie samo podejście do treningu czy odpoczynku. Trochę to była ściana nie do przejścia. Nie mówię, że byliśmy najlepsi, wręcz przeciwnie, wiele zespołów było lepszych. Ale czasami można z nimi wygrać np. lepszą dyspozycją dnia. Decydowały różnice w podejściu do przygotowania się do meczu. To nie o to chodzi, że teraz używam gorzkich słów pod adresem kolegów, wielu z nich zostawiało serducho na boisku. Ale to też dawało mi do myślenia.

 

– Pamiętam ostatni sezon Truso pod względem sportowym zakończony awansem do II ligi. Z powodów pozasportowych drużyna przestała istnieć.

– Miastu nie do końca chyba zależało na tym, żeby w Elblągu była koszykówka na drugoligowym poziomie. To jeszcze bardziej mnie rozgoryczyło. Wtedy podjąłem ostateczną decyzję, żeby postawić na siebie. Zrobić coś dla siebie, a nie czekać na działania i decyzje ludzi. Awans Truso to tylko jeden z przykładów, kiedy dałem się nabrać, kiedy znowu coś nie zadziałało tak jak powinno. Może gdybyśmy grali w piłkę nożną, to nie trzeba by było tyle czasu czekać. Skończyło się przykro: wywalczyliśmy awans i drużyna seniorów przestała istnieć.

 

– Kiedy zaczęła się „zajawka” na kulturystykę?

– Początki jeszcze w Elblągu. Jeden kolega miał siłownię w piwnicy, drugi w garażu. Tam zaczynałem, początkowo ćwiczenia wykonywaliśmy „bez ładu i składu”. Bardziej liczyło się samo spotkanie niż trening. Dla mnie wówczas kulturystyka była trochę śmieszna: chłopaki, którzy mieli krótki staż na siłowni wyglądali, jakby pod pachą mieli dwa telewizory. Taka forma mi nie odpowiadała. Gdy trafiłem na siłownię jako młody chłopak mogłem podziwiać elbląskich kulturystów takich jak Mariusz Strzeliński, Grzegorz Wierzbicki, czy Stanisław Sobczyk. Przy okazji dziękuję tym Panom za inspirację do pracy nad własną osobą. W Kwidzynie, kiedy trafiłem do Basketu, mieliśmy jako koszykarze treningi na siłowni. Do tej samej siłowni przychodzili strongmani i wtedy zaczęło mi się to bardziej podobać, wzbudziło zainteresowanie. Wtedy jeszcze koszykówka była całym moim życiem. Rok 2013, 2014, mniej więcej w tym czasie zdecydowałem się zaangażować bardziej.

 

– A kiedy Pan stwierdził, że to może być coś więcej niż tylko trening na siłowni. Kiedy już można się pokazać szerszej publiczności?

– Wtedy, w 2013 r. Nie myślałem wtedy o kulturystyce, bardziej interesował mnie fitness m.in. kategoria „męska sylwetka”. Chłopaki wychodzą w krótkich spodenkach i jest oceniana górna część ciała. Pierwszy raz wystąpiłem w Kielcach na mistrzostwach Polski organizowanych przez Polski Związek Kulturystyki i Fitness. Było daleko poza finałem – zająłem 15. miejsce na 18 startujących. Był to jakiś wstrząs – do takich porażek nie byłem przyzwyczajony, koszykówka nauczyła mnie wygrywać. Nie zniechęciłem się, stwierdziłem, że spróbuje dalej. Problem był z dopingiem, musiałem znaleźć federację, w której zawodnicy są testowani, która faktycznie walczyła z dopingiem promując tym samym kulturystkę naturalną. Minęło kilka lat, znalazłem federację PNBA/INBA oraz ICN. W 2018 r. na Międzynarodowych Mistrzostwach Rumunii wygrałem swoją kategorię w kulturystyce powyżej 180 cm wzrostu. To mi dało motywację, żeby iść dalej i spróbować coś więcej. Zobaczyłem, że kulturystyka naturalna jest inna niż ekstremalna: trudniejsza, dużo trudniej o rezultaty, na które trzeba czekać wiele lat... ale potrafi być równie satysfakcjonująca.

