UWAGA!

----

Letni Ochotniczy Hufiec Pracy, czyli „akademia sztychówki" (I ja byłem uczniem Technikum Mechanicznego, odc. 6)

 Elbląg, Wakacyjna praca jako junak w Ochotniczym Hufcu Pracy była popularnym wśród młodzieży szkół ponadpodstawowych  sposobem na zarobienie pieniędzy. Grafika przygotowana przy pomocy sztucznej inteligencji.
Wakacyjna praca jako junak w Ochotniczym Hufcu Pracy była popularnym wśród młodzieży szkół ponadpodstawowych sposobem na zarobienie pieniędzy. Grafika przygotowana przy pomocy sztucznej inteligencji.

W czasach, kiedy uczęszczałem do elbląskiego Technikum Mechanicznego (TM-u), sprawdzonym i powszechnym sposobem na zarobienie pieniędzy była praca na letnim turnusie Ochotniczego Hufca Pracy (OHP). Owszem - kosztem wakacyjnego wypoczynku, ale – w tamtych czasach nie mieliśmy zbyt wielu alternatyw. Poza tym w TM-ie obowiązywała zasada, że jeśli marzyłeś o wyjeździe na zagraniczny OHP, musiałeś najpierw zaliczyć dwa krajowe. Był to rodzaj selekcji i sprawdzian charakteru. Generalnie w szkole wyczuwało się pewną presję na uczestnictwo w letnich turnusach OHP. Przeszedłem wszystkie te weryfikacje pozytywnie kopiąc rowy podczas dwu kolejnych wakacji letnich. Pozostały mi po nich pogodne wspomnienia. Dziś nie jest w stanie zmienić tego nawet fakt, że miniony system korzystał z junaków OHP jako taniej siły roboczej. Zapraszam na kolejną wspomnieniową podróż w lata 80. XX w - pisze Daniel Lewandowski, absolwent TM, która to szkoła w tym roku obchodzi jubileusz 80-lecia.

Byłem junakiem na dwóch letnich hufcach. Jeden realizował zadania zlecone przez Zakład Gazowniczy, drugi - przez Elbląskie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji. W praktyce oba zlecenia sprowadzały się do tego samego. Kopać. I jeszcze trochę kopać. A kiedy już wydawało się, że wykop jest gotowy... okazywało się, że zostało jeszcze kilkanaście kolejnych metrów do wykopania.

Najbardziej utkwił mi w pamięci wykop pod instalację gazowniczą wzdłuż ulicy Agrykola. Nieco ponad 600 metrów długości. Zaczęliśmy vis-a-vis szkoły podstawowej nr 3, a skończyliśmy przy dzisiejszym rondzie Żołnierzy Wyklętych. Rów miał mieć szerokość co najmniej trzech sztychówek i głębokość 1 metra. No i poza tym kopaliśmy go można powiedzieć „pod górkę” …

 

Początek robót był niezwykle trudny, bo wymagał rozebrania poniemieckiego bruku. Przy próbie wyjęcia pierwszego kamienia podnosiła się warstwa o powierzchni kilku metrów kwadratowych. Potem wkroczyliśmy na teren nieutwardzony, ale wcale nie był łatwiejszy.

Lato 1984 było upalne. Słońce prażyło bez litości. Ziemia była twarda jak beton, a pod jej powierzchnią kryły się niezliczone kawałki gruzu, cegieł i kamieni. Miałem czasami wrażenie, że ktoś kiedyś zakopał tam gruz z przedwojennego Elbląga i teraz systematycznie go odkopujemy. Kilof więc był co rusz w użyciu.

Po pierwszym tygodniu odkryłem mięśnie, o których istnieniu wcześniej nie miałem pojęcia. Ręce pokryły się odciskami, ramiona bolały tak, że wieczorem człowiek zasypiał szybciej niż zdążył powiedzieć "dobranoc". Jedynym marzeniem po pracy było łóżko. Nawet nowo emitowany serial telewizyjny „Na kłopoty... Bednarski” przegrywał z poduszką.

