Kurs prawa jazdy, czyli jak oswoiłem Żuka. Albo raczej jak Żuk oswajał mnie (I ja byłem uczniem Technikum Mechanicznego, odc. 5)

Na początku 1986 r. nadszedł moment, na który czekali z niecierpliwością i w napięciu wszyscy uczniowie IV klasy elbląskiego Technikum Mechanicznego (TM) o profilu „Budowa i eksploatacja pojazdów samochodowych”. Organizowany przez szkołę kurs prawa jazdy! Dla osiemnastolatka z połowy lat osiemdziesiątych był to drugi krok w dorosłość – zaraz po odebraniu dowodu osobistego. Nagle każdy zaczął chodzić trochę pewniejszym krokiem, tak jakby udział w kursie nauki jazdy samochodem automatycznie dodawał kilku koni mechanicznych do życiorysu. Oczami wyobraźni widzieliśmy już siebie pewnie siedzących za kółkiem Małego Fiata z prawą ręką na kierownicy i wystawionym za okno nonszalancko „lewym zimnym łokciem”. Rzeczywistość jednak znacząco różniła się od tych wyobrażeń... Zapraszam do lektury kolejne porcji humorystycznych wspomnień szkolnych - pisze Daniel Lewandowski, absolwent TM, w kolejnym odcinku cyklu publikowanego z okazji przypadającego w tym roku 80-lecia szkoły.
Pierwszym zgrzytem była wiadomość, że my uczniowie TM-u będziemy się uczyć od razu na profesjonalnym sprzęcie, a nie jakimś ćwiczebnym. Do wyboru były dwa motoryzacyjne cuda socjalizmu: szara Wołga GAZ-24 i pomarańczowy Żuk A-05. Wołga kusiła nieodpartym luksusem limuzyny. Elegancka sylwetka nadwozia typu sedan z niklowanymi detalami, miękkie kanapy zamiast foteli, resory, na których można było płynąć przez dziury niczym po falach Bałtyku. No i ten prestiż "radzieckiego Mercedesa".

Żuk natomiast oferował wysokie zawieszenie, „panoramiczną” przednią szybę teoretycznie zapewniającą dobrą widoczność, trzy biegi do przodu (w tym niesynchronizowana „jedynka”) i jeden do tyłu. Przy tym silnik nie do zajechania o charakterze młota pneumatycznego i stylistykę szafy pancernej na czterech kołach. Można by rzec – bardzo wczesna wersja współczesnego SUV-a.
Byłem tak onieśmielony, a może nawet oszołomiony potencjałem każdego z tych samochodów, że nie mogłem się zdecydować. Z pomocą przyszedł kolega - Wiesiek Pachnik.
- Bierzemy Żuka. Z niego łatwiej widać pachołki w czasie manewrów na placu – przekonywał.
Argument wydawał się nie do podważenia. Problem jednak polegał na tym, że nie uwzględniał jednego szczegółu. Otóż to nie był zwykły Żuk. To był...Żuk „blaszak”! Czyli samochód, który z zewnątrz przypominał samochód dostawczy, a od środka konserwę. Po bokach blacha, z tyłu blacha - bez żadnego okienka. Widoczność do tyłu mniej więcej taka, jak z bunkra. Trapiony złymi przeczuciami próbowałem przepisać się na Wołgę. Ale było już za późno. Listy były już zamknięte i zostały wysłane do ośrodka egzaminacyjnego. Stanąłem twarzą w twarz ze swoim przeznaczeniem.

Z Żukiem sam na sam
Ten samochód miał niezwykle twardy charakter. Sprzęgło było twarde, hamulec był twardy, gaz był twardy, kierownica również. Po godzinie jazdy człowiek nie potrzebował już siłowni i ćwiczeń na „stepperze” ani „wioślarzu”. Po miesiącu mógł bez problemu wyżymać ręcznik jedną ręką.

