UWAGA!

----

Środy w EZNS-ach, czyli szkoła życia przy ulicy Dojazdowej (I ja byłem uczeniem Technikum Mechanicznego, odc. 3)

 Elbląg, Tak zapamiętałem fasadę biurowca Elbląskich Zakładów Napraw Samochodowych widzianych od ul. Rybnej. Połowa lat 80. XX w. Grafikę przygotowałem na bazie współczesnych zdjęć z wykorzystaniem sztucznej inteligencji.
Tak zapamiętałem fasadę biurowca Elbląskich Zakładów Napraw Samochodowych widzianych od ul. Rybnej. Połowa lat 80. XX w. Grafikę przygotowałem na bazie współczesnych zdjęć z wykorzystaniem sztucznej inteligencji.

W poprzednim odcinku opisałem warsztaty szkolne Technikum Mechanicznego (TM), na które uczęszczali wszyscy uczniowie klas I i II. W klasie III odbywaliśmy co tydzień jednodniowe praktyki profilowane. Dla takich jak ja - uczniów klasy samochodowej - oznaczało to pracę w każdą środę w Elbląskich Zakładach Napraw Samochodowych (EZNS) przy ulicy Dojazdowej 12-16. To tam poznaliśmy dosłownie od podszewki budowę i proces remontu najbardziej wówczas popularnego, a może nawet kultowego autobusu Autosan H9. Dziś już nie ma EZNS-ów, ale w pamięci pozostały wspomnienia tamtych niezwykłych doświadczeń. Oraz szczególna sympatia i sentyment do Autosanów H9... Oto moja utrzymana w tonie „pół żartem – pół serio” opowieść. Zilustrowałem ją obrazami odtworzonymi z pamięci i przy użyciu sztucznej inteligencji. Jest to przy okazji pierwsza tego typu relacja na temat tego nieistniejącego już przedsiębiorstwa. Nikt wcześniej nie opisywał, jak się tam pracowało… - pisze Daniel Lewandowski w kolejnym odcinku cyklu z okazji przypadającego w tym roku 80-lecia Zespołu Szkół Mechanicznych.

Już od rana w każdą środę człowiek wiedział, że czeka go coś innego niż kartkówka czy odpowiedź przy tablicy. W EZNS-ach nie oceniano nas za staranne prowadzenie zeszytu. Tam oceniano przede wszystkim wytrzymałość, zaradność, zręczność i odporność na zapachy, których nie przewidzieli nawet twórcy masek przeciwgazowych.

 

Ubrania robocze

Wydarzeniem otwierającym praktyki w EZNS-ach było pobranie odzieży roboczej. Słowo „odzież” jest tu użyte bardzo uprzejmie. Były to zielone drelichy - wyprane w sodzie kaustycznej, szorstkie jak papier ścierny i wielokrotnie naprawiane. Niektóre miały więcej łat niż oryginalny materiał. Człowiek zastanawiał się czasem, czy nie ogląda eksponatu muzealnego.

Dobór rozmiarów był osobliwy. Jeżeli potrzebowałeś rozmiaru 48 - otrzymywałeś 56. Jeżeli nosiłeś 54 - dostawałeś 46. System był prosty: bierzesz, co jest. Jedni wyglądali jak dzieci przebrane za rodziców, inni jak kiełbasa w zbyt ciasnej osłonce. Podwijaliśmy nogawki i rękawy, w pasie wiązaliśmy się sznurkiem. Modą nikt się nie przejmował. Najważniejsze było to, żeby drelich nie spadł podczas schylania się …. po klucz płaski.

Od tego momentu za stan tych ubrań roboczych odpowiadaliśmy my. Należało je utrzymywać w czystości, choć już po godzinie pracy wyglądały tak, jakby właśnie wróciły z wykopalisk archeologicznych.

 

Szlakiem wydziałów.

Program praktyk przewidywał pracę na każdym wydziale zakładu celem zapoznania się z technologią remontu autobusów. Była to więc w istocie wędrówka przez kolejne etapy procesu remontowego.