 

Ubiór roboczy, narzędzia i … kamyczek w kaloszu

Dla niewtajemniczonych wyjaśnię, że sztychówka nie jest jednostką długości ani nazwą zapomnianego polskiego tańca ludowego. To po prostu szpadel z ostro zakończoną lub prostą płytą roboczą, służący do kopania, przekopywania ziemi i przecinania korzeni. Człowiek szybko się zaprzyjaźniał ze sztychówką w czasie letniego OHP. Albo raczej... był do tej przyjaźni zmuszony.

 

Poza tym w skład naszego podstawowego wyposażenia wchodziły: łopata - szufla, kilof, łom, taczka, drelich i wysokie gumowe kalosze. Wielu szybko doszło do wniosku, że to największy wynalazek szatana. Kilka razy dziennie wpadał do nich kamyk albo grudka ziemi. Normalny człowiek pomyślałby: "To drobiazg." Nie, jeśli stoi się ponad metr pod ziemią w wykopie szerokim na zaledwie trzy łopaty. Wtedy trzeba było wydostać się na górę, usiąść na brzegu, zdjąć kalosz, wysypać z niego intruza, oczyścić skarpetę, założyć kalosz z powrotem i z godnością wrócić do kopania. Po dziesiątym razie człowiek zaczynał poważnie rozważać amputację stopy…

 

Organizacja pracy i odpowiedzialność

Każdego dnia obowiązywała norma długości wykopanego rowu. Nie miało to żądnego znaczenia, że słońce topi asfalt, ziemia przypomina skałę, a ręce odmawiają współpracy. Norma musiała być dotrzymana. Bo jeśli dziś nie wykopiemy zadanego odcinka, jutro będziemy musieli kopać więcej. To nie była szkolna zabawa. Od wykonanej pracy zależała nasza wypłata.

 

Pracowaliśmy w brygadach. Na ich czele stał wyłoniony spośród nas brygadzista. Normalnie kolega, ale w wakacje - przełożony. Nie zawsze było to łatwe do zaakceptowania. Nad całością czuwał szkolny opiekun OHP. Była to okazja do zbudowania albo odbudowania z nim relacji poza murami szkolnymi.

Każda brygada miała swój odcinek wykopu. Jak można się domyślać, na tym tle zdarzały się drobne spory między brygadami:

-To wasz kamień!

- Nie, wasz! Myśmy go tylko odkopali!

Na szczęście wspólne kopanie ma niezwykłą właściwość. Lepiej łączy ludzi niż niejeden wyjazd integracyjny.

Codziennie rano na miejsce pracy dowoził nas Żuk w wydaniu „paka i plandeka”. Po pracy wracaliśmy nim do bazy. Pod plandeką - twarde ławki, zapach przepoconych drelichów, wszechobecny pył i grupa zmęczonych nastolatków. Klimatyzację zapewniały nieszczelności w plandece.

 

Zaprowiantowanie

Tym samy Żukiem, który wiózł nas każdego dnia na miejsce pracy, przywożono nam kontener z kanapkami i skrzynki wody gazowanej oraz butle z syfonem. Na śniadanie dostawaliśmy ogromną bułę z serem albo kiełbasą. Nieczęsto się zdarza, aby zwykła bułka smakowała aż tak dobrze. Po kilku godzinach machania kilofem człowiek zjadłby nawet instrukcję obsługi taczki.

 

Pragnienie gasiliśmy hektolitrami wody gazowanej. Piło się jedną butelkę, drugą, trzecią... i po pięciu minutach znowu chciało się pić. Otrzymywaliśmy również wodę gazowaną w butlach z syfonem. Nikt nie zawracał sobie głowy nalewaniem tej wody do szklanki. Wylot syfonu lądował po prostu bezpośrednio w ustach.

