UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później

Jacek Licznerski: Na kolejne treningi nie poszedłem

 
Elbląg, Jacek Licznerski
Jacek Licznerski (fot. Anna Dembińska)

- W siódmej klasie podstawówki przyszło do domu dwóch sympatycznych panów, żeby namówić rodziców, abym zaczął trenować lekką atletykę. Później się dowiedziałem, że jednym z nich był Antoni Szaduro. Wtedy tata się nie zgodził, ważniejsza była nauka - tak Jacek Licznerski wspomina "pierwsze" podejścia pod lekką atletykę. Z elbląskim zawodnikiem i trenerem rozmawiamy o lekkoatletyce i wspominamy początki w... piłce ręcznej 

- Jak się zaczęła Pana przygoda ze sportem?

- W szkole podstawowej nr 2 w Elblągu pracował Ryszard Kubik, który zmontował ekipę do tzw. SKS-ów. I tak w 1976 r., w piątej klasie zacząłem trenować piłkę ręczną w szkole i w Truso. Cztery lata spędziłem na asfaltowych boiskach do szczypiorniaka. Po treningu taktycznym to prawie zawsze w trampkach były dziury i stopy zdarte do krwi. Grałem z nr 6 na pozycji skrzydłowego. Już wtedy byłem szybki, przynajmniej w porównaniu do kolegów z drużyny. A ze względu na warunki fizyczne na inne pozycje mniej się nadawałem. Na kole czy na rozegraniu, to rywale by mnie chyba zgnietli. W ósmej klasie zdobyliśmy srebrny medal na Sportowych Igrzyskach Młodzieży Szkolnej w Radomiu. Drużynę prowadzili Ryszard Kubik i Mieczysław Pleśniak. Nie przegraliśmy na tych zawodach żadnego meczu. W finale był remis 11:11, strzeliłem jedną bramkę. Złoto przegraliśmy z zespołem z Łodzi „małymi punktami”. Wtedy nie zdawałem sobie do końca sprawy, kim jest Mieczysław Pleśniak. To były wspaniałe cztery lata. Z takich ciekawostek, to pamiętam pierwsze mecze w hali. Standardem były spotkania na asfalcie, a w Elblągu nasze pierwsze mecze w hali to sparingi z kobiecą drużyną Startu.

 

- To skąd się wzięła lekka atletyka?

- Brat (Zenon Licznerski – przyp. SM) trenował lekką atletykę. Wyjechał z domu, kiedy byłem w drugiej klasie podstawówki. Może jakiś wpływ na zmianę dyscypliny miała chęć dorównania mu. W szkole podstawowej rodzice bardzo dużą wagę przywiązywali do nauki. Pamiętam, że w siódmej klasie przyszło do domu dwóch sympatycznych panów, żeby namówić rodziców, abym zaczął trenować lekką atletykę. Później się dowiedziałem, że jednym z nich był Antoni Szaduro. Wtedy tata się nie zgodził, ważniejsza była nauka. Zauważono mnie na miejskich zawodach w czwórboju lekkoatletycznym, gdzie w klasyfikacji indywidualnej wygrałem z lekkoatletami trenującymi w „trójce”. Po podstawówce dostałem się do Technikum Mechanicznego.

 

- Tam szli ci, co chcieli się uczyć, albo ci co grali w piłkę ręczną.

- Ja poszedłem się uczyć. Ale już 1 września przed uroczystym rozpoczęciem roku Mieczysław Pleśniak próbował mnie skaptować do drużyny. Głupio mi było powiedzieć, że nie będę już grał. Odpowiedziałem jakoś tak wymijająco. Po latach wyjaśniłem trenerowi przyczyny mojej decyzji, okazało się że nie miał do mnie żalu. Ale ponownie upomniał się o mnie Antoni Szaduro - mój najważniejszy trener i wychowawca. Przyszedł do mnie kolega z informacją, że trener lekkiej atletyki się o mnie pyta. Poszedłem na trening w poniedziałek i trafiłem akurat na trening siłowy. Dostałem patyk od sztangi i zacząłem... Potem przez tydzień po schodach schodziłem tyłem, tak mnie wszystko bolało. Na kolejne treningi w środę i w piątek nie poszedłem. I znowu pojawił się kolega, który znów mnie poinformował, że trener się pyta, co ze mną. W następny poniedziałek na treningu już się pojawiłem i już zostałem. Jako lekkoatleta byłem zawodnikiem Startu. Rodzice nie oponowali, ale zwracali uwagę, żebym nauki nie odpuścił.

