Szkolny OHP w Pradze, czyli „wyprawa po złote runo” (I ja byłem uczniem Technikum Mechanicznego, odc. 7)

Czy pamiętacie czechosłowacki serial „Kobieta za ladą” („Žena za pultem”)? Jego premiera miała miejsce w roku 1977 roku, ale w Polsce był emitowany dopiero w roku 1983. W tamtych czasach wydawał się relacją z innej cywilizacji. Znaczna część jego akcji rozrywała się w dużym sklepie samoobsługowym. Wszystko wyglądało w nim imponująco, nawet dział owocowo-warzywny. Kto jeszcze pamięta jakie dorodne pomidory i paprykę tam sprzedawano? Otóż ja wiem skąd one pochodziły! Byłem tam w lipcu 1986. Gdzie to było? W dużym gospodarstwie rolnym na peryferiach Pragi. W grupie ponad 30 uczniów pracowałem tam przez miesiąc na zagranicznym obozie OHP. W niniejszym „freestyling’owym” felietonie wspomnieniowym opowiem o realiach „pracy na hektarach pod szkłem” oraz o tym, co sobie za tę harówkę przywieźliśmy z ČSRR.

Po zaliczeniu dwóch krajowych letnich turnusów OHP uznano, że jesteśmy gotowi na wyjazd w wielki świat. W kwietniu 1986 roku ogłoszono długo wyczekiwaną wiadomość, że osoby, które się zakwalifikowały pojadą na miesiąc do pracy do Czechosłowacji! Dla dziewiętnastoletniego chłopaka z Elbląga brzmiało to niewyobrażalnie ekscytująco! Poczuliśmy się jak argonauci przed wyprawą po złote runo. Wszyscy słyszeliśmy, że w Czechosłowacji w połowie lat 80. XX w. ludziom żyło się dostatniej i że sklepy są tam nieporównywalni lepiej zaopatrzone. Wyobrażaliśmy sobie, że i my zdobędziemy drobniutką cząstkę tego bogactwa i przywieziemy ją do Elbląga, by się nią tu delektować...

Eksport - import
Aby zwiększyć szanse sukcesu ekonomicznego tego wyjazdu większość z nas – wiedziona poradą rodziny i znajomych – zabrała ze sobą z Polski nasze czołowe produkty eksportowe, a więc butelkę Żytniej (byliśmy już pełnoletni!) , karton Popularnych czy Klubowych, kilka opakowań kremu Nivea, paczkę „krówek” ze spółdzielni „Wolność”. Trzeba było użyć intelektu i sprytu, by ukryć te fanty (w slangu spekulanckim nazywane „baryszem”) przed celnikami - w bagażu lub pociągu, ale z tym większość Polaków radzi sobie wyśmienicie. Sprzedaż tych artykułów w Czechosłowacji gwarantowała duże „przebicie cenowe” ponieważ towary te były u naszego południowego sąsiada znacznie droższe. Dzięki temu można było zdobyć dodatkową gotówkę na zakupy w tamtejszych sklepach. Na chętnych do nabycia tych towarów nie trzeba było długo czekać, zgłaszali się sami – byli to robotnicy pracujący w tym samym co my przedsiębiorstwie lub okoliczni mieszkańcy. Dowiedziawszy się, że przyjechała do pracy młodzież z Polski, zaraz następnego dnia pojawiali się, pytając czy nie mamy czegoś na sprzedaż.

