UWAGA!

Miałem szczęście do nauczycieli przedmiotów ogólnych (I ja byłem uczniem TM-u - odc. 9)

 Elbląg, Styczeń albo luty 1987 - studniówka. To zdjęcie najlepiej obrazuje to, co chcę wyrazić tym tekstem. Włodku! - pozdrawiam Cię, gdziekolwiek jesteś! (zdjęcie ze zbiorów prywatnych D. Lewandowskiego)
Styczeń albo luty 1987 - studniówka. To zdjęcie najlepiej obrazuje to, co chcę wyrazić tym tekstem. Włodku! - pozdrawiam Cię, gdziekolwiek jesteś! (zdjęcie ze zbiorów prywatnych D. Lewandowskiego)

Technikum Mechaniczne miało nas przede wszystkim nauczyć rzeczy praktycznych. Mieliśmy przecież zostać mechanikami, konstruktorami, technologami — ludźmi, którzy potrafią narysować wał, policzyć przekładnię, dobrać parametry obróbki mechanicznej. Na pierwszym miejscu były więc przedmioty zawodowe, warsztaty i zajęcia praktyczne oraz cała ta mechaniczna rzeczywistość, którą opisałem w poprzednich odcinkach. Ale obok tego wszystkiego były przedmioty ogólne. To one sprawiały, że człowiek nie kończył TM-u jako dobrze wyszkolony mechanizm do obsługi innych mechanizmów. Z dumą wyznam, że miałem szczęście do nauczycieli tych przedmiotów. To oni mnie ukształtowali. Dziś w poniższych „okruchach wspomnień” chciałbym im za to podziękować - pisze Daniel Lewandowski w kolejnym odcinku cyklu poświęconemu Zespołowi Szkół Mechanicznych, który w tym roku obchodzi jubileusz 80-lecia.

Język polski i literaturę lubiłem zawsze. A pani Eugenia Kisiel zrobiła wszystko, żeby to zamiłowanie pogłębiać. Dzięki niej przeczytałem wszystkie lektury szkolne - niektóre z zainteresowaniem, inne z obowiązku. Dziś nie żałuję ani jednej. Jednocześnie uświadamiam sobie jak ważny jest wybór tych pozycji książkowych, ponieważ to być może jedyny moment w życiu, kiedy jest obowiązek je przeczytać. Potem brakuje czasu lub motywacji. Kiedy człowiek jest młody, wydaje mu się, że nauczyciel wymaga od niego znajomości lektur tylko po to, żeby wystawić ocenę. Dopiero później zaczyna rozumieć, że przeczytana lektura szkolna tak naprawdę zostawia w nim coś, czego nie da się wpisać do dziennika. Dzięki Pani Eugenii nie przegapiłem tego „czegoś”.

 

W czwartej klasie, przez cały semestr, w ramach zastępstwa lekcje języka polskiego prowadziła z nami pani Irena Pawowicz. Była bardzo sympatyczną nauczycielką, z dużym poczuciem humoru, a przy tym starszą od pozostałych nauczycieli. Na pierwszych zajęciach, kiedy kolejno przedstawialiśmy się pani Irenie, przyszła kolej na Czarka Rępałę. Pani Irena spojrzała na niego i zapytała: „Syn Władysława?”. Zamurowało nas. Szybko jednak pojęliśmy, że mamy do czynienia z kimś, kto nie tylko uczy kolejne roczniki, ale pamięta również ich rodziców, czyli wcześniejsze pokolenia. Natomiast Czarek – bohater tej sytuacji – od tego momentu zyskał jedyną możliwą ksywę: wypowiadany z charakterystycznym kresowym akcentem i zawsze w formie pytającej przydomek „Syn Władysława?”. I tak już zostało.

 

Język rosyjski miał twarz Zoltara. Tak nazwaliśmy Włodzimierza Mielnickiego. Przyszliśmy do TM-u razem. My — jako uczniowie, on — jako świeżo upieczony nauczyciel. I chyba właśnie dlatego od początku było w tej relacji coś szczególnego. Lata 1981-1982 to był czas, kiedy polska telewizja emitowała kreskówkę „Załoga G”. W serialu występował „Schwarz-Charakter” Zoltar. Ze względu na specyficzną urodę Pana Mielnickiego, uczniowie nie potrzebowali wielu narad ani komisji konkursowej, by nazwać go Zoltarem.