 

- I jak to było z tą nauką?

- Wybitnym uczniem w TM to nie byłem. W podstawówce jeszcze tak, później różnie, średniakiem byłem. Technikum reprezentowało dość wysoki poziom, a po pierwszym półroczu było... nieciekawie. Piłkarzem ręcznym nie byłem, może wtedy mógłbym liczyć na taryfę ulgową. Z fizyki wychowawczyni wystawiła mi 2 plus na półrocze. Wówczas dwa to była ocena niedostateczna. Pojawiło się pytanie w domu, czy dam radę. W szkole cisnęli i wcale nie było powiedziane, że wszyscy mają dotrwać do końca. Trzeba się było bardziej przyłożyć. Nauczyłem się wtedy jednej rzeczy i do tej pory mi to zostało: po treningu lub ciężkim dniu idę wcześnie spać. Budzę się o godzinie czwartej rano i wtedy zajmuję się odrabianiem lekcji czy nadrabianiem zaległości i przygotowaniem do zajęć. Na początku sezonu letniego dało się odczuć pomoc wychowawczyni pani Barbary Wiśniewskiej. Bez żadnej taryfy ulgowej, przez maj i czerwiec, kiedy trzeba było pilnować nauki, otrzymywałem materiały do nadrobienia. Wtedy dość dużo zajęć opuszczałem, mogłem mieć problemy z opanowaniem materiału. W autokarze i pociągu, oczywiście w drodze na zawody próbowałem się uczyć. Te przedmioty, z którymi miałem problemy pozaliczałem na trzy. Odsapnąłem i potem już większych problemów nie miałem. Sportowców w klasie było nas trzech: ja, łyżwiarz szybki Waldek Maciesza i kajakarz Mariusz Kosno. Wszyscy troje jeździliśmy już na zgrupowania kadry. Patrząc z perspektywy czasu: pierwszy rok był najcięższy.

 

- Przygotowania i pierwszy sezon...

- Na początku musiałem „dogonić” moich kolegów z sekcji, którzy dłużej trenowali. Pamiętam początki: biegi do Bażantarni, oni już wracają, a ja jeszcze nie w połowie. Trzeba było zagryźć zęby i biec dalej. Dziś to bym nie zostawił samego zawodnika w lesie, wtedy były inne czasy.

Pierwszymi poważniejszymi zawodami były eliminacje do Mistrzostw Polski Juniorów Młodszych w Gdyni. Dystans 50 metrów, bo taka była bieżnia tartanowa w gdyńskiej hali. Dwóch najlepszych awansowało na mistrzostwa, bez względu na osiągnięty czas. Nie do końca byłem świadomy rangi zawodów, zająłem drugie miejsce i awansowałem. Na mistrzostwach biegało się wielobój sprinterski: dwa razy po 60 metrów i raz 200 m. Suma czasów decydowała o końcowej pozycji. W związku z tym dwusetka była najważniejsza – można było najwięcej zyskać, ale też najwięcej stracić. Nie zwracałem uwagi na czasy, tylko biegłem, jak umiałem najszybciej. Zdziwiłem się, że po dwóch sześćdziesiątkach byłem czwarty. Na 60 metrów zrobiłem 7,21 sek. Do biegu na 200 metrów przydzielili mnie do najsilniejszej grupy, która walczyła o medale. Tam zabrakło doświadczenia, ostatecznie bieg skończyłem na czwartej pozycji, ale z nieciekawym czasem. Całe zawody na 10. pozycji. Ale w Elblągu nie mieliśmy specjalnie gdzie trenować takich dystansów. Zimą biegaliśmy po ul. Spacerowej, bo tam było odśnieżone i świeciły latarnie. Jak na zawodnika, który tak naprawdę pierwszy rok trenował sprinty, to był całkiem dobry wynik. I powtórzę jeszcze raz: wcale nie byłem tego świadomy. Potem przyszedł sezon na świeżym powietrzu. Było dobrze, pojechałem na Ogólnopolską Olimpiadę Młodzieży. Tam zająłem szóste miejsce w sztafecie 4x100 i ósme na 200 m.

 

- I przyszły kolejne sukcesy.