Autobusy przyjeżdżały do elbląskich EZNS-ów jako zmęczeni życiem weterani polskich dróg. Po kilku latach morderczej eksploatacji były rozbierane niemal do ostatniej śrubki, by – po regeneracji lub wymianie części oraz naprawie nadwozia - powstać na nowo.

Zakład robił ogromne wrażenie. Większość wydziałów ulokowanych było w starych fabrycznych halach pamiętających jeszcze czasy Franza Komnicka. Zimą było w nich zimno, a latem gorąco. Powietrze było ciężkie od dymu, pyłu i zapachu oleju. Młodemu człowiekowi mogło się wydawać, że znalazł się w czeluściach piekła. Z jednej strony płonęły palniki, z drugiej syczało sprężone powietrze. Gdzieś w oddali dudniła suwnica. Co chwilę rozlegał się metaliczny huk spadającego elementu. Praca była ciężka i bardzo fizyczna. Niekiedy trafialiśmy nawet do prac wykonywanych przy linii remontowej. Każdy miał swoje zadanie i trzeba było nadążać za rytmem pracy. Nikt specjalnie nie zastanawiał się, czy uczeń jest zmęczony. Autobus musiał przejść remont, a plan produkcyjny musiał się zgadzać.

 

Pierwszy przystanek – demontaż

Tu naszym zadaniem było zdemontować z autobusów dosłownie wszystko. Siedzenia, lampy, instalację elektryczną, poręcze, drzwi, silnik, most napędowy, koła, szyby. Tutaj wszystko trafiało pod klucz, młotek, przecinak. Śruby stawiały opór godny bohaterów narodowych. Niektórych nikt nie ruszał od momentu montażu. To, czego nie dało się odkręcić... i tak nie miało większych szans. Do akcji bowiem wkraczał palnik acetylenowy. Płomień syczał. Iskry leciały na wszystkie strony. Po chwili najbardziej oporna śruba musiała ustąpić. Była to argumentacja, z którą trudno było polemizować. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że było to rozwiązanie ostateczne. Wtedy było po prostu najszybsze.

 

Tarzan z Autosana

Po kilku godzinach z autobusu zostawał właściwie tylko szkielet. Patrzyłem na to z mieszanymi uczuciami. Przecież jeszcze niedawno woził ludzi do pracy, na wakacje i do babci na święta.

Najbardziej jednak zapamiętałem demontaż szyb bocznych. Do dziś trudno uwierzyć, że naprawdę robiło się to w taki sposób. Metoda nazywała się... „na Tarzana”. I nazwa była wyjątkowo trafna. Trzeba było chwycić obiema rękami podsufitowe uchwyty. Oderwać nogi od podłogi. Rozhuśtać się. A potem... z wyczuciem, ale zdecydowanie kopnąć piętą w dowolny narożnik bocznej szyby. Kopnięcie musiało być ostrożne, co nie oznacza - delikatne. Tylko takie gwarantowało kontrolowane wypchnięcie szyby z gumowej uszczelki. Z drugiej strony musiał stać ktoś, kto asekurował szybę przed niespodziewanym wypadnięciem. Pamiętam, że nie każda szyba wytrzymywała takie spotkanie z obuwiem roboczym. Zdarzały się wypadki, kiedy szyba wypadała i rozbijała się z hukiem. Szkło rozsypywało się na tysiące kawałków...

 

 

Silnik na haku

Najgorzej wspominam demontaż silników. Wyobraźcie sobie sześciocylindrowy silnik Leylanda, wiszący majestatycznie na haku. Nasze zadanie było proste. Przynajmniej w teorii. Podejść do silnika. Odkręcić wskazane śruby kluczem pneumatycznym. W praktyce wyglądało to mniej więcej tak, jakby człowiek próbował rozbroić czołg przy pomocy hałaśliwego młotka. Klucz pneumatyczny wył jak startujący samolot. Śruby trzymały się z godnością spiżowego pomnika. A silnik wisiał i zdawał się mówić: – No dalej, młody. Pokaż, co potrafisz.

