UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później

"Pracuję, bo muszę z czegoś żyć"

 
Elbląg, "Pracuję, bo muszę z czegoś żyć"
fot. pixabay

Choć mogłoby się wydawać, że ruch w branży beauty stanął, to faktycznie, przynajmniej w części, usługi przeniosły się "do podziemia".-  To absurd zakazać komuś działalności gospodarczej, dając niewiele albo nic na przetrwanie - mówi Małgosia, właścicielka salonu stylizacji paznokci, która w czasie pandemii, mimo zakazu, pracuje mobilnie.   

Małgosia jest tuż po czterdziestce, samotnie wychowuje 10-letnią córkę. Po jedenastu latach pracy „dla kogoś” zdecydowała się na otwarcie własnego salonu stylizacji paznokci.

- Dwa lata temu wynajęłam niewielki lokal, za oszczędności wyremontowałam go i kupiłam sprzęt. Szło dobrze, miałam stałe, zaufane klientki. W planach miałam też wzięcie kredytu, by działalność rozwijać. Teraz cieszę się, że nie doszło to do skutku – mówi kobieta.

Gdy rząd ze względu na pandemię zakazał działalności branży beauty, jak mówi wpadła w panikę.  - Przez kilka nocy nie spałam. Liczyłam ciągle wydatki, te związane z salonem i te z utrzymaniem mnie i córki. Obecnie mieszkamy w wynajętym mieszkaniu. Bez dochodów z salonu pieniędzy starczy na góra dwa miesiące, może nawet krócej. Najgorsza była niewiedza, jak to wszystko długo potrwa. Pomoc od rządu jest niewystarczająca, aby móc przetrwać. Liczyłam na to, że właściciel lokalu obniży mi czynsz, ale tak się nie stało. Usłyszałam: że on też musi z czegoś żyć. Po około dwóch tygodniach klientki same zaczęły dzwonić i pytać: czy „można jakoś się umówić na paznokcie”. Zaczęłam więc świadczyć usługi mobilnie, do moich klientek dojeżdżam – opowiada kobieta.

Czy nie boi się pracy podczas pandemii? - Boję się przede wszystkim nie mieć z czego żyć. Boję się, że moja firma nie przetrwa, że będę zalegała z czynszem, z opłatą za prąd. Boję się, że się zadłużę. Pracuję jeden na jeden. Obsługuję tylko stałe, zaufane klientki. Sama jestem zdrowa, nie mam żadnych objawów. Gdyby takie miała, nie poszłabym do klientki. Mam zawsze ze sobą płyn dezynfekujący, pracuję w rękawiczkach i maseczce. Czy nie większe jest ryzyko zarażenia się w Biedronce, czy innym markecie, niż w pracy, którą wykonuję ja? Pracuję bo muszę. Muszę z czegoś żyć. Nie ja jedna z resztą, ta branża ma liczne „podziemie”. To absurd zakazać komuś działalności gospodarczej, dając niewiele albo nic na przetrwanie - wyjaśnia kobieta.

Kasia od kilku lat pracuje w niewielkim salonie fryzjerskim. Ma stałe klientki, które „u nikogo innego włosów sobie nie zrobią”.

- Mam płacone postojowe, czyli dwa tysiące złotych. Wiem, że w stosunku do osób, które pracę straciły i nie mają żadnych dochodów moja sytuacja nie jest jeszcze taka zła. Z tym, że mąż też ma płacone postojowe, a mamy kredyt na mieszkanie i dwójkę dzieci: jedno na studiach, drugie kończy szkołę średnią. Oboje są na naszym utrzymaniu. Mąż nie ma możliwości dorobienia, ja tak. Nie powiem, żebym się nad tym nie zastanawiała. Wątpliwości były, ale raczej takie, czy ktoś na mnie nie doniesie, a nie takie czy zarażę się ja albo klientka. Cztery osoby chore w Elblągu a całe miasto zamknięte w domach. To nonsens. Z czegoś nasza rodzina musi żyć – mówi kobieta.

Kasia do swoich klientek dojeżdża.

- Same dzwonią, umawiamy się na godzinę, ale pracuję tylko u stałych klientek, które znam od lat. Żadnych nowych, nawet z polecenia nie biorę. Dlaczego nie pracuję u siebie w domu? Boję się sąsiadów, że na mnie doniosą. Wiedzą przecież, że jestem fryzjerką. Czy boję się zarażenia? Trochę tak... najbardziej, gdy się naoglądam telewizji. Ciągle o tym mówią. Mam maskę, rękawiczki, nożyczki, grzebienie dezynfekuję. Robię, co należy. Poza tym nasza rodzina nie spotyka się z nikim. Życie społeczne ograniczyliśmy do minimum: tylko sklep oraz rodzice męża, którym czasem musimy pomóc. Mam tylko nadzieję, że to szybko wszystko się skończy – mówi fryzjerka

W Polsce salonów fryzjerskich i kosmetycznych jest około 130 tys. i zapewniają pracę ponad 300 tys. osobom.

Imiona bohaterek zostały zmienione. 

 

daw
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
A moim zdaniem...

Przeczytaj też co działo się w Elblągu wcześniej

Reklama