- W drugiej klasie miałem już medale na obu dystansach. Wygrałem Halowe Mistrzostwa Polski w dwuboju i trójboju sprinterskim, Ogólnopolską Olimpiadę Młodzieży na 100 i 200 metrów. Na Międzynarodowych Zawodach Przyjaźni w Łodzi w sztafecie 4x100 byłem piąty i siódmy na 200 metrów. A to tylko najważniejsze zawody z jednego roku. Byłem zawodnikiem kadry juniorów młodszych, potem juniorów i seniorów. Bardzo ważną datą był 1985 r., kiedy osiągnąłem wiek seniora i mogłem ścigać się z najlepszymi: Marianem Woroninem, Leszkiem Duneckim. Pamiętam pobicie rekordu Europy na 100 metrów (10.00 sek.) na Memoriale Janusza Kusocińskiego w 1984 r. przez Mariana Woronina. Najpierw był finał juniorów, my na mecie odpoczywaliśmy po swoim biegu. Potem wystartowali seniorzy, z linii mety widziałem ten bieg. Zapadał zmrok, nie było sztucznego światła. Później wyświetlono czas, mierzono odległości, czy wszystko się zgadza...

 

- Przejście do seniorów oznaczało konfrontacje z bratem...

- Po raz pierwszy w jednym biegu spotkaliśmy się w 1984 r. podczas Memoriału Bronisława Malinowskiego w Grudziądzu. Tam wtedy biegało się po żużlu, dlatego np. nie biegał Marian Woronin, bo on w zawodach żużlowych nie brał udziału. Ale te zawody były bardzo ważne. Po sztandarowym memoriale im. Janusza Kusocińskiego w Warszawie, wieźli nas do Grudziądza, gdzie w środku tygodnia, żeby część zawodników zagranicznych mogła wystartować, odbywał się memoriał. W pierwszej potyczce Zenek wygrał: on był pierwszy, ja drugi. Do domu przywieźliśmy takie same dwa kryształowe wazony, które dostawała pierwsza trójka. Pokonałem go w następnym roku na mistrzostwach Polski. Zabrałem mu brązowy medal, ja byłem trzeci, on czwarty. W cudzysłowie można powiedzieć, że wtedy nastąpiła zmiana pokoleniowa.

 

- Po szkole trafił Pan do Legii Warszawa.

- Tak to było w tamtych czasach, że po szkole ponadpodstawowej były dwa wyjścia: studia albo wojsko. Kluby wojskowe wykorzystywały tę sytuację, żeby zwerbować wyróżniających się zawodników. Jeszcze przed wizytą w Wojskowej Komendzie Uzupełnień wiedziałem, że trafię do Legii. I zdziwiłem się niepomiernie, bo bilet dostałem do jednostki koło Szczecinka. A to oznaczało Zawiszę Bydgoszcz. Nie wiem w końcu, o kogo sprawa się oparła i ostatecznie wylądowałem w Warszawie. Najpierw na tzw. „unitarce” w jednostce przy Okęciu. A po przysiędze trafiłem do kompanii „sportowej” przy stadionie Legii. Tam miałem się co miesiąc meldować i odbierać żołd. Mieszkaliśmy i trenowaliśmy wraz z innymi sportowcami m.in. szermierzami, pięcioboistami, kajakarzami, zapaśnikami na terenie warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego. To był taki sportowy akademik. W Legii byłem dwa lata. Tam zdobyłem m.in. złoto na Halowych Mistrzostwach Polski w biegu na 200 metrów i brąz na 60 metrów. W hali biegało mi się łatwiej. Ciekawostką jest fakt, że wówczas bieżnie nie były wyprofilowane, biegało się po płaskiej. Być może w takiej hali atutem była moja mniejsza waga. W biegach na świeżym powietrzu, a zwłaszcza pod wiatr już tak dobrze mi nie szło.

 

- Dobrze zapowiadającą się karierę przerwała kontuzja.

- Achilles. Nie wchodząc w szczegóły, zaczęło mnie boleć, wyniki spadły. Sportowca nie powinno nic boleć, a sprintera to już szczególnie. W pewnym momencie ból uniemożliwiał treningi. Na operację się nie zgodziłem, bo nie miałem żadnych gwarancji sukcesu. I po zakończeniu dwuletniej służby wojskowej wysłali mnie do cywila. Prawdopodobnie, gdybym był na chodzie, to dostałbym propozycję dalszych startów w klubie. Skończyło się, tak jak się skończyło, trochę się na Legii wtedy zawiodłem. Wróciłem do Elbląga. Chciałem wyjść z kontuzji, udało mi się w Starcie podpisać kontrakt na rok. Wydawać by się mogło, że wychodzę na prostą. Trenowałem ponownie pod opieką pana Antoniego Szaduro, jednak dystans zmieniłem na 400 metrów. Czasy miałem poniżej 50 sekund. Ale na eliminacjach do mistrzostw Polski zabolało znowu. Kontuzja dała o sobie znać i to był koniec mojej kariery zawodniczej.