Czechosłowacja, czyli zagranica pachnąca pomidorami
Po dotarciu do Pragi okazało się, że naszym miejscem pracy będzie ogromne gospodarstwo rolne. Hektary pól i szklarni. Wszystko uporządkowane, zadbane
i zorganizowane z niemal wojskową dokładnością. Naszym głównym zadaniem była obsługa plantacji pomidorów, papryki oraz goździków. A więc sadzenia, podlewanie, zbieranie oraz wszystko to, czego akurat gospodarstwo w danej chwili potrzebowało.
Największym wyzwaniem nie był czeski przełożony, ani normy jakie ustanawiał, ani nawet ciężkie skrzynki. Najgorsza była... szklarnia. Jeżeli ktoś zastanawia się, jak wygląda tropikalny klimat bez konieczności wyjazdu do Brazylii, niech zamknie się w szklarni z pomidorami w środku lipca. Jeśli temperatura wewnątrz osiągnie 35 stopni Celsjusza, a wilgotność 100% to będzie oznaczało, że jesteś na miejscu. Po kilku minutach człowiek nie wiedział już, czy jeszcze się poci, czy po prostu zaczyna kiełkować.

Organizacja pracy
To był wyjątkowy obóz również z innego powodu. Po raz pierwszy nie byliśmy sami. Dołączyły do nas dziewczyny ze Studium Nauczycielskiego. Dla uczniów Technikum Mechanicznego było to wydarzenie niemal historyczne. W naszej szkole dziewczyn było mniej więcej tyle, co palm kokosowych na Syberii. Oczywiście obowiązywał sprawiedliwy podział obowiązków. Dziewczyny zrywały warzywa. My nosiliśmy skrzynki. I to nie jedną, nie dwie, tylko tyle, żeby wieczorem ręce same odmawiały podnoszenia sztućców. Bywało, że któraś z dziewczyn nie wytrzymywała tropikalnych warunków i słabła. Wtedy wszyscy na chwilę zapominali o normach. Po czym kierownik przypominał sobie o normach i wszystko wracało do normy.
Jednym z naszych bardziej wyspecjalizowanych zajęć było wykonywanie drucianych podpórek do sadzonek pomidorów. Brzmiało fachowo. My nazywaliśmy to po prostu... „kręceniem drutu”. Po miesiącu takiej pracy mogliśmy bez problemu znaleźć zatrudnienie w fabryce sprężyn. Albo otworzyć własny zakład produkujący spirale do zeszytów. Z czasem zauważyliśmy pewną prawidłowość. Im lepiej pracowaliśmy... tym wyższe dostawaliśmy normy. W przechowywanej w Technikum Mechanicznym kronice z tego OHPu doszukałem się informacji, że potrafiliśmy wykręcić blisko 12 tys. takich podpórek w ciągu zmiany. Do dziś zastanawiam się jak to było możliwe. Powstała na tym tle nawet rywalizacja pomiędzy brygadami. Niestety niezdrowa, jak się później okazało, bo bywało, że staraliśmy sobie coś udowodnić nawet w soboty, które teoretycznie miały być wolne. Były też próby bicia nowych rekordów drogą zawijania, czyli „kręcenia” aż trzech drutów na raz. Ci którzy się przeciw temu buntowali byli piętnowani w czasie wieczornych apeli. Na szczęście w czas się zorientowaliśmy, że to próba manipulacji i nie daliśmy się jeszcze bardziej „wkręcić”. Szybko doszliśmy do wniosku, że najbezpieczniej jest pracować przeciętnie, nawet jeśli kierownictwo ma na ten temat odmienne zdanie.

