UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później

Zbigniew Grajkowski: Byłem w czołówce

 
Elbląg, Zbigniew Grajkowski, elbląski trener kajaków
Zbigniew Grajkowski, elbląski trener kajaków (fot. Michał Skroboszewski)

- Pojawił się przypadkiem, bo akurat zamiast do szkoły poszedł na wagary. Był wyższy ode mnie wtedy, miał trzynaście lat. Wymarzone warunki do kajakarstwa - tak Zbigniew Grajkowski, elbląski trener kajakarstwa wspomina pierwsze spotkanie Grzegorzem Kaletą, przyszłym olimpijczykiem z Barcelony i Atlanty. Z trenerem wspominamy jego elbląskie losy.

- Jak zaczęła się Pana przygoda z kajakami?

- Na przystań przyszedłem z kolegą. Warunki miałem, byłem chudy jak scyzoryk. Spróbowałem i tak już zostało. Pływaliśmy wtedy na czymś pośrednim pomiędzy kajakiem turystycznym, a wyczynowym. Mówiliśmy na to „bączki”. Ciężkie to było niemiłosiernie, trzeba było się mocno nawiosłować, żeby mieć jakieś wyniki. Potem Tadeusz Bieliński wziął mnie na „dwójkę”, tam już było lżej i stopniowo piąłem się po kolejnych stopniach wtajemniczenia. Konkurencja była spora – na przystani czekało się na wolny kajak, żeby potrenować. Było więcej kajakarzy niż sprzętu pływającego. Rywalizowaliśmy z Tadziem i efekty tego były, jakie były.

 

- Między innymi medal na Mistrzostwach Polski Juniorów na 10 tys. metrów.

- Na Malcie w Poznaniu. Kilkanaście tych sukcesów było. Rok wcześniej dostałem się do kadry narodowej. Przepustkę dał mi medal w czwórce na 5 tys. metrów na mistrzostwach Polski w Międzybrodziu Bialskim. W wieku 17 lat byłem w czołówce juniorów w Polsce. Brano wtedy po uwagę nie tylko medale na mistrzostwach Polski, ale także wyniki na testach przeprowadzanych w ośrodku w Wałczu. Pierwsza piętnastka kwalifikowała się do reprezentacji.

 

- Karierę sportową trzeba było pogodzić z życiem prywatnym.

- Nie było wówczas tak rozwiniętego systemu stypendiów sportowych. Po skończeniu Technikum Mechanicznego pracowałem w Biurze Konstrukcyjnym Zamechu. Miałem taki „cichy układ” ze zwierzchnikiem, że kilka razy w tygodniu mogłem w czasie godzin pracy iść na trening. Swoją robotę musiałem zrobić. To było chyba najważniejsze z udogodnień, które miałem „z okazji” kariery sportowej. Lepiej mieli wówczas piłkarze Olimpii, którzy mogli liczyć na większe wsparcie. Mam trochę żalu, że trzecioligowi piłkarze byli bardziej doceniani niż zawodnicy reprezentacji Polski, którzy mieli pecha, że uprawiali inną dyscyplinę sportu.

 

- Nic dziwnego, że do wojska powołali Pana do Zawiszy Bydgoszcz.

- Było to swego rodzaju wyróżnienie: Zawisza miał limit sportowców, których mógł powołać. W zasadzie oprócz tego, że musieliśmy chodzić w mundurach, to nie mieliśmy obowiązków stricte żołnierskich. Mieszkaliśmy w koszarach i jedliśmy na stołówce żołnierskiej, ale skupialiśmy się na „normalnej”, jeżeli można tak to nazwać, karierze sportowej. Nawet broni nie mieliśmy. Trafiłem wtedy na dobry okres w Zawiszy, był porządny trener, to były i wyniki. Potem, z różnych przyczyn, nie wróciłem do Elbląga. Chciałem, ale w Elblągu do końca mnie nie chcieli. I pojechałem w Polskę, na początku do Wiskordu Szczecin. W tzw. „międzyczasie” zdążyłem zakończyć karierę zawodniczą w 1973 r. i „przekwalifikować się” na trenera. Miałem wyniki w juniorach w Czarnych Szczecin, ale nie mogłem się dogadać z władzami klubu, co do przyszłości moich zawodników. W wielkim skrócie: nie miałem możliwości kontynuowania pracy seniorskiej z moimi wychowankami, którzy odnosili sukcesy w juniorach.

 

- I jako trener w 1981 r. wrócił Pan do Elbląga.