  Elbląg, Trener Jacek Licznerski(z lewej) z Mateuszem Kornelukiem
Trener Jacek Licznerski(z lewej) z Mateuszem Kornelukiem (fot. arch. portEl.pl)

 

- I zaczęła się kariera w roli trenera.

- Miałem dwa wyjścia: iść do pracy do Zamechu, w końcu byłem mechanikiem, albo... spróbować zostać przy sporcie. W Elblągu powstało wtedy Studium Nauczycielskie. Mój nieoceniony trener Antoni Szaduro namówił mnie na tę uczelnię. Po pierwszym roku mogłem pracować w szkole. I trafiłem do „sportowej trójki”, najpierw na praktyki, potem do regularnej pracy. Następnie były studia, kolejne etapy podnoszenia kwalifikacji. Przez rok pracowałem w Szkolnym Związku Sportowym. A od 1990 r. do teraz w Międzyszkolnym Ośrodku Sportowym. No i oczywiście szkoła – od 1989 r. praktycznie bez przerwy. Ciekawostką jest też fakt, że byłem pierwszym trenerem lekkiej atletyki w Truso, kiedy sekcja została przejęta ze Startu. Udało się ściągnąć do klubu zawodników trenujących lekką atletykę w różnych elbląskich grupach i tak ciągniemy ten wózek. Jednymi z pierwszych moich podopiecznych byli m.in. Robert i Aleksander Bieńkowscy, Janusz Szuba, Adam Misiewicz...

 

- Pewną ciekawostką jest fakt, że Pana podopieczni największe sukcesy odnosili w skoku wzwyż, a nie w sprintach jak można się było spodziewać.

- Gwoli sprawiedliwości muszę wspomnieć o medalistach w sprincie: Dorocie Karolewskiej, która była trzecia na Halowych Mistrzostwach Polski Juniorów na 200 m w 1995 r. i Adrianie Korotkiewiczu – trzecim na Halowych Mistrzostwach Polski Juniorów Młodszych w 2006 r. Co do skoku wzwyż: zauważyłem szczupłych i wysokich uczniów „trójki” i stwierdziłem, że mogą z tego być sukcesy. Największe laury odnosił Marcin Glaubert, który w późniejszym czasie pokonał poprzeczkę na wysokości 218 cm. Zdobył brąz na seniorskich Halowych Mistrzostwach Polski, złoto i dwa brązowe medale na młodzieżowych mistrzostwach Polski. Tomasz Bródka pojechał na Mistrzostwa Świata Juniorów Młodszych, jego największym sukcesem za moich czasów było drugie miejsce na Ogólnopolskiej Olimpiadzie Młodzieży. Innym medalistą był też Mateusz Korneluk – trzeci w Halowych Mistrzostwach Polski Juniorów Młodszych. Tak można wymieniać jeszcze długo. Wychowałem pięciu medalistów mistrzostw Polski w skoku wzwyż i w biegu na 200 metrów. Razem oni zdobyli dziewięć medali mistrzostw Polski. Czterech moich zawodników: Adrian Korotkiewicz, Tomasz Bródka, Marcin Glaubert i Mateusz Korneluk byli członkami reprezentacji Polski juniorów. Wśród skoczków wzwyż Marcin Glaubert (218 cm), Tomasz Bródka (210 cm), Mateusz Korneluk (205 cm) i Adam Misiewicz (200 cm) pokonali granicę 2 metrów.

 

- Nie mogę nie zapytać o stadion lekkoatletyczny. Dlaczego go w Elblągu nie mamy?