Zakwaterowanie i wyżywienie
Relacje z kierownictwem gospodarstwa były poprawne, ale odnieśliśmy wrażenie, że jesteśmy dyskretnie obserwowani i że czeskie kierownictwo patrzyło na nas z pewnym dystansem, a nawet nieufnie. My patrzyliśmy na nich dokładnie tak samo. Po latach myślę, że obie strony były ofiarami własnej propagandy. Oni słyszeli o niesfornych Polakach. My słyszeliśmy o sztywnych Czechach. Efekt był taki, że przez pierwszy tydzień wszyscy przyglądaliśmy się sobie z ostrożnością godną dwóch drużyn szachowych. Jak łatwo się domyślić pomidory, papryka i goździki nie interesowały się polityką.
Mieszkaliśmy w hotelu robotniczym. Standard przyzwoity – pokoje siedmioosobowe, łazienki w korytarzu, wspólna stołówka, sala telewizyjna. No i pełna separacja. Jedno skrzydło dla chłopaków, drugie dla dziewczyn. Granica była pilnowana lepiej chyba niż przejście w Cieszynie.
Jedzenie... no cóż. Było bardzo czeskie. Knedliki, rolady, sosy i znowu knedliki. Nic dziwnego, że po dwóch tygodniach zaczęliśmy tęsknić za ziemniakami, które tam nazywano „brambory”. Inny kulinarny zgrzyt był taki, że dwukrotnie podano nam nieświeże mięso i tego już było za wiele więc się zbuntowaliśmy. Wyobraźcie sobie 30 porcji pieczonego kurczaka solidarnie zwróconych do kuchni. Ale trzeba uczciwie przyznać, że piwo czeskie było lepsze niż polskie...

Po pracy…
Każdego dnia pod wieczór odbywał się apel, na którym podsumowywano efekty naszej pracy. Udział w apelu był obowiązkowy, tak jak i umundurowanie OHP, które na tą okazję musieliśmy przywdziewać. Mieliśmy chwilami wrażenie, że jesteśmy jednocześnie na kolonii, w wojsku i na praktykach zawodowych. Najbardziej pamiętam jednak przygotowania do obchodów przypadającego na 22 lipca Święta Odrodzenia Polski. Nasze kierownictwo postanowiło zorganizować akademię dla miejscowej ludności. Były patriotyczne recytacje i pieśni oraz gitara. A nawet dwie gitary. Były również plakaty zapraszające okolicznych mieszkańców. I tutaj wydarzyła się katastrofa dyplomatyczna. Przygotowaliśmy około trzydziestu plakatów wielkości A2. Po konsultacji z Czechami okazało się, że... ...dwadzieścia pięć zawiera błędy ortograficzne. Nie jakieś przecinki. Poważne błędy. W ten sposób na własnej skórze poznaliśmy co oznacza „zrobić czeski błąd” …

Czechosłowackie „złote runo”
Co tydzień - po pięciu, a czasami po sześciu dniach ciężkiej pracy - otrzymywaliśmy wypłatę. I to była najlepsza część programu. Czeskie sklepy wyglądały jak wystawa marzeń przeciętnego Polaka. Kupowaliśmy czekoladę „Studencka”, drażetki „Lentylky”, kasety magnetofonowe, buty sportowe, pasty do zębów, których w Polsce nikt nie widział, kosmetyki i wiele innych towarów niedostępnych wówczas w naszym kraju. Ekspedientki patrzyły na nas coraz mniej przychylnie. Miały chyba wrażenie, że zamierzamy wykupić pół Czechosłowacji. Prawdę mówiąc... niewiele się myliły.
W tych wyprawach handlowych bardzo pomocne było praskie metro. W Pradze po raz pierwszy w życiu miałem do czynienia z tym środkiem komunikacji. Do dziś pamiętam charakterystyczny głos z głośników. Nie jestem już pewien, co dokładnie mówił. W mojej pamięci brzmiało to mniej więcej tak: „Pozor... nastupte... odstupte... dveře se zavírají...” Dla nas była to melodia sama w sobie. Przez następne tygodnie połowa obozu udawała czeskiego lektora. Z marnym skutkiem. Do dziś nie wiem, czy bardziej bolały mnie wtedy ręce od noszenia skrzynek z pomidorami, czy brzuch od śmiechu, kiedy próbowaliśmy mówić po czesku.