- W Czarnych pracowałem do 1979 r., potem trafiłem do Stomilu Olsztyn, gdzie przepracowałem rok. Wówczas zaczęto mnie namawiać do powrotu do Elbląga. Obiecano m.in. adaptację przystani przy ul. Radomskiej. Tym mnie skusili. Jak dziś widać słowa dotrzymano. Młodzież w Elblągu była chętna i zaczęły się wyniki.

  Elbląg, Zbigniew Grajkowski i Grzegorz Kaleta (w kajaku) na przystani w Elblągu
Zbigniew Grajkowski i Grzegorz Kaleta (w kajaku) na przystani w Elblągu (fot. z książki A. Minkiewicza „Sport w Elblągu 1945-2012” )

 

- I pojawił się Grzegorz Kaleta.

- Pojawił się przypadkiem, bo akurat zamiast do szkoły poszedł na wagary. Był wyższy ode mnie wtedy, miał trzynaście lat. Wymarzone warunki do kajakarstwa. Jeszcze było wtedy dwóch chłopaków z potencjałem. Pomyślałem wtedy, że z taką trójką to za kilka lat będę kosił wszystkie medale w juniorach. Ostał się tylko Grzegorz Kaleta, reszta z różnych względów przestała trenować. W przypadku przyszłego olimpijczyka, to ojciec mu kazał systematycznie uczęszczać na treningi. Od początku widziałem w nim potencjał. Uparty był: na pierwszym obozie, na Kaszubach, trzydzieści razy się wywracał zanim się nauczył pływać na kajaku. I tak się zaczęło.

 

- Mam wrażenie, że nie wykorzystał wszystkich szans na sukces.

- Szkoda gadać. Wówczas w 1988 r., nie było jeszcze Mistrzostw Europy Juniorów, żeby się sprawdzić. Ale Grzegorz pojechał do NRD na silnie obsadzone zawody juniorskie. Wszyscy się dziwili, że się nagle objawił chłopak „znikąd”. I też nic nie zrobiono, żeby mu ułatwić życie. Było parę takich sytuacji, gdzie można było zrobić inaczej. Później, jak był już seniorem, na Pucharze Polskiego Związku Kajakowego zrobiłem taką eksperymentalną dwójkę: Grzegorz Kaleta i Grzegorz Krawców, tez nie za bardzo chciany w reprezentacji. Wtedy w Polsce nie mieliśmy dobrej dwójki. A oni na tych zawodach pokonali wszystkich jak chcieli. Nie mieliśmy wtedy w Polsce dobrej dwójki. Wysłano ich do Szwecji: tam zajęli piąte miejsce. Działacze byli rozczarowani, stwierdzili, że ta osada nie ma przyszłości i się wszystko rozsypało. Ale wówczas żadna inna polska dwójka nie weszła.

 

- Jego nominacja na igrzyska olimpijskie była zaskoczeniem?

- Nie. Miał szansę pojechać już do Seulu w 1988 r. Wtedy był jeszcze juniorem. Wówczas wszyscy olimpijczycy mieli obowiązek startowania na jedynkach na 1000 metrów. Wystartował, w gronie seniorów zajął czwarte miejsce i... mam wrażenie, że jego wynik przerósł niektórych działaczy. Nikt z klubu, z Wojewódzkiej Federacji Sportu nie chciał, albo nie mógł zadzwonić do Polskiego Komitetu Olimpijskiego, żeby jakoś poprzeć Grzegorza. W końcu sam zadzwoniłem, niestety nie udało się wykorzystać szansy. O to też mam żal, Grzegorz już w wieku 18 lat mógł pojechać na igrzyska. Nie mieliśmy wtedy obstawionej jedynki na 1000 metrów. Pewnie medalu by nie zdobył, sukcesem byłby półfinał. Ale obycie na tak dużej imprezie dałoby efekty w przyszłości. Ostatecznie pojechał tylko do Barcelony i Atlanty. Z wyjazdu na igrzyska w Sydney też go „wykolegowano” w nie do końca jasnych okolicznościach.

 

- Z Elbląga odszedł pan w trudnych latach dziewięćdziesiątych.

- W 1994 r. dostałem propozycję z Olsztyna, żeby tam zorganizować w klasę sportową o profilu kajakarskim. W Elblągu zaczęło brakować pieniędzy. To co było, szło głównie na piłkarzy Polonii. A kajaki były z boku. Poszedłem do Olsztyna, zorganizowałem klasy sportowe. Też przyszły wyniki. Kiedy przedłużono wiek emerytalny dla nauczycieli do 65 roku życia, zdecydowałem się skorzystać z możliwości przejścia na emeryturę jeszcze na przejściowych zasadach. I od tego czasu jestem tylko kibicem.

 

- Dziękuję za rozmowę.

rozmawiał Sebastian Malicki
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
A moim zdaniem...
Reklama