Pamiętam nasz pierwszy sprawdzian z „ruska”. Zoltar znał swoich podopiecznych lepiej niż nam się wtedy wydawało. Przed rozpoczęciem sprawdzianu wydał polecenie, by wszyscy podwinęli rękawy do łokci. W klasie zrobiło się cicho. Za chwilę okazało się, że kilku najbardziej przezornych uczniów przygotowało sobie na przedramionach ściągi z trudnych rosyjskich słówek. Zostali zdemaskowani. Myślę, że to był moment, kiedy Zoltar mi zaimponował. Włodzimierz Mielnicki prowadził zajęcia nieszablonowo. Słuchaliśmy Okudżawy i Wysockiego. Do dzisiaj pamiętam w oryginale znaczną część pieśni „Modlitwa” oraz „Pieśni o przyjacielu”. Był miłośnikiem wędrówek górskich i często wyprawiał się z młodzieżą na rajdy i obozy wędrowne. Nasza klasa była z nim w Gorcach i Pieninach. Na studniówce przeszliśmy na „ty”.

 

Historię wykładała pani Jolanta Lewandowska. Polubiłem ją od pierwszej lekcji. Poświęcona była starożytnemu Egiptowi. I właśnie na tej pierwszej lekcji „coś zaiskrzyło”. Niewiele wcześniej czytałem o francuskim badaczu, który odegrał kluczową rolę w odszyfrowaniu egipskich hieroglifów — Jean-François Champollionie. Kiedy więc pojawił się temat pisma egipskiego, mogłem dorzucić coś od siebie. Błysnąłem.

Historia szybko stała się jednym z tych przedmiotów, które ponadprzeciętnie mnie interesowały. Dzisiaj wiem, że nauczyciel historii może nauczyć znacznie więcej niż dat i nazwisk. Może nauczyć patrzenia na świat jak na ciąg zdarzeń, w których jedno wynika z drugiego, a to, co wydarzyło się dawno temu, potrafi tłumaczyć rzeczy dziejące się dzisiaj. Pani Jolanta Lewandowska sprawiła, że historia przestała być tylko szkolnym przedmiotem, a stała się zainteresowaniem na całe życie.

 

Fizyka - tutaj nie było żartów. Pani Barbara Wiśniewska wzbudzała respekt wśród wszystkich uczniów. Energiczna, stanowcza i bardzo wymagająca. Przed wejściem do gabinetu dokonywała przeglądu umundurowania, kapci na nogach i schludnego wyglądu. Pani Wiśniewska nie należała do nauczycieli, którzy długo negocjowali z klasą. Nie prowadziła konsultacji w sprawie tego, czy może jednak „dzisiaj odpuścimy”. Wręcz przeciwnie. Na początek postawiła kilka dwój. Szybko zrozumieliśmy, kto tu rządzi. Ale za tą surowością kryło się coś bardzo ważnego — wyśmienity warsztat nauczycielski i imponująca precyzja. Barbara Wiśniewska świetnie wykładała fizykę. Wymagała, ale jednocześnie potrafiła nauczyć. W roku 1984 jedną lekcję poświęciła wyjaśnieniu tego co widzieliśmy w emitowany przez polską telewizję filmie „Nazajutrz”. Impuls elektromagnetyczny wywołany wybuchem bomby atomowej unieruchamiał samochody na autostradach, w domach w jednej sekundzie gasły światła i wszystkie urządzenia na prąd. Byliśmy pod ogromnym wrażeniem.

 

Miałem aż trzech nauczycieli języka niemieckiego. Szczególnie ciepło wspominam - jako osobę łagodną, spokojną i przyjazną - Marię Wdziękońską. Z rozbawieniem wracam myślami do ceremoniału, którym zaczynały się prowadzone przez nią lekcje. Dyżurny wstawał i meldował po niemiecku stan klasy — ilu uczniów jest obecnych i ilu nieobecnych. Brzmiało to bardzo poważnie - prawie jak odprawa w niemieckim sztabie wojskowym. Ale prawdziwa akcja zaczynała się chwilę później. Do biurka pani Marii podchodzili kolejno desperaci, którzy ze skruszoną miną człowieka oczekującego łagodnego wyroku meldowali: „Ich bin heute nicht vorbereitet”, czyli: „Nie jestem dziś przygotowany”. Czasami człowiek miał wrażenie, że właśnie tym jednym zdaniem można było załatwić połowę szkolnych problemów. A na marginesie - szkoda, że mój niemiecki już nie jest tak dobry jak w latach 80. XX w. … Ale cały czas mam nadzieję, że go sobie odświeżę

 

Sylwia Łukasik trafiła do nas prosto po studiach germanistycznych. Była od nas zaledwie kilka lat starsza. Praca w szkole, w której sto procent uczniów stanowili młodzi mężczyźni, bardzo ją onieśmielała. Zapamiętałem ją jako osobę sympatyczną i spontaniczną, a jednocześnie bardzo delikatną i chyba zbyt wrażliwą w konfrontacji z szorstkimi realiami szkolnymi. Pani Sylwia pomagała nam tłumaczyć teksty zadawane przez profesora Koseckiego. I tutaj pojawiała się pewna niedogodność. Szybko okazało się, że język Goethego, Schillera czy Heinego to jedno, a język techniczny z jego całą armią terminów, nazw urządzeń i konstrukcji — to zupełnie inna historia. Nawet dla świeżo upieczonej absolwentki germanistyki. My mieliśmy zresztą podobny problem w drugą stronę. Wiedzieliśmy, jak działa dane urządzenie, tylko niekoniecznie potrafiliśmy to wyrazić po niemiecku. Niemniej wspólnymi siłami udawało się nam pokonać zawiłości języka naszych zachodnich sąsiadów.