Na zakończenie - ČSRR pachnąca spekulacją, czyli OHP wolnego rynku RWPG
W „czasach słusznie minionych” każdego lata do Czechosłowacji zjeżdżała młodzież z krajów „demokracji ludowej”, by pracować sezonowo. My, spokojna grupa nastolatków z Elbląga, zbieraliśmy pomidory i paprykę oraz sadziliśmy goździki. Tymczasem pracujący w sąsiednich obozach OHP chłopaki z Warszawy i Wrocławia budowali prawdziwe imperia finansowe. Handlowali hurtowo wszystkim - dżinsami, elektroniką, papierosami, zegarkami, czeskimi swetrami. W praskim tyglu narodów Polacy udowadniali swój prymat w dziedzinie wolnorynkowego sprytu, przedsiębiorczości i ułańskiej fantazji, zamieniając RWPG – Radę Wzajemnej Pomocy Gospodarczej – w praktyczny model „wzajemnej pomocy”, polegającej głównie na oskubywaniu sojuszników z towarów i waluty. Niemcy z NRD próbowali handlować zgodnie z regulaminem, Rosjanie wierzyli w potęgę radzieckich zegarków, a Bułgarzy i Węgrzy gubili się w dynamicznych kursach walut. Polacy natomiast potrafili sprzedać ten sam towar kilka razy, zanim konkurencja zdążyła ustalić jego cenę. Nawet pracowici Wietnamczycy, którzy dopiero rozstawiali swoje towary, nie nadążali za naszymi giełdowymi rekinami.

Pewnego dnia ten świat wkroczył również do naszego spokojnego obozu. Handlowi bossowie kusili nas handlem „japońskimi” zegarkami, ortalionowymi sztormiakami, czeskimi swetrami i puszkami polskiej szynki. Pokusa była wielka, ale zapaliła się nam czerwona lampka. Odmówiliśmy udziału w biznesie – i okazało się, że był to jeden z najlepszych decyzji życiowych, jakich dokonaliśmy, bo niedługo potem do tego obozu wkroczyła czeska milicja VB wspierana przez polskich śledczych.
Nastał totalny popłoch. Handlarze wyrzucali przez okna kartony papierosów, wychowawcy chowali pod materace czeskie buty, a tamtejszy komendant próbował spalić notesy z „notatkami organizacyjnymi”, o mało nie podpalając przy tym baraku. Jeden z giełdowych rekinów podobno próbował nawet uciekać traktorem, gubiąc po drodze przemycane dżinsy. Królowie spekulacji zamiast zysków dostali zarzuty karno-skarbowe i dyscyplinarne wilcze bilety, które mogły przekreślić ich plany dotyczące studiów.
My zaś, popijając spokojnie czeską Kofolę, dziękowaliśmy losowi za zdrowy rozsądek. Dzięki niemu mieliśmy wrócić do Polski pociągiem PKP, a nie milicyjną Nyską – i za kilka tygodni rozpocząć klasę maturalną.
(*) W opracowaniu użyłem ilustracji wygenerowanych przez sztuczną inteligencję na bazie zdjęć ze szkolnej kroniki. Forma czarno-białych grafik z lekkim retuszem akcentów pomidorowo-paprykowych uznałem za najbardziej odpowiednią do tej formy publikacji. W większości zdecydowałem się też na lekki retusz twarzy, by zapewnić anonimowość pokazanych postaci.
Wszystkich głębiej zainteresowanych tematyką tego opracowania zachęcam do kontaktu pod adresem daniel.lewandowski1967@gmail.com. Poniżej link do moich wcześniejszych publikacji o podobnej tematyce.
I ja byłem uczniem Technikum Mechanicznego. Odc. 1 - Bruce Lee i narodziny polskiego rocka
Zamechowskie szkolnictwo (Odc. 1, Historia Zespołu Szkół Zawodowych Zamech)
Zamechowskie szkolnictwo (Odc. 3, Uczniowie i nauczyciele ZSZ Zamech)
Zamechowskie szkolnictwo (Odc. 4, Uczniowie i nauczyciele ZSZ Zamech - ciąg dalszy)