Skrzynia biegów także miała własną osobowość. Zmiana biegu przypominała bardziej negocjacje niż czynność mechaniczną. Nigdy nie było pewności, czy dźwignia trafi tam, gdzie kierowca planował. Za to Żuk zawsze wiedział lepiej.
Największym wyzwaniem był oczywiście plac manewrowy i manewry na biegu wstecznym – wjazd do garażu tyłem, parkowanie równoległe tyłem. Trudność polegała na tym, że wykonywaliśmy je pojazdem, którego tylna część pozostawała dla kierowcy bardziej domysłem niż faktem. Nie muszę dodawać, że nikt wówczas nie śnił o kamerach cofania ani nawet czujnikach cofania. Do dyspozycji mieliśmy dwa małe zewnętrzne lusterka boczne.
Przy manewrach na wstecznym trzeba było pamiętać, że tylna część blaszaka była długa, wysoka i całkowicie nieprzezroczysta, więc kierowca prowadził ją trochę jak kapitan statek, którego rufy nie jest w stanie zobaczyć. Przyswoiłem sobie wówczas zasadę, że im mniej człowiek widzi, tym wolniej powinien się poruszać. Jeśli dodatkowo uwzględnimy, że Żuk miał dość duży promień skrętu, to łatwo zrozumieć, że wykonanie prostego manewru wymagało wielu obrotów kierownicą. Każde więc poprawne zaparkowanie napawało dumą.

Pan instruktor
Przypuszczam, że nasz instruktor nauki jazdy nieszczególnie odbiegał od standardów tamtych czasów. Dzisiaj jego metody nauczania nie przeszłyby nawet pierwszego etapu rozmowy kwalifikacyjnej. Kiedy źle zmieniałeś bieg... bywało, że bił po rękach. Kiedy źle operowałeś sprzęgłem... zdarzało mu się uderzyć w nogę. Do tego ciągłe komentarze, przedrzeźnianie i donośne uwagi, które było słychać chyba aż na drugim końcu placu. Mówiąc krótko – motywacja była bardzo... bezpośrednia.

Poza tym pan instruktor wykorzystywał nas – to również był wówczas standard - do różnych prywatnych spraw.
- Podjedziemy tylko na chwilę... – mówił niewinnie.
To "na chwilę" oznaczało zwykle kolejne kilkanaście kilometrów po Elblągu. Dzięki temu poznałem wiele bocznych uliczek naszego miasta i dzielnice, których nie miałem powodu znać. Znał je za to pan instruktor, który załatwiał tam swoje fuchy. Być może czyta dziś ten tekst i się rumieni…
Oswajanie Żuka
Jako kursanci szlifujący swoje umiejętności jazdy na przedstawionych pojazdach wymienialiśmy się między sobą cennymi wskazówkami. Jedna z nich dotarła do mnie niemal pod koniec kursu.
- Słuchaj..., odsuń boczne okienko i wyglądaj przez nie podczas cofania – powiedział mi któregoś razu kolega.
Nagłe olśnienie! Przez cały kurs podczas cofania ufałem lusterkom. W Żuku „blaszaku” to tak jakby próbować oglądać film przez dziurkę od klucza. Po odsunięciu bocznej szybki nagle okazało się, że świat za samochodem naprawdę istnieje. Można się było wychylić i go zobaczyć na własne oczy!
Do dziś pamiętam i stosuję też inne nauki, jakie wyniosłem z kursu. Chociażby tą, że parkując pod górkę przy krawężniku najlepiej skręcić koła i dać się autu nieco stoczyć, by koła oparły się o ten krawężnik. I żeby nigdy nie zostawiać auta na postoju na luzie. W Żuku ręczny hamulec był wprawdzie urządzeniem mechanicznym, ale najwyraźniej konstruktorzy wychodzili z założenia, że mechanika również może mieć gorszy dzień. Nauczyłem się też, że przed ruszeniem warto sprawdzić, czy hamulec ręczny rzeczywiście został zwolniony, bo Żuk potrafił przez chwilę dzielnie udawać, że jedzie pod górę, podczas gdy tak naprawdę walczył z własnym hamulcem. Na Żuku nauczyłem się także szacunku do sprzęgła: jego pedał należało traktować delikatnie, bo zbyt gwałtowne puszczenie kończyło się charakterystycznym szarpnięciem.
W ten sposób, trochę metodą prób i błędów, a trochę dzięki kolegom, którzy przekazywali sobie wiedzę niczym tajemne instrukcje obsługi radzieckiego sprzętu wojskowego, zacząłem wreszcie oswajać Żuka. Poczułem, że ten blaszany potwór przestał być przeciwnikiem, a stał się pierwszym samochodem, z którym naprawdę nauczyłem się współpracować.
Egzamin
Aż nadszedł dzień weryfikacji zdobytych umiejętności. Test teoretyczny zdałem bez problemu. Jednak nie przyniosło mi to wielkiej ulgi, ponieważ czułem nieodparcie, że najgorsze dopiero przede mną. I nie myliłem się. Plac manewrowy, mimo, że początkowo szło mi na nim dobrze, ostatecznie nie pozwolił mi odnieść zwycięstwa.

