Zanim wybrzmiał ostatni dzwonek i co się stało niedługo po nim (I ja byłem uczniem Technikum Mechanicznego, odc. 10)

Ostatnie półrocze Technikum Mechanicznym przemknęło bardzo szybko. Myślę, że takie odczucie towarzyszy każdemu maturzyście. W połowie 1987 roku rozpierzchliśmy się po świecie, zajęci życiową krzątaniną. Dwa lata później świat wokół nas zaczął się przeobrażać z niespotykaną szybkością. Pokolenie, do którego należę, wchodziło w dorosłość dokładnie w chwili, gdy „stary świat”, do którego byliśmy przygotowywani, rozpadał się, a „nowy świat” trzeba było dopiero zbudować. I jednocześnie nauczyć się w nim żyć. Zaczęliśmy budować w Polsce nowy system gospodarczy. I robimy to nieprzerwanie od blisko czterdziestu lat. Nie dostaliśmy za to medali. I bardzo dobrze. Przecież byliśmy wychowani w kulturze deficytu – także w stosunku do swoich oczekiwań. Nie pytaliśmy, co nam się należy albo co można zyskać. Pytaliśmy raczej: co trzeba zrobić? - pisze Daniel Lewandowski, wspominając swoje lata nauki w Zespole Szkól Mechanicznych, który 2 października będzie obchodził jubileusz 80-lecia.
Dzisiaj, z perspektywy niemal czterdziestu lat, chcę zatrzymać się na chwilę i spojrzeć na tamten czas inaczej. Nie po to, by wystawiać gospodarczo-politycznej transformacji lat 90. XX w. jakąś ocenę lub rachunek. W ostatnim odcinku moich publikacji o Technikum Mechanicznym chcę opowiedzieć o doświadczeniu ludzi, jak ja, urodzonych w drugiej połowie lat 60. XX wieku – o pokoleniu, które dzieciństwo przeżyło w PRL-u, młodość w jego schyłku, a dorosłość zaczęło już w zupełnie innej Polsce. Być może dopiero dzisiaj możemy zrozumieć, co właściwie nam się wtedy przydarzyło.
Od studniówki do matury, czyli jak mechanicy wchodzili w dorosłość
Studniówka. Samo słowo przywołuje dziś obrazy sal balowych w ekskluzywnych hotelach, wyrafinowanych strojów, efektownych fajerwerków i fontann z czekolady oraz fotografów uwijających się wokół maturzystów niczym paparazzi. Nasza studniówka wyglądała zupełnie… bezpretensjonalnie.

Był koniec stycznia 1987 roku. Zmierzchowy PRL z jego pustymi półkami sklepowymi. Człowiek nie zastanawiał się specjalnie, czego brakuje, bo ważniejsze było pytanie, co i gdzie można było zdobyć. A zdobyć należało przede wszystkim garnitur. I to nie byle jaki, bo na studniówkę powinno się przyjść w tym samym garniturze i tych samych butach, w których później zdawało się maturę. Taki był przesąd. Strój ze studniówki miał szczęśliwie przeprowadzić właściciela przez egzamin dojrzałości. Dlatego polowanie na garnitur, koszulę, krawat i buty rozpoczynało się wiele miesięcy wcześniej. Nie dlatego, że byliśmy szczególnie modni lub szukaliśmy czegoś nadzwyczajnego. Moda była wtedy kategorią teoretyczną, a dostępność – praktyczną. Zdobycie odpowiedniego ubrania przypominało skomplikowaną operację logistyczną, w której uczestniczyli rodzice, dziewczyna i jej rodzice, znajomi, znajomi znajomych i – jeśli sytuacja tego wymagała – daleki wujek z drugiego końca Polski.