 

– Czym się różnią oba rodzaje kulturystyki?

– W kulturystyce naturalnej, w której ja startuję, obowiązuje zakaz zażywania niedozwolonych środków dopingujących: steroidów anaboliczno-androgennych, hormonów wzrostu, insuliny czy diuretyków. Należy stosować się do listy międzynarodowej organizacji - WADA. Mięśnie nie rosną „na pstryk”, potrzeba wielu lat ciężkiej pracy, a rozmiary, jakie osiągają kulturyści ekstremalni są nie do osiągnięcia. Im więcej ma człowiek stażu, tym jest trudniej, gdyż organizm jest zaadoptowany do pewnego rodzaju wysiłku, treningu. Żeby go po raz kolejny „zszokować”, dać kolejny bodziec do rozwoju mięśni, trzeba się wiele natrudzić.

 

– To, że wcześniej trenował Pan koszykówkę, pomogło?

– Oczywiście. Przede wszystkim koszykówka rozwinęła dolne części ciała. Są takie partie, które można mieć predysponowane genetycznie: jeden ma plecy, drugi łydki, trzeci uda czy pośladki. Sam fakt biegania sprintów na koszykarskim parkiecie spowodował prawidłowy rozwój nóg i nigdy nie były jakąś moją oporną partią. Wręcz przeciwnie: były z tych mocniejszych i tak pozostaje do dziś.

 

– Na czym polegają takie zawody?

– Najpierw trzeba wybrać zawody, w których chcemy wziąć udział. I potem zaczynamy przygotowania. Zakładamy, że już zakończyliśmy etap budowania masy mięśniowej, więc rozpoczynamy redukcję. Najpierw odtłuszczenie na maksa, do skrajnego poziomu odtłuszczenia. Później jeszcze odwodnienie, załadowanie mięśni glikogenem i można wychodzić. Z reguły trwa to minimum 10 tygodni, a czasami nawet 4 do 7 miesięcy. Wszystko też zależy od stanu wyjściowego sylwetki i poziomu tkanki tłuszczowej. Wiadomo, im jej więcej tym redukcja będzie dłużej trwała i bardziej męcząca. Będą występować części ciała gotowe do występu, a obok będzie oporny tłuszczyk do zredukowania. Wtedy znów trzeba obcinać kalorie bądź zwiększać intensywność treningów aerobowych, żeby tę tkankę tłuszczową dopalić. Średnio startuję co dwa lata. W tym roku zaliczyłem cztery starty, zarówno na mistrzostwach świata jak i Europy wystartowałem w dwóch kategoriach.

 

– I przez te kilka miesięcy jest Pan na diecie?

– To nie tak do końca. Przez cały rok funkcjonuję w trybie, który większość ludzi określa jako „bycie na diecie”. Tylko dla mnie nie jest to dieta, tylko styl odżywiania. Zmieniłem nawyki żywieniowe i tylko od czasu do czasu pozwalam sobie na jakieś rzeczy spoza swojej „listy”. Jest też grupa produktów, z których korzystam w czasie, kiedy nie startuję, buduję masę mięśniową. W okresie startu gros produktów się zawęża, co ma na celu wyeliminowanie błędów w przygotowaniu sylwetki na scenę.

 

– Na początku listopada zdobył Pan mistrzostwo i wicemistrzostwo Europy. Co to oznacza dla rozwoju kariery?