 

Matematykę prowadziła pani Anna Sawińska. Spokojnie, rzeczowo, bez ekstrawagancji i emocji, o których słyszeliśmy od uczniów, którzy mieli innych nauczycieli tego przedmiotu. Matematyka z panią Sawińską była po prostu matematyką. Był temat, były wzory, były zadania i trzeba było je rozwiązać. Może właśnie ta spokojna konsekwencja była jej największą siłą. Dzięki niej zdałem przyzwoicie maturę, a później również egzamin wstępny na studia politechniczne. Żałuję tylko, że program nauczania matematyki w ówczesnym TM-ie nie obejmował podstaw rachunku całkowego i różniczkowego. Na Politechnice Gdańskiej czekała mnie przez to bardzo „ciężka przeprawa”.

 

Zajęcia przysposobienia obronnego prowadził pan Marek Lichocki. Dzięki tym zajęciom dziś potrafię fachowo założyć opatrunek i wiem, jak używać maski przeciwgazowej. W pamięci na zawsze pozostaną mi również nauki, jakie wyniosłem z przyszkolnej strzelnicy. Uczyliśmy się tam strzelać z wiatrówek w pozycji leżącej. Leżeliśmy w rzędzie na matach, mniej więcej metr od siebie. Z wiatrówkami w rękach mierzyliśmy do tarcz oddalonych o kilkanaście metrów. Pan Marek stał za nami i instruował. Leżąc na macie, chciałem zadać mu pytanie. Bezwiednie odchyliłem się do tyłu z wiatrówką w rękach. W efekcie lufa mojego karabinu znalazła się nad głową kolegi leżącego obok. Pan Marek podszedł do mnie i mocno uderzył mnie wyciorem w tyłek. Była to kara za nieprzepisowe i przede wszystkim niebezpieczne zachowanie. Bolało, ale tę lekcję zapamiętałem na całe życie. Tak samo jak inną zasadę: granat rzuca się zza siebie, na wyprostowanym ramieniu.

 

Jadwiga Łuniewicz od chemii zapisała się w mojej pamięci jako osoba niezwykle elegancka i pewna siebie. U jednych wzbudzało to respekt, a innych onieśmielało. Nikt nie pozostawał obojętny na jej urok. Lekcje chemii wymagały pełnej koncentracji, jednak pani Łuniewicz doskonale wyczuwała momenty, kiedy skomplikowane wzory zaczynały nas przerastać. Potrafiła wtedy z wdziękiem zmienić temat i całkowicie rozluźnić atmosferę. Do historii przeszły chwile, w których z humorem i przymrużeniem oka urządzała w klasie swobodne dyskusje, „lustrując” nas pod kątem idealnego materiału na zięcia dla swojej dorastającej córki. Momenty, w których ta wymagająca nauczycielka skracała dystans i zaskakiwała nas swoją bezpośredniością i humorem, sprawiają, że po latach wspominam ją z sympatią.

 

Nauczycielem wychowania fizycznego był Ludwik Fonferek. Był jednocześnie naszym wychowawcą, więc przez kilka lat miał okazję obserwować nas nie tylko podczas lekcji wuefu, ale również w codziennej szkolnej krzątaninie. W roli wychowawcy stawiał na żelazne, sportowe zasady – zamiast wylewnych dyskusji wolał konkret i zasady regulaminowe. Trzymał nas po trenersku, z odpowiednim dystansem, co uczyło nas dyscypliny. Niemniej jednak w kluczowych momentach zawsze potrafił podejść do naszych klasowych spraw odpowiedzialnie, bezstronnie i sprawiedliwie. Szanowaliśmy go za to.

Jako trener piłki ręcznej miał swoje sportowe prawdy, które potrafił przekazywać w sposób metaforyczny. Jedną z nich pamiętam do dzisiaj: „Siatkówkę gra się nogami za pomocą rąk.” Każdy, kto trochę grał w siatkówkę, doskonale wie, o co chodzi - bez pracy nóg nie ma dobrej gry rękami. Pan Fonferek był przy tym przede wszystkim trenerem piłki ręcznej dziewcząt. Wśród jego podopiecznych była moja przyszła żona – i choćby z tego powodu do dziś mam do jego trenerskiego oka ogromny szacunek.