To zabrzmi jak banał, ale maturzyści zwykle czują, że zbliża się jakiś przełomowy moment. Nie wiedzieliśmy jeszcze dokładnie, co będzie dalej, ale intuicja podpowiadała, że coś się kończy. Większość deklarowała chęć studiowania. Brzmiało ambitnie. Wcześniej należało jednak ukończyć technikum, a następnie zdać maturę. A Technikum Mechaniczne nie wypuszczało człowieka w świat bez sprawdzenia, czy rzeczywiście na to zasłużył. Najpierw była więc obrona pracy dyplomowej, a po niej – egzamin z przygotowania zawodowego.
Studniówka była więc ostatnim przystankiem przed tymi wyzwaniami. Nikomu nie przyszłoby wówczas do głowy, żeby organizować ją poza szkołą. Sala została udekorowana siatką maskującą wypożyczoną z jednostki wojskowej, pomalowanymi na biało gałęziami i nieśmiertelną krepiną. Dzisiaj nazwano by to „industrialnym minimalizmem z elementami militarnego vintage”. Estetyka późnego PRL-u miała tę zaletę, że przy odrobinie wyobraźni wszystko mogło stać się dekoracją.
Nie pamiętam już, jak ustalano menu ani skąd wzięły się wszystkie produkty. Jestem natomiast niemal pewien, że za tę część przedsięwzięcia odpowiadały nasze niezastąpione mamy. Były kreatywne, przedsiębiorcze, zdeterminowane i posiadały umiejętność szczególnie cenną w gospodarce niedoboru: potrafiły zdobywać rzeczy, które według oficjalnego stanu zaopatrzenia po prostu nie istniały. Kiedy więc my zastanawialiśmy się, czym rozśmieszyć publiczność podczas występu artystycznego, one prawdopodobnie prowadziły wielowątkowe operacje zaopatrzeniowe obejmujące mięso, wędliny, ciasta, napoje i zastawę. Przy tych zabiegach organizacyjnych kwatermistrzostwo armii wyglądało jak zajęcie dla początkujących.
Studniówka udała się znakomicie. Muzyka grała, parkiet był pełny, humory dopisywały. Jak to zwykle bywało w tamtych czasach, udało się również przemycić odrobinę alkoholu. Dyskretnie, oczywiście. To słowo było bardzo ważne. Nauczyciele zapewne doskonale wiedzieli, że dwudziestolatkowie bywają pomysłowi, ale tamtego wieczoru wykazywali się godną podziwu umiejętnością patrzenia w „inną stronę”. Zresztą po raz pierwszy nie byli już wyłącznie nauczycielami pilnującymi szkolnego regulaminu. Stawali się trochę naszymi gośćmi, trochę partnerami. Oni również zdawali sobie sprawę, że oto granica między uczniem, a dorosłym właśnie zaczyna się zacierać.

A potem, jak zwykle w życiu, wszystko, co dobre, skończyło się zdecydowanie za szybko. Zgasły światła. Zdjęto dekoracje. Zniknęły białe gałęzie. Wojskowa siatka maskująca wróciła do magazynu, gdzie mogła spokojnie oczekiwać na kolejne zadanie w służbie obronności kraju albo szkolnej estetyki. Garnitury powędrowały do szaf. A my zaczynaliśmy maraton. Najpierw czekała nas praca dyplomowa. Potem egzaminy z przedmiotów zawodowych. Później niezwykle podniosły ceremoniał rozmundurowania. Dopiero na końcu – matura.
W Technikum Mechanicznym droga do dorosłości nie prowadziła czerwonym dywanem. Prowadziła przez warsztaty, praktyki zawodowe, rysunki techniczne, obrabiarki, pracę dyplomową i komisję egzaminacyjną, która potrafiła jednym spojrzeniem sprawić, że człowiek zaczynał mieć wątpliwości nie tylko co do odpowiedzi, ale nawet własnego nazwiska. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że za szkolnymi drzwiami czeka nas egzamin znacznie trudniejszy – życie, szykujące dla nas zestaw pytań, jakich nie było w żadnym podręczniku.
Stary świat się wali, a nowy przyspiesza
Kiedy zdawaliśmy maturę, mieliśmy po dwadzieścia lat, głowy pełne planów i dość naiwne przekonanie, że świat, do którego za chwilę wejdziemy, będzie działał mniej więcej tak jak ten, który znaliśmy. Nie mogliśmy wiedzieć, że ten świat właśnie zmienia zasady gry. Ci, którzy kończyli szkoły średnie pod koniec lat osiemdziesiątych, wiedzą, co mam na myśli.

W roku 1989 stary świat się skończył, a nowy dopiero próbował się narodzić. Wkrótce przyszła transformacja gospodarcza, a wraz z nią restrukturyzacja, likwidacja zakładów pracy i masowe bezrobocie. Wcześniej człowiek kończący technikum szedł do zakładu pracy, a na początku lat 90. XX w. coraz częściej szedł… szukać pracy. W ciągu zaledwie roku gdzieś na przełomie lat 1989-1990 rynek pracy przeszedł od sytuacji, w której brakowało rąk do pracy, do sytuacji, w której pracy zaczęło brakować ludziom. A my byliśmy właśnie tymi ludźmi. W samym roku 1990 reformowana terapią szokową polska gospodarka pozbawiła pracy milion ludzi. W roku 1994 r. liczba bezrobotnych osiągnęła poziom blisko 3 mln. Jednocześnie dopiero wówczas tworzono zręby nowych instytucji i instrumentów polityki rynku pracy. Tworzono urzędy pracy, zasiłki, programy osłonowe i aktywizacyjne oraz instrumenty, które miały pomagać absolwentom, bezrobotnym i chronić najsłabszych. Wszystko to powstawało właściwie w biegu, ponieważ skala problemu była ogromna. Państwo było biedne i niewydolne. Wyprzedawało swój majątek i nie miało dość środków, by nam pomóc. Nie oferowało żadnych ulg, dodatków, dotacji, zasiłków.