 

Wydział zawieszeń i elementów jezdnych

Resory, osie, piasty i elementy układu jezdnego ważyły tyle, że po kilku godzinach ręce stawały się dłuższe o dobre kilka centymetrów. Człowiek wracał do domu z poczuciem, że właśnie trenował do zawodów strongmanów.

 

Wydział remontu nadwozi i malarnia

Zapach spalenizny, iskry, stukot młotków blacharskich i wszechobecny pył tworzyły atmosferę przypominającą plan filmu o końcu świata. Zardzewiałe elementy wycinano i zastępowano nowymi. Wszędzie słychać było zgrzyt szlifierek i huk uderzeń. Tak wyremontowane nadwodzia trafiały do malarni.

 

Remont silników i Herkules z EZNS-ów

Silniki leżały rozebrane na części pierwsze niczym gigantyczne mechaniczne puzzle. Wały korbowe, tłoki, tuleje cylindrowe – wszystko miało swoją kolejność i swoje miejsce. Tam po raz pierwszy człowiek uświadamiał sobie, że autobus to nie tylko kierownica i siedzenia, ale setki elementów, które muszą współpracować z dokładnością zegarka.

Na tej hali spotkałem kogoś, kto podważył moje wyobrażenie o ludzkiej sile. Wał korbowy do silnika 6-cylindrowego klasy Leyland o wadze ponad 120 kg był dla nas poważnym przeciwnikiem. Zwykle nosiliśmy go we czterech. Chwytaliśmy go z napięciem, podnosiliśmy z wysiłkiem, nieśliśmy powoli i ostrożnie. Z miną ludzi, którzy właśnie transportują część do lokomotywy. A potem pojawiał się on - Herkules z EZNS-ów. Człowiek legenda. Człowiek, który najwyraźniej pomylił zakład pracy z treningiem siłowym „farmer's walk”. Podnosił wał korbowy, wkładał go w zgięcia do góry uniesionych ramion i szedł. Tak jakby niósł przed sobą torbę z ziemniakami na targowisku. Patrzyliśmy na niego z niedowierzaniem. On nawet specjalnie nie zwalniał. Dzisiaj byłby bohaterem Internetu. Powstawałyby memy, filmiki i motywacyjne rolki.

 

 

Wydział elektryczny, czyli jedyne miejsce w EZNS-ie bez napięcia

Po praktykach na demontażu silników wydawało mi się, że w EZNS-ie wszystko musi być ciężkie. Aż trafiłem na dział elektryczny. I tam przeżyłem prawdziwy szok. Było to chyba jedyne miejsce w całym zakładzie, gdzie... nie było żadnego napięcia. Przynajmniej między ludźmi. Najbardziej zapamiętałem stanowisko składania wiązek elektrycznych. Pracujące tam panie siedziały przy wysokich stołach montażowych. A na nich coś co na pierwszy rzut oka wyglądało jak ogromna porcja kolorowego spaghetti. Dziesiątki przewodów. Czerwone, żółte, zielone, niebieskie, białe, czarne. Jedne krótkie. Inne kilkumetrowe. Do tego przełączniki, kostki, przekaźniki, złącza i cała masa innych elementów, które wyglądały bardzo podobnie, ale składające je panie znały je na pamięć. Każda wiedziała dokładnie, po który przewód sięgnąć, który przyciąć, który odizolować, który połączyć. Patrzyłem na ich ręce i miałem wrażenie, że wykonują jakiś układ choreograficzny. Ruch za ruchem. Jakby od lat grały ten sam koncert. I ani jednej fałszywej nuty. Składane tam wiązki elektryczne ożywiały autobus. Bez tej plątaniny kabli nie działały światła, kierunkowskazy., rozrusznik ani wycieraczki. Nie działało właściwie nic. Z wiekiem doszedłem do zaskakującego odkrycia. Najcenniejszą częścią każdej maszyny... wcale nie są jej części. Są nimi ludzie, którzy potrafią je razem złożyć.