 

Janusz Lewandowski w roli dyrektora to ikona TM-u ostatnich 15 lat XX wieku. „Misiek” lub „Kuba”, a wręcz „Kubuś” – to jego ksywki, wymyślone i najczęściej używane przez uczniów. Jako dyrektor dużej szkoły średniej w schyłkowym PRL-u zapewne nie miał łatwego życia. Był jednak osobą powszechnie szanowaną i lubianą. Powstało na jego temat i krążyło wiele zabawnych anegdot. Ja przywołam tę, w której „Kuba” chodził z termometrem rtęciowym po klasach w mroźnym styczniu i lutym 1987 roku. Temperatura w Elblągu spadała wówczas do minus 26 stopni Celsjusza, a grubość pokrywy śnieżnej na ulicach przewyższała pół metra. Dyrektor z troską mierzył temperaturę w klasach, bo w tych ekstremalnych warunkach centralne ogrzewanie ledwo sobie radziło. My siedzieliśmy w kurtkach. Byliśmy wówczas w klasie maturalnej i rozpoczęły się przygotowania do egzaminów dyplomowych. Dyrektor, ubrany w koszulkę z krótkimi rękawami, bagatelizował chłód. Żeby nie odsyłać nas do domu, zachęcał nas do rozgrzewki i do „nachuchania” w klasie tak, by podnieść w niej temperaturę do co najmniej 18 stopni.

Wcześniej, bo w lipcu 1986 roku, na OHP w Pradze, któregoś dnia po kolacji i apelu wieczornym, przy piwie wpadł w melancholijny nastrój i wspominał szybko mijającą młodość, piękne lata szkolne i studenckie oraz obóz wędrowny w Wąwozie Homole. Oczy mu wtedy na chwilę zaszły mgłą wzruszenia…

 

Na zakończenie

Szkoła nie składa się wyłącznie z podręczników, klasówek i ocen. Składa się również, a może przede wszystkim, z ludzi, ich powiedzonek, gestów, drobnych rytuałów i sytuacji, które – wówczas, gdy występują – wydają się zupełnie zwyczajne. Dzisiaj, po ponad czterdziestu latach, okazuje się, że to właśnie one zostały w pamięci najdłużej.

Warsztat nauczył nas umiejętności manualnych. Przedmioty zawodowe nauczyły nas, jak coś zaprojektować. Natomiast nauczyciele od przedmiotów ogólnych uczyli nas, jak patrzeć świadomie na świat. Dali nam język, którym mogliśmy się komunikować i opisywać rzeczywistość. Historię, dzięki której mogliśmy ją rozumieć. Literaturę, która pozwalała zobaczyć człowieka od środka. Matematykę i fizykę, które uczyły logicznego myślenia. Sport, który uczył współpracy, wytrwałości i tego, że czasami trzeba pobiec, zanim piłka w ogóle znajdzie się tam, gdzie chcemy. A przede wszystkim dali nam ciekawość ludzi, świata, historii, techniki, kultury. Po ponad czterdziestu latach okazuje się, że właśnie ta ciekawość została z nami na zawsze. Jeśli nauczyciel sprawił, że człowiek po czterdziestu latach nadal sięga po książkę, interesuje się historią, słucha starej piosenki, patrzy na zabytkową maszynę albo zatrzymuje się przed budynkiem, żeby zastanowić się, kiedy i po co go zbudowano — to znaczy, że ten pedagog swoją lekcję przeprowadził naprawdę dobrze.

Właśnie dlatego, wspominając dzisiaj czasy TM-u, myślę o nauczycielach, którzy wtedy stali przy tablicy, sprawdzali zeszyty, oceniali nas, odpytywali, wymagali, czasami denerwowali, a czasami rozśmieszali. Dzisiaj, po tylu latach, widzę w nich ludzi, którzy mieli swój udział w tym, kim się staliśmy. I za to jestem im dziś bardzo wdzięczny.

Daniel Lewandowski

cdn.

 

Wszystkich głębiej zainteresowanych tematyką tego opracowania zachęcam do kontaktu pod adresem daniel.lewandowski1967@gmail.com. Poniżej link do moich wcześniejszych publikacji o podobnej tematyce.


Najnowsze artykuły w dziale Szkoły i uczelnie

Artykuły powiązane tematycznie

Zamieszczenie następnej opinii do tego artykułu wymaga zalogowania

W formularzu stwierdzono błędy!

Ok
Dodawanie opinii
Aby zamieścić swoje zdjęcie lub avatar przy opiniach proszę dokonać wpisu do galerii Czytelników.
Dołącz zdjęcie:

Podpis:

Jeśli chcesz mieć unikalny i zastrzeżony podpis
zarejestruj się.
E-mail:(opcjonalnie)
A moim zdaniem... (od najstarszych opinii)
Reklama