A my? Owszem mieliśmy zawody, świadectwa szkolne, wiedzę i świeżo zdane egzaminy. Tyle że rzeczywistość przestała gwarantować, że ktoś tej wiedzy potrzebuje. W ciągu krótkiego czasu trzeba było nauczyć się zupełnie nowych reguł: rynku pracy, przedsiębiorczości, konkurencji, ryzyka i odpowiedzialności za własny los. Na dodatek wszystko to działo się w chwili, kiedy zaczynaliśmy zakładać rodziny. Rodzili się więc nasi synowie i nasze córki. I nagle młody człowiek, który jeszcze niedawno martwił się, czy zda egzamin zawodowy, miał na utrzymaniu rodzinę. Trzeba było znaleźć środki do życia, zarobić na mieszkanie, na przedszkole, szkołę, kredyt. Nikt nas specjalnie nie pytał, czy jesteśmy na to gotowi. Po prostu trzeba było iść dalej.
Moja, nasza Berezyna?
Ale wracając myślami do tamtych niezwykle trudnych czasów, patrząc z dzisiejszej perspektywy, do głowy nieodparcie przychodzą mi sceny z przeprawy przez rzekę Berezyna.
Pod koniec listopada 1812 roku podczas odwrotu z Rosji Wielka Armia Napoleona musiała się przez nią przeprawić. Berezyna była lodowato zimna, wezbrana, pełna kry. Brakowało materiałów, warunków i czasu. Panował chaos. A jednak most trzeba było zbudować, bo od tego zależało ocalenie ogromnej rzeszy ludzi. Drewno pozyskiwano z rozbieranych okolicznych domów. Polscy i francuscy saperzy oraz pontonierzy pracowali po szyję w lodowatej wodzie. Prowizoryczne przęsła i podpory się załamywały, więc wchodzili pod konstrukcję by ją podtrzymać i naprawić, podczas gdy tysiące ludzi czekało na przeprawę.
Jeden z uczestników tamtych wydarzeń i ich dokumentalista, polski oficer - Maciej Rybiński, widząc żołnierzy pracujących nocą w wodzie zapytał, po co to robią, skoro sami ledwo żyją. W odpowiedzi usłyszał: „Tak, ale tu idzie, żeby armia przeszła”. To zdanie wypowiedziane spod mostu przez Berezynę zostało ze mną. Bo przecież my też mieliśmy swoją Berezynę. Tyle że nasza była metaforyczną rzeką. Naszą Berezyną była transformacja.

Nie budowaliśmy mostu z bali i belek. Budowaliśmy go z pracy, ryzyka, nadgodzin, bezrobocia, własnej przedsiębiorczości, nowych kwalifikacji, własnych firm i ich bankructw, kredytów, przeprowadzek, małżeństw, które tego nie wytrzymały, niepewności jutra i emigracji. W pośpiechu uczyliśmy się obsługi komputerów, języków, nowych technologii i zasad gospodarki, których wcześniej nikt nas nie uczył.
Nasz most nie miał przeprawić armii przez rzekę. Miał przeprawić nas przez historię. Miał przeprawić Polskę z gospodarki socjalistycznej do gospodarki kapitalistycznej. Z gospodarki, którą znaliśmy, do gospodarki, której dopiero musieliśmy się nauczyć. Z etatu do rynku pracy. Z wiary, że jakoś to będzie, do nadziei o lepszą przyszłość.
Kapitalizm nie był dla nas podręcznikowym pojęciem ani wielkim projektem politycznym. Budowaliśmy go nie z podręczników ekonomii, ale własnymi rękami. Był codziennością, w którą zostaliśmy wrzuceni. Nie było czasu, aby podpatrzeć, jak robią to inni. Nie było czasu na zastanowienie się. Nie było też czasu, żeby się czuć wtedy jak bohaterowie transformacji. Byliśmy po prostu młodymi ludźmi. Trzeba było pracować, zarabiać, wychowywać dzieci, urządzać się. Czasem zmienić zawód, a czasem zacząć wszystko od początku. Nie było czasu na historyczną refleksję. Historia działa się tuż obok nas, a my mieliśmy na nią bardzo praktyczną odpowiedź: musieliśmy dać radę i podźwignąć ten ciężar.
Nasze dzieci dorosły w zupełnie innej Polsce.
Po latach widać jednak coś, czego wtedy zobaczyć nie mogliśmy. Nasze dzieci dorosły w zupełnie innej Polsce. Żyją w świecie, który w znacznej części my zbudowaliśmy. Nie twierdzę, że transformacja była dziełem jednego pokolenia. Polska zmieniała się dzięki pracy wielu ludzi i kilku pokoleń. Ale koszty tej transformacji i wynikające z niej korzyści rozłożyły się nierówno. Myślę, że mogę powiedzieć, że nasze pokolenie otrzymało od losu szczególne zadanie: wchodziliśmy w dorosłość dokładnie wtedy, gdy trzeba było jednocześnie zbudować własne życie i nauczyć się życia w nowej Polsce. Nie dostaliśmy za to medali. I bardzo dobrze. Przecież nikt nie daje medalu za wychowanie dzieci, czterdzieści lat pracy, spłacanie kredytów i przeżycie kolejnej reformy podatkowej.
Nie piszę tych słów, aby się żalić, oczekiwać współczucia albo poklasku. Każde pokolenie ma swoją misję. Nasi dziadkowie i rodzice przeżyli hekatombę wojny, po której odbudowywali zniszczoną Polskę. Nasze pokolenie dostało inne, ale też historyczne zadanie: zbudować most, po którym następni będą mogli przejść. I ten most powstał - nie był idealny, nie zawsze prosty, w niektórych miejscach wymagał naprawy. Ale jednak spełnił swoje zadanie!