– W kategorii classic physique open zdobyłem złoto, w kategorii bodybuilding open byłem drugi, minimalnie ustępując zwycięzcy. Mistrzostwo Europy wiążę się z uzyskaniem karty pro, co umożliwi mi starty w zawodach wyższej rangi. To też duża motywacja. Kiedyś nie spodziewałem się, że zrobię „kratę na brzuchu”, potem pewną niespodzianką dla mnie był start na zawodach. Kiedy już wystartowałem, to nie przewidywałem, że trafię na jakiekolwiek zawody międzynarodowe, i że stanę na podium. Kiedy już wygrałem zawody międzynarodowe, to zacząłem marzyć o starcie na mistrzostwach Europy lub świata, które są premiowane kartą profesjonalisty. Ziściło się w tym roku. Przygotowania były bardzo trudne, musiałem wspiąć się na swoje wyżyny. Było dużo ciężej niż w 2018 r., ale jak widać się opłaciło. Tydzień przed mistrzostwami Europy startowałem na mistrzostwach świata. I przez te kilka dni na tyle poprawiłem swoja sylwetkę, że wywalczyłem dwa medale. Aby to osiągnąć, musiałem bardzo pracować nad psychiką, do tego mogłem liczyć na pomoc ze strony kolegi i również zawodnika – Pawła Trukawki, to on pomógł mi wytrwać w reżimie oraz popchnął mnie na wyższy poziom.

 

– Co daje karta profesjonalisty w kulturystyce naturalnej?

– Mogę wejść na wyższy poziom kulturystyki naturalnej. W federacjach kulturystyki zaczyna się od amatora i status profesjonalisty trzeb wywalczyć. Jako profesjonalista mam szansę walczyć z innymi mistrzami Europy i świata z lat poprzednich. To już zdecydowanie wyższy poziom zawodów. To mniej więcej tak jakbym z I ligi awansował do ekstraklasy.

 

– Plany na przyszłość?

– Więcej czasu dla rodziny, a jako trener – chcę jak do tej pory - poszerzać horyzonty z zakresu żywienia, treningu i suplementacji. Jako zawodnik chciałbym poprawić mankamenty sylwetki. Ten sport powoduje, że człowiek cały czas widzi wady niż zalety. Najlepiej by poprawił wszystko, ale tak to nie działa. Na tę chwilę skupiam się na poprawie słabych punktów sylwetki. Zobaczymy, jak to się zmieni na przestrzeni roku, jak sylwetka się poprawiła. Jeżeli uznam, że jest poprawa danych elementów, to spróbuję powalczyć w lidze pro. Natomiast jeżeli stwierdzę, że jeszcze nie jestem gotowy, to wydłużę okres przygotowań nawet do dwóch lat. Na zawodach chcę wyjść z lepszą sylwetką niż ta, którą zaprezentowałem w tym roku. Z taką, która pozwoli mi powalczyć z najlepszymi. Bardzo często jest tak, że debiut w pro kończy się miejscem w okolicach końca stawki. Nie jest tak, że debiutant walczy o strefę medalową. Chciałbym wyjść w jak najlepszej formie, a nie potem zastanawiać się, czy może jednak warto było poczekać.

 

- Dziękuję za rozmowę.

rozmawiał Sebastian Malicki

Najnowsze artykuły w dziale Sport

Artykuły powiązane tematycznie

Zamieszczenie następnej opinii do tego artykułu wymaga zalogowania

W formularzu stwierdzono błędy!

Ok
Dodawanie opinii
Aby zamieścić swoje zdjęcie lub avatar przy opiniach proszę dokonać wpisu do galerii Czytelników.
Uwaga! Opinia zostanie zamieszczona na stronie po zatwierdzeniu przez redakcję.
Dołącz zdjęcie:

Podpis:

Jeśli chcesz mieć unikalny i zastrzeżony podpis
zarejestruj się.
E-mail:(opcjonalnie)
A moim zdaniem...
  • A kulturystyka pod szyldem Polski Związek Kulturystyki, Fitness i Trójboju Siłowego to jest niby nienaturalna ?
  • W SP 11 Elbląg nie tylko koszykarze. .. .. Gratuluję i pozdrawiam.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    1
    0
    100% Elblążanin(2021-12-27)
  • Odtłuszczanie, odwadnianie. .. Lubię sport, ale to o czym mówi ten pan, to ze sportem nie ma nic wspólnego. Prawdziwy sport widać wtedy, kiedy ludzie dla własnej przyjemności i bez jakiegoś szaleństwa bawią się sportem.
Reklama