 

Interakcje z otoczeniem

Praca przy ul. Agrykola miała jednak również swoje sympatyczne strony. Od czasu do czasu odwiedzała nas starsza pani z pobliskiego domu. Przynosiła pęczki świeżej marchewki prosto z ogródka. Nigdy wcześniej marchewka nie smakowała mi tak dobrze. Po kilku godzinach walki z kilofem była lepsza niż dzisiejszy baton energetyczny. Nie wiem, czy zawierała jakieś cudowne witaminy, ale morale brygady rosło natychmiast.

 

Byli też ludzie znacznie bardziej przedsiębiorczy. Pewnego dnia pojawił się pan w średnim wieku. Przez chwilę obserwował nasze heroiczne zmagania z ziemią, po czym zniżył głos i zapytał:

– Chłopaki... nie chcielibyście sobie dorobić? Mam dla was małą fuchę.

Oferta była kusząca.

Problem polegał tylko na tym, że proponował nam dodatkową pracę... w godzinach naszej pracy na OHP. Krótko mówiąc – mieliśmy uciec z jednego kopania, żeby pójść kopać gdzie indziej. Grzecznie odmówiliśmy. Po całym dniu machania kilofem perspektywa dorabiania kolejną łopatą nie wydawała się już tak atrakcyjna.

 

Jeansy Montana

Po miesiącu takiej pracy operowałem sztychówką i kilofem z precyzją chirurga. No dobrze... Może nie chirurga. Ale na pewno doświadczonego grabarza. I kiedy wydawało się, że całe to kopanie było tylko męką, nadszedł najpiękniejszy dzień wakacji. Wypłata! Czekaliśmy na ten dzień okrągły miesiąc, marząc o tym jak wydamy te ciężko zarobione pieniądze.

 

Pod koniec wakacji ruszyliśmy prosto do Hali Targowej w Gdańsku po legendarny symbol młodzieżowego luksusu tamtych czasów — jeansy Montana. Pamiętacie? Ich znakiem rozpoznawczym były kolor „deep blue”, potrójne szwy, zamki na tylnych kieszeniach oraz metalowy znaczek na jednej z nich. To był prawdziwy obiekt pożądania nic więc dziwnego, że każdy zostawiał pierwsze założenie tych kultowych spodni na początek nowego roku szkolnego. Pierwszy tydzień września wyglądał więc tak, jakby Technikum Mechanicznego podpisało kontrakt reklamowy z firmą Montana. Wszyscy też zaznaliśmy tych samych skutków noszenia tych spodni po raz pierwszy. Podczas pierwszych dni noszenia bowiem, pod wpływem ciepła ciała, potu i tarcia, barwnik masowo migrował na skórę i bieliznę. Klasycznym zjawiskiem towarzyszącym noszeniu świeżo kupionym jeansów Montana były niebieskie uda, zabarwione na niebiesko dolne części podkoszulek i majtek oraz zabarwione na niebiesko opuszki palców - od ciągłego wkładania dłoni do kieszeni. Barwnik indygo wywabiał się z tych jeansów w trakcie kilku pierwszych prań. Do tego czasu powszechnym zjawiskiem było to, że na zajęciach wychowania fizycznego ćwiczyliśmy z udami zabarwionym na kolor indygo. Ale nikomu to nie przeszkadzało. Bo najważniejsze było to, że w ten oto sposób Montany udowadniały swoją autentyczność. A jeśli nawet nie do końca były prawdziwe... to przynajmniej wszyscy mieliśmy dokładnie takie same.

 

Co mi zostało z letniego OHP

Po dzień dzisiejszy sztychówką potrafię pracować z prawej i lewej strony, czyli obiema nogami. Coś w rodzaju obunożnego zawodnika w piłce nożnej. To umiejętność, której nie nauczyła mnie szkoła, żaden podręcznik ani późniejsza praca zawodowa. Nauczył mnie jej OHP. Okazuje się bowiem, że można zostać inżynierem, projektować skomplikowane urządzenia, liczyć naprężenia i zastanawiać się nad rzeczami, których normalny człowiek nawet nie zauważa, ale gdzieś głęboko siedzi w świadomości „chłopak ze sztychówką”.