A my? No cóż – jesteśmy nieco zmęczeni, trochę poobijani, z większą liczbą siwych włosów i mniejszą liczbą złudzeń. Patrzymy na świat, który współtworzyliśmy i coraz częściej pytamy samych siebie, jakie właściwie jest w nim nasze miejsce.
I może właśnie dlatego chętnie wracamy pamięcią do czasów szkoły średniej i Technikum Mechanicznego. Bo wtedy jeszcze wszystko było przed nami. Nie wiedzieliśmy, że za chwilę przyjdzie nam przejść przez własną Berezynę. Nie wiedzieliśmy, że będziemy musieli nauczyć się dorosłości w kraju, który sam dopiero uczył się nowego życia. Nie wiedzieliśmy też, że po czterech dekadach spojrzymy za siebie i zadamy pytanie: Co właściwie zbudowaliśmy?
Dzisiaj odpowiedź wydaje mi się oczywista. Uczestniczyliśmy w budowie mostu, po którym przeszli inni i przeszliśmy my. Daliśmy radę. Udźwignęliśmy ten ciężar. Jestem z tego dumny
Daniel Lewandowski
(*) Uwaga - w opracowaniu część ilustracji (wyraźnie oznaczonych) zmodyfikowałem lub wygenerowałem przy użyciu sztucznej inteligencji. Grafiki powstały na bazie zachowanych w mojej pamięci obrazów i są moją subiektywną wizją tamtych przeżyć oraz wrażeń. Każdy z uczestników mógł je zapamiętać nieco inaczej. Za ewentualne nieścisłości przepraszam.
Wszystkich głębiej zainteresowanych tematyką tego opracowania zachęcam do kontaktu pod adresem daniel.lewandowski1967@gmail.com. Poniżej link do moich wcześniejszych publikacji o podobnej tematyce.
- I ja byłem uczniem Technikum Mechanicznego. Odc. 1 - Bruce Lee i narodziny polskiego rocka
- I ja byłem uczniem Technikum Mechanicznego. Odc. 2 - Warsztaty szkolne, w których hartowaliśmy się jak stal
- I ja byłem uczeniem Technikum Mechanicznego, odc. 3 - Środy w EZNS-ach, czyli szkoła życia przy ulicy Dojazdowej
- I ja byłem uczeniem Technikum Mechanicznego, odc. 4 - Letnie praktyki w PKS-ach, czyli o tym jak Autosan H9 szykował się na wojnę
- I ja byłem uczeniem Technikum Mechanicznego, odc. 5 - Kurs prawa jazdy, czyli jak oswoiłem Żuka. Albo raczej jak Żuk oswajał mnie
- I ja byłem uczniem Technikum Mechanicznego, odc. 6 - Letni Ochotniczy Hufiec Pracy, czyli „akademia sztychówki”
- I ja byłem uczniem Technikum Mechanicznego, odc. 7 - Szkolny OHP w Pradze, czyli „wyprawa po złote runo
- I ja byłem uczniem Technikum Mechanicznego, odc. 8 - Przedmioty zawodowe, czyli wiedza pachnąca benzyną ekstrakcyjną
- I ja byłem uczniem Technikum Mechanicznego, odc. 9 - Miałem szczęście do nauczycieli przedmiotów ogólnych
- Zamechowskie szkolnictwo (Odc. 1, Historia Zespołu Szkół Zawodowych Zamech)
- Zamechowskie szkolnictwo (Odc.2, Infrastruktura, wyposażenie, zasady i rytuał Zespołu Szkół Zawodowych Zamech)
- Zamechowskie szkolnictwo (Odc. 3, Uczniowie i nauczyciele ZSZ Zamech)
- Zamechowskie szkolnictwo (Odc. 4, Uczniowie i nauczyciele ZSZ Zamech - ciąg dalszy)