Krótko mówiąc oblałem. Na szczęście w towarzystwie jeszcze jednego kolegi. Co by nie mówić, to jednak towarzystwo w niedoli zawsze trochę poprawia nastrój... Natomiast wizja egzaminu poprawkowego po wakacjach z całą pewnością nie poprawiła jakości tych wakacji.
Egzamin poprawkowy wyznaczono na połowę września. Tego dnia padał deszcz. Było późne popołudnie. Egzaminator sprawiał wrażenie człowieka, który najbardziej marzy o szybkim powrocie do domu i gorącej herbacie. Być może dlatego patrzył na nasze manewry z nieco większą wyrozumiałością. A może po prostu tym razem naprawdę pojechaliśmy lepiej. Do dziś wolę wierzyć w tę drugą wersję…

Żuk nauczycielem życia
Prawo jazdy zdobyłem. A razem z nim ogromny szacunek do Żuka. Z sentymentem wspominam bliskie relacje, jakie z nim zbudowałem. Bo kto poznał Żuka tak jak ja, nie potrafi patrzeć na niego bez emocji. Kto nauczył się jeździć Żukiem „blaszakiem”, ten poradzi sobie praktycznie kierować wszystkim. Samochodem osobowym, ciężarówką, traktorem, a nawet czołgiem. A gdyby przyszła taka potrzeba - prawdopodobnie również okrętem podwodnym…
Po opanowaniu Żuka człowiek przestaje myśleć, że istnieją pojazdy trudne do prowadzenia. Wtedy istnieją już tylko pojazdy łatwiejsze od Żuka.
Moja szkolna przygoda z tym samochodem miała jeszcze jeden rozdział. W ramach pracy dyplomowej w V klasie TM-u wybrałem temat, w którym rozrusznik od Żuka był motywem przewodnim. Opowiem o tym jednak w oddzielnym odcinku.
cdn. Daniel Lewandowski
W opracowaniu użyłem grafik wygenerowanych przez sztuczną inteligencję, ponieważ w mojej kolekcji nie mam żadnych zdjęć z tamtych czasów i nie udało mi się dotrzeć do żadnych innych materiałów ilustracyjnych. Grafiki powstały na bazie zachowanych w mojej pamięci obrazów i są moją subiektywną wizją. Za ewentualne nieścisłości przepraszam. Tworząc te grafiki świadomie nie używałem zaawansowanych technik AI.
Wszystkich głębiej zainteresowanych tematyką tego opracowania zachęcam do kontaktu pod adresem daniel.lewandowski1967@gmail.com. Poniżej link do moich wcześniejszych publikacji o podobnej tematyce.
- I ja byłem uczniem Technikum Mechanicznego. Odc. 1 - Bruce Lee i narodziny polskiego rocka
- I ja byłem uczniem Technikum Mechanicznego. Odc. 2 - Warsztaty szkolne, w których hartowaliśmy się jak stal
- I ja byłem uczeniem Technikum Mechanicznego, odc. 3 - Środy w EZNS-ach, czyli szkoła życia przy ulicy Dojazdowej
- I ja byłem uczeniem Technikum Mechanicznego, odc. 4 - Letnie praktyki w PKS-ach, czyli o tym jak Autosan H9 szykował się na wojnę
- Zamechowskie szkolnictwo (Odc. 1, Historia Zespołu Szkół Zawodowych Zamech)
- Zamechowskie szkolnictwo (Odc.2, Infrastruktura, wyposażenie, zasady i rytuał Zespołu Szkół Zawodowych Zamech)
- Zamechowskie szkolnictwo (Odc. 3, Uczniowie i nauczyciele ZSZ Zamech)
- Zamechowskie szkolnictwo (Odc. 4, Uczniowie i nauczyciele ZSZ Zamech - ciąg dalszy)