 

Codzienna, ciężka, fizyczna praca w ciągu tego miesięcznego OHP naprawdę nas odmieniła. Zmężnieliśmy, zyskaliśmy atrakcyjną opaleniznę od pasa w górę, ale też wzbogaciliśmy się o nowe doświadczenia i umiejętności oraz pierwsze naprawdę samodzielnie zarobione pieniądze. Uwierzyliśmy też, że potrafimy zrobić coś własnymi rękami. Że jeśli trzeba, można wykopać dół, załadować taczkę, przenieść ciężar, wytrzymać upał, deszcz i zmęczenie. A przede wszystkim – że człowiek jest znacznie bardziej odporny, niż mu się wcześniej wydawało i że dał radę.

Tamten letni OHP sprzed ponad 40 lat, choć trwał zaledwie miesiąc, był tym doświadczeniem w życiu, z którego człowiek wychodził zmęczony jak pies, brudny jak górnik, opalony jak plażowicz, ale… dziwnie z siebie zadowolony, a może nawet dumny. Ten stan utrzymuje mi się do dziś.

cdn. Daniel Lewandowski

 

W opracowaniu użyłem grafik wygenerowanych przez sztuczną inteligencję, ponieważ w mojej kolekcji nie mam żadnych zdjęć z tamtych czasów i nie udało mi się dotrzeć do żadnych innych materiałów ilustracyjnych. Grafiki powstały na bazie zachowanych w mojej pamięci obrazów i są moją subiektywną wizją. Za ewentualne nieścisłości przepraszam. Tworząc te grafiki świadomie nie używałem zaawansowanych technik AI.

 

Wszystkich głębiej zainteresowanych tematyką tego opracowania zachęcam do kontaktu pod adresem daniel.lewandowski1967@gmail.com. Poniżej link do moich wcześniejszych publikacji o podobnej tematyce.


Najnowsze artykuły w dziale Szkoły i uczelnie

Artykuły powiązane tematycznie

Zamieszczenie następnej opinii do tego artykułu wymaga zalogowania

W formularzu stwierdzono błędy!

Ok
Dodawanie opinii
Aby zamieścić swoje zdjęcie lub avatar przy opiniach proszę dokonać wpisu do galerii Czytelników.
Dołącz zdjęcie:

Podpis:

Jeśli chcesz mieć unikalny i zastrzeżony podpis
zarejestruj się.
E-mail:(opcjonalnie)
A moim zdaniem...
  • I ja byłem junakiem na takim OHPie pod koniec lat 70-tych! Pogłębialiśmy koryto strumienia przepływającego przez Park Kajki ora wzmacnialiśmy faszyną brzegi. Bardzo trudna i brudna robota. Ale w młodości jest inne patrzenie na świat, któremu się wówczas bardzo dużo wybacza. Bardzo fajne wspomnienia
  • No tak było i nic ująć ale byliśmy od młodych lat uczeni pracy na swoje potrzeby a dziś rodzić nastolatkom BMW kupuje by zaszpanować więc innych, potem często płacze na trumną ! Nikomu się lekko nie żyło po za członkami PZPR a mimo wspominany z zachwytem tamte lata bo była taka podwórkowa jedność, nikt się nie wywyższał między sobą, po za wyjątkami. Po prostu cieszyliśmy się tym co mieliśmy, małymi rzeczami i to trochę ukształtowało nasze zahartowanie. Dziś przez i trener który jest nie zastąpiony, przez komórki i wogóle nowe technologie u techniki jest łatwiej zyć młodym tylko są oni nie nauczeni walki o przetrwanie bo nawet państwo za rodzenie płaci
Reklama