- Elbląg miał szansę mieć pełnowymiarowy stadion lekkoatletyczny z bieżnią na 400 metrów. Widziałem jego dokumentację w okresie, kiedy byłem zastępcą dyrektora ds. sportowych w Szkole Podstawowej nr 3 w latach dwutysięcznych. Miał się znajdować w miasteczku szkolnym. Wówczas nie było jeszcze osiedla, które jest dziś i pełnowymiarowy stadion mieścił się bez problemu. Na planach mogliśmy nawet trochę go obracać, żeby zniwelować skutki wiatru. Byliśmy na trzecim miejscu na liście do dofinansowania Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. Mieliśmy 50-procentowe zabezpieczenie środków finansowych od państwa. Ostatecznie jak wiemy, nic z tego nie wyszło. Powstało osiedle, a bieżnia na stadionie ma tylko 330 metrów. Cieszę się, że w ogóle jest, bo mamy gdzie trenować. Nie wszyscy tak mają. Ale kraj idzie do przodu, a my... Nie jesteśmy oczkiem w głowie, na lekkiej atletyce świat się nie kończy. Mimo to szkoda.

 

- Dziękuję za rozmowę.

rozmawiał Sebastian Malicki
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
A moim zdaniem...

Przeczytaj też co działo się w Elblągu wcześniej

Zamieszczenie następnej opinii do tego artykułu wymaga zalogowania

W formularzu stwierdzono błędy!

Ok
Dodawanie opinii
Aby zamieścić swoje zdjęcie lub avatar przy opiniach proszę dokonać wpisu do galerii Czytelników.
NOWOŚĆ! Dział "A moim zdaniem" obsługuje hashtagi.
Dołącz zdjęcie:

Podpis:

Jeśli chcesz mieć unikalny i zastrzeżony podpis
zarejestruj się.
E-mail:(opcjonalnie)
  • olaboga!!!!!
  • LA jak by nie było królową sportu jest, a więc to właśnie ona daje podstawy rozwoju fizycznego dla każdej dyscypliny sportowej. A że Elbląg mecenasem sportu jest, to i takie jej traktowanie. Czym to się chwalić że mamy bieżnię 330 m, tor łyżwiarski Kalbar / prezydent nawet myśli że tak się nazywał nasz najsłynniejszy trener /? Nie ma miasto prawdziwych decydentów w zakresie rozwoju sportu, zadawalają się tym co jest, a jest panie "ratuszowy"nicość? I MOS i MOSiR i departament ds rekreacji też tam są przypadkowi?
  • W ZSZ przy ul. Rycerskiej do dzisiaj (nie pobity)jest jego wynik 6,9 sek na tablicy rekordów na "60-tke". Hashtagi: #Dax
  • @kiki - Kiki uwierz, że w MOS-ie są fachowcy i pasjonaci tylko kasy brak. O wszystkim decyduje ratusz a tam, niestety, nie fachowość a układy się liczą. I mamy efekty bylejakosci- za mala hala, za mały stadion, mrożony tor, który działa tylko przy minusowej pogodzie i troszkę by się jeszcze znalazło.
  • Dusza człowiek, super trener. Hashtagi: #Olenko
  • Studium Nauczycielskie, nie było uczelnią panie Jacku. To 2-letnia szkoła policealna, powstała po zlikwidowanym Liceum Pedagogicznym. A tak po za tym to jest pan spoko nauczyciel i trener.
  • @:( - To czemu się nie postawią, bo etatu się trzymają?
  • Pozdrowienia dla trenera. Rywalizowałem z Robertem i Alkiem. Przyjeżdżaliśmy z Braniewa na zawody. Cała ekipa pod trenerką Zdzisława Szynczewskiego i Rysia Żembrowskiego. Ehhh. .. Jest co wspominać. Super czasy.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    7
    1
    Dejwid(2021-03-06)
  • Super trener, i pedagog, pozdrawiamy
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    13
    1
    Kibiccc(2021-03-06)
  • @kkk - Kkk, pomyliłeś fakty- Studium Nauczycielskie(4-letnie)przekształcone w 4 lo. Było tez 2-letnie a jego absolwenci kontynuowali naukę m. in. na AWF-ie, wiec chyba jednak nie policealne.
  • Żartujesz?! Tu trzeba zmienić cala władzę w Elblągu, tylko wtedy coś się zmieni. Chyba każdy średnio zainteresowany widzi co się dzieje w mieście a i tak 9d 20 lat u władzy ciągle ci sami. Podobno mamy radę miasta? Gdzie oni są? Dlaczego pozwalają na takie zarządzanie? Przecież biorą za to kasę.
  • Mój najlepszy trener, wychowawca i nauczyciel. Pełen szacun 😎
Reklama