 

 

 

Akumulatorownia, czyli jak nauczyłem się szanować kwas siarkowy

Akumulatorownia to zupełnie inny świat. Już od progu człowiek wiedział, że znalazł się w miejscu, którego natura nie przewidziała dla ludzi o słabych nerwach. Najpierw uderzał ostry zapach. Charakterystyczna woń wydzielającego się podczas ładowania akumulatorów siarkowodoru, który pachniał dokładnie tak, jak opisują wszystkie podręczniki chemii – zgniłymi jajami. Nie trzeba było nawet widzieć hali. Wystarczyło zamknąć oczy. Nos sam prowadził człowieka do akumulatorowni. Po kilku minutach przestawało się ten zapach zauważać. Albo organizm się przyzwyczajał, albo dochodził do wniosku, że protest i tak niczego nie zmieni.

Naszym zadaniem była regeneracja akumulatorów. Dzisiaj większość kierowców po prostu kupuje nowy. W latach osiemdziesiątych niczego się nie wyrzucało, jeśli dawało się to jeszcze uratować. Akumulator dostawał drugą szansę, a czasem trzecią.

Dzisiaj dochodzę do wniosku, że akumulatorownia była kwintesencją tamtych czasów. W PRL-u nie wyrzucało się rzeczy dlatego, że były stare. Naprawiało się je i ratowało. Drugie życie dostawały rozruszniki, alternatory, pompy, silniki i akumulatory. Nic nie mogło się zmarnować. Nie dlatego, że wszyscy byli ekologami. Po prostu - nowego często... nie było. Dopiero po latach zrozumiałem, że była w tym jakaś życiowa mądrość. Bo przecież nie tylko części maszyn dostają drugą szansę. Ludzie też. Może właśnie dlatego tak dobrze wspominam akumulatorownię. Tam każdego dnia uczyliśmy się, że dopóki istnieje choć cień nadziei, warto spróbować jeszcze raz.

Oczywiście cały czas towarzyszył nam kwas siarkowy. Do niego podchodziliśmy z ogromnym respektem. Jedna kropla na ubraniu potrafiła po pewnym czasie przypomnieć o swoim istnieniu niewielką dziurką. Jedna kropla na skórze wystarczała, żeby natychmiast szukać bieżącej wody. Nagle wszyscy stawali się bardzo ostrożni. Nawet najwięksi żartownisie. Bo z kwasem siarkowym nie było dyskusji. W bezpośrednim kontakcie to do niego należało ostatnie słowo…

 

Zamiast zakończenia

Nie ma już Elbląskich Zakładów Napraw Samochodowych. Jak wiele innych zakładów przemysłowych Elbląga, zszedł ze sceny dziejów, przegrywając walkę z konkurencją wolnorynkową gdzieś na początku XXI w. Pozostała po nim rozległa infrastruktura - place i budynki – częściowo dziś niezagospodarowana, częściowo wykorzystywana w zgoła innej działalności biznesowej. Pozostały też wspomnienia z odbywanych w EZNS-ach praktyk. Opisywane środy w EZNS-ach były czymś więcej niż tylko zwykłym dniem praktyk. Były spotkaniem z prawdziwą fabryką. Taką, która pachniała olejem, karbidem, przepaloną blachą, która dudniła młotami, świeciła iskrami i uczyła fachu, ale też … pokory.

Dzisiaj, po wielu latach, wspomnienie tych praktyk wywołuje uśmiech. Wtedy wydawały się ciężkim obowiązkiem. Z perspektywy czasu były lekcją życia. Pokazywały świat pracy takim, jaki był naprawdę — hałaśliwy, brudny, wymagający i nie zawsze uprzejmy lub chociażby przyjazny. Ale właśnie dzięki temu pozostawiły wspomnienia, których nie da się zapomnieć. Mam też nadzieję, że opisane doświadczenia staną się w nieodległej przyszłości przyczynkiem do szerszego opracowania o powojennym elbląskim przemyśle, w którym EZNS-y odgrywały istotną rolę.

Na zakończenie pozdrawiam wszystkich absolwentów TM-u!

 

cdn. Daniel Lewandowski

 

W opracowaniu użyłem grafik wygenerowanych przez sztuczną inteligencję, ponieważ w mojej kolekcji nie mam żadnych zdjęć z tamtych czasów i nie udało mi się dotrzeć do żadnych innych materiałów ilustracyjnych. Grafiki powstały na bazie zachowanych w mojej pamięci obrazów i są moją subiektywną wizją. Za ewentualne nieścisłości przepraszam.

 

Wszystkich zainteresowanych powojennym przemysłem Elbląga, a szczególnie osoby posiadające dane źródłowe zachęcam do kontaktu pod adresem daniel.lewandowski1967@gmail.com. Poniżej link do moich wcześniejszych publikacji o podobnej tematyce.

 


Najnowsze artykuły w dziale Szkoły i uczelnie

Artykuły powiązane tematycznie

Zamieszczenie następnej opinii do tego artykułu wymaga zalogowania

W formularzu stwierdzono błędy!

Ok
Dodawanie opinii
Aby zamieścić swoje zdjęcie lub avatar przy opiniach proszę dokonać wpisu do galerii Czytelników.
Dołącz zdjęcie:

Podpis:

Jeśli chcesz mieć unikalny i zastrzeżony podpis
zarejestruj się.
E-mail:(opcjonalnie)
  • W jakich latach działał ten zakład?
  • Niech naprawiają, paliwo tanieje.
  • Dowcipnie opowiedziane anegdoty. Dobrze się czyta ten tekst.
  • To można mniej więcej policzyć na bazie informacji podanych w tekście. Skoro zakład nie istnieje 20 lat, a wcześniej funkcjonował 50 to... istniał w latach ok.1956 - ok.2006
  • Też tam pracowałem na linii silników. Wytrzymałem rok, przetrzymałem dwóch kierowników. Wszystko uciapane - jak nie olejem to do uszczelek klejem. Przesiąkłem zupełnie nim, nawet w nocy mi się śnił. Raper z EZNS-ów
  • Dziękuję za fajne wspomnienia z młodości.
  • EZNS w Elblągu oficjalnie decyzją Ministra Przemysłu utworzono 25 października 1947 roku. Zakład ten w wersji państwowej funkcjonował mimo różnych przekształceń po 1990 roku do 2001 roku kiedy ogłoszono proces jego prywatyzacji. Wówczas liczył zaledwie 100 pracowników. Ostatecznie proces ten skonczył się fiaskiem i w czerwcu 2005 roku ogłoszono jego upadłość. Załoga w tym czasie liczyła około 40 pracowników.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0
    0
    Monter H.(2026-07-31)
  • Pracowałem tam w latach 1990-95 i miło wspominam ten czas. Fajnie pracownicy zycie wyglądało wtedy analogowo. Wszyscy ze sobą rozmawiali na przerwach. Zero telefonów w łapie. Po zsz i 3 lata h praktyk niektórzy z nas zostali. Jedyny minus to przedłużanie umów co 3 miesiące. Zaczynałem na azotowe smród amoniaku przenika wszystko.3 zmiany ale pensja duża bo dodatki. Zdzichu, Czesio, Heniek, hamowni, i Jasio to nasza brygada. Potem do końca robiłem na wykończeniówce. Wieśki i Jarki, i nas paru młodych około 20 lat. Na silnikowym Szalony, był też Teoś silny jak tur. Wielu innych. Świetne czasy ktore wspominam z nostalgią i żal gdy patrzy się na wyburzone hale w tym lakiernie zarośnięte krzakami i drzewami miejsca tetniace wtedy życiem. Drelichy owszem. Spodnie związane kablem. A jeszcze podbierało się wózki akumulatorowe Felkowi heh były